Mój poprzedni wpis przeszedł prawie bez echa. Kilka reakcji, kilka komentarzy w stylu: „fajne, ale nierealne”, „u nas się tak nie da”, „Chiny to co innego”. I to właśnie jest najciekawsze. Bo jeśli cokolwiek naprawdę odróżnia dziś Polskę od krajów, którym się udało, to nie brak pieniędzy, technologii czy ludzi. Tylko odruchowe, zbiorowe przekonanie, że pewnych rzeczy się u nas po prostu nie da zrobić. To zdanie jest groźniejsze niż brak kapitału.
Jak wygląda „chiński efekt” w praktyce.
Chiński sukces nie polega na tym, że oni wymyślają przełomowe technologie szybciej niż reszta świata. Często wcale nie wymyślają ich pierwsi. Ich przewaga polega na czymś znacznie prostszym i znacznie groźniejszym dla konkurencji:
oni potrafią poprawiać produkt szybciej niż inni.
Nie co pięć lat przy nowej generacji. Nie przy „faceliftingu”. Tylko z kwartału na kwartał. Auto, które rok temu było głośne, dziś jest ciche. Sprzęt, który miał wady, po pół roku ich nie ma. Wyposażenie rośnie, cena spada. To nie jest magia. To jest organizacja pracy, decyzyjność i bliskość między inżynierem, fabryką i klientem. I dokładnie ten mechanizm moglibyśmy zastosować w Polsce.
W czym można osiągnąć „chiński efekt” u nas.
Nie w budowie polskiej marki samochodu. To zły kierunek. Ale w dziedzinach, gdzie produkt jest fizyczny, ma dużo detali użytkowych, da się go szybko poprawiać a klient natychmiast widzi różnicę. Takich obszarów jest zaskakująco dużo.
Komponenty do EV i magazynów energii.
Obudowy baterii, chłodzenie, BMS, wiązki, złącza, elektronika mocy. Rzeczy, które można ulepszać co kilka miesięcy i gdzie Zachód jest ociężały.
Automatyka przemysłowa i mała robotyka.
Tańsze, sprytniejsze systemy dla małych i średnich fabryk. Nie Siemens za miliony, tylko coś, co działa dobrze, tanio i jest poprawiane non stop.
Maszyny rolnicze, komunalne, budowlane.
Tu użytkownicy dokładnie mówią, co jest nie tak. Tu szybkie poprawki dają natychmiastową przewagę.
Sprzęt medyczny i rehabilitacyjny.
Nie tomografy. Łóżka, wózki, podnośniki, wyposażenie oddziałów.
Sprzęt warsztatowy, małe AGD, urządzenia użytkowe.
Europa oddała to Chinom. A to idealny teren do szybkich iteracji.
Drony, systemy wizyjne, monitoring.
Dziedzina młoda, dynamiczna, bez „starych mistrzów”, gdzie szybkość wygrywa z tradycją.
Wspólny mianownik? To są branże, w których szybkość ulepszania produktu jest ważniejsza niż marka.
Dlaczego Chińczycy są tak innowacyjni.
Nie dlatego, że są „genialniejsi”. Tylko dlatego, że nie traktują modelu produktu jako zamkniętego projektu na lata. Nie mają korporacyjnej bezwładności. Mają lokalnych dostawców, których mogą zmieniać szybko i traktują każdą wadę jak błąd do usunięcia natychmiast, a nie w następnej generacji. Ich innowacyjność to w dużej mierze innowacyjność organizacyjna, nie technologiczna. I to jest coś, co Polska mogłaby skopiować szybciej niż ktokolwiek w Europie.
Dlaczego akurat Polska ma tu przewagę.
Bo mamy coś, czego Niemcy czy Francuzi nie mają w takiej skali:
- inżynierów blisko produkcji,
- krótkie ścieżki decyzyjne w firmach,
- kulturę „ulepszania i kombinowania”,
- tysiące zakładów jako zaplecze,
- montownie jako żywe laboratoria przemysłowe.
My jesteśmy idealnie ustawieni, by być najszybszym uczniem w Europie.
Dlaczego więc „się nie da”.
Bo to wymaga zmiany myślenia:
- montownia to nie sukces, tylko początek,
- produkt nie jest święty - ma być ciągle poprawiany,
- firma nie ma być „stabilna”, tylko „ucząca się”,
- państwo ma wspierać tych, którzy próbują, nawet jeśli na początku są gorsi.
To wymaga cierpliwości na 15–20 lat. A my myślimy kadencjami.
Największą przewagą Chin nie jest tania praca, juan ani skala rynku. Jest nią przekonanie, że zawsze da się zrobić coś lepiej już dziś a nie za pół roku.
Największą słabością Polski nie jest brak pieniędzy czy technologii. Jest nią przekonanie, że pewnych rzeczy się nie da.
Jeśli uda nam się zamienić to jedno zdanie na inne:
„sprawdźmy, jak szybko możemy to poprawić”
to okaże się, że w wielu dziedzinach możemy być szybsi niż cała Europa. I może wtedy wreszcie zacznie nam się chcieć.
A kto ma te innowacje wprowadzać ? Montownie i firmy będące własnością kapitału zagranicznego (przypomnę, odpowiadają one za 2/3 naszego eksportu oraz 2/3 importu) ? Czy fatalnie zarządzane państwowe firmy, które mają wszystko gdzieś ? Czy też powinny powstawać nowe firmy, z sektora MŚP, tworzone i zarządzane przez ludzi mających nowe pomysły i świeże spojrzenie ? A czemu niby mieliby otwierać taką firmę w Polsce i użerać się z opresyjnym państwem, niekompetentnymi złośliwymi urzędnikami, mętnym prawem i skorumpowanym wymiarem sprawiedliwości ? Jak można otworzyć firmę choćby w Czechach czy na Słowacji?
Masz rację Hornblower, że montownie i firmy zagraniczne same nie będą tworzyć polskich innowacji, bo ich interes to montaż i eksport, a nie własne marki czy produkty. Państwowe firmy też rzadko są w stanie wprowadzać przełomowe zmiany, bo cierpią na biurokrację i brak odpowiedzialności. Słusznie wskazujesz, że wiele z nich jest fatalnie zarządzanych i zniechęca innowatorów biurokracją. Jednak nie wszystkie państwowe firmy są skazane na porażkę. W sektorach strategicznych (np. energetyka, baterie, niektóre kluczowe materiały) państwowe firmy mogą być narzędziem wspierania start-upów, finansowania ich lub wchodzenia w partnerstwa. Państwowe firmy same nie będą źródłem innowacji, ale mogą pełnić rolę „platformy startowej”, jeśli odpowiednio zmienimy system motywacji, finansowania, czy mądrego zarządzania. Obajtka pamiętasz? Jak rozwinął Orlen za co jest dzisiaj ścigany. Państwowe nie zawsze znaczy złe.
Prawdziwe innowacje powstaną wg mnie przede wszystkim w MŚP i start-upach, prowadzonych przez ludzi z pomysłami i świeżym spojrzeniem, którzy mogą szybko testować i ulepszać produkty. Montownie i doświadczenie zagranicznych firm mogą być dla nich natomiast wartościowym laboratorium do nauki.
Masz całkowitą rację, że to właśnie systemowe bariery w Polsce powodują, że ludzie zakładają firmy za granicą: nadmierna biurokracja, niejasne przepisy, niekompetentni urzędnicy i wolny, nieprzewidywalny wymiar sprawiedliwości. To nie jest kwestia braku talentu ani pomysłów. Problem leży w otoczeniu, które zniechęca do ryzyka i innowacji.
Dlatego jeśli chcemy, żeby w Polsce powstawały firmy wprowadzające „chiński efekt” w praktyce, trzeba uprościć prawo, ograniczyć represyjność państwa i stworzyć przyjazne warunki dla MŚP, tak aby ludzie mogli testować, poprawiać i skalować swoje produkty bez strachu, że system ich zablokuje na każdym kroku.
W skrócie: potencjał jest, ale bez zmian w otoczeniu prawnym i administracyjnym, nawet najlepsi innowatorzy będą wychodzić za granicę.
Narzeka pan na brak reakcji komentatorów.No cóż nie wszyscy są wciągnięci w realia chińskiej gospodarki,a więc nie mają skali porównawczej a może zabrakło ,,Danusi'' której zawsze można dokopać bez względu na to co napisze. Chiński efekt sukcesu to nie tylko technologia,ale i kadry. oraz sposób ich doboru Nie chodzi mi o dyspozycyjność,sle o sposób myślenia,przygotowanie i stosunek do pracy, otwarcie się na innowacje oraz wykształcenie w zawodzie. Nie sądzę,że w polskich zakładach króluje pojęcie,,nie da się'' tylko raczej ,,robię to za co mi płacą'.Oczywiście nie jest to powszechne,ale spotykane. Ale nie zgadzam się z twierdzeniem-,,organizacja pracy decyzyjność i co najważniejsze bliskość między inżynierem -fabryką (zakładem pracy)-odbiorcą jest mechanizmem który z powodzeniem możemy zastosować w Polsce. On już od dawna w Polsce funkcjonuje a od kierownictwa i załogi zależy jak go realizujemy.Za technologią,automatyką i tak zawsze stoi człowiek.
Twój komentarz dotyka bardzo ważnej rzeczy, o której często się zapomina.
Zgadzam się, że „chiński efekt” to nie tylko technologia, ale przede wszystkim kadry, sposób myślenia, przygotowanie zawodowe i stosunek do pracy. I że za każdą automatyką czy organizacją stoi człowiek.
Różnica, o której pisałem, nie polega jednak na tym, że w Polsce nie ma bliskości między inżynierem, zakładem i odbiorcą, bo faktycznie w wielu firmach ona istnieje. Problem polega na tym, że zbyt rzadko przekłada się to na realną decyzyjność i szybkie wdrażanie zmian w produkcie.
Często działa to tak, jak napisałaś: „robię to, za co mi płacą”. W Chinach natomiast bardzo silnie działa kultura ciągłego poprawiania i oczekiwanie, że produkt ma być lepszy za kilka miesięcy, nie za kilka lat i że każdy w tym łańcuchu ma w tym swój udział.
Czyli mechanizm formalnie mamy podobny. Różnica leży w tym, jak jest wykorzystywany w praktyce, jakie są bodźce i jakie są oczekiwania wobec ludzi na każdym poziomie.