Są takie momenty w polityce, kiedy nie zapada żadna jedna decyzja, nie pada jedno dramatyczne zdanie, nie dochodzi do formalnego aktu. A mimo to człowiek ma wrażenie, że coś właśnie się domknęło. Jakby ktoś przekręcił klucz w zamku, a my jeszcze stoimy po tej samej stronie drzwi, tylko już nie do końca wiemy, po czyjej.
Wczorajsze spotkanie prezydenta z premierem Donaldem Tuskiem było właśnie takim momentem.
Na papierze - rozmowa o bezpieczeństwie państwa. W praktyce - publiczna demonstracja tego, kto dziś w Polsce decyduje, a kto jedynie uczestniczy w rytuale.
Rzecznik i premier.
Rzecznik prezydenta mówił rzeczowo. Spokojnie. Jak ktoś, kto jeszcze wierzy, że instytucje państwa rozmawiają ze sobą w ramach konstytucyjnych ról. Po nim wyszedł premier. I wtedy ton się zmienił.
Nie było już rozmowy o bezpieczeństwie, tylko pokaz siły, ironii i politycznego dystansu. Pytania dziennikarzy – w znacznej mierze przewidywalne, posłużyły jako pretekst do czegoś więcej niż odpowiedzi. Stały się sceną do systematycznego ośmieszania prezydenta jako partnera politycznego.
Najpierw kpina z „Orwella”. Potem sugestia, że wetowanie ustaw dotyczących bezpieczeństwa dzieci w sieci, walki z pedofilią, dezinformacją czy nadużyciami wolności słowa jest niezrozumiałe, a wręcz nieracjonalne. Narracja była prosta: kto wetuje, ten przeszkadza. Kto pyta - nie rozumie. Kto się nie zgadza - działa przeciw państwu.
Nie padło jedno zdanie o konstytucyjnej roli prezydenta. Nie padło jedno słowo o tym, że weto jest narzędziem ustrojowym, a nie złośliwością. Była za to sugestia, że chodzi wyłącznie o sabotowanie pracy rządu.
Protest, którego nie było.
Majstersztykiem była narracja o rolnikach. Protest, który jeszcze kilka godzin wcześniej wyglądał na realny problem polityczny, w jednej wypowiedzi został odwrócony o 180 stopni.
To nie protest przeciw rządowi - usłyszeliśmy. To garstka działaczy PiS. Zresztą jak można protestować przeciw rządowi, który „ma identyczne zdanie co protestujący”? Odpowiedzialność za Mercosur? W całości przerzucona na poprzedników. Logika protestu? Podważona. Miejsce protestu? Bez sensu.
A zaraz potem czyny. Blokada wjazdu maszyn rolniczych do Warszawy. Usunięcie protestujących sprzed Kancelarii Premiera. Brak zgody na miasteczko protestu.
Problem rozwiązany. Temat zamknięty. Rolnicy spacyfikowani.
Prezydent, który „nie dowiózł”.
Pytania TVN i Reutersa dopełniły obrazu. Prezydent, który „obiecał, ale nie dowiózł”. Prezydent, który miał coś załatwić u premier Włoch, ale się nie udało. Rząd, jak wynikało z narracji, swoje zrobił. Prezydent? Cóż, nie dał rady.
Na pytanie TV Republika padło coś jeszcze bardziej niepokojącego: otwarte przyznanie, że jeśli nie da się rządzić przy pomocy ustaw, to będzie się rządzić bez nich. Że nie ma sensu obciążać administracji projektami, które mogą zostać zawetowane. Że nie będzie pytania prezydenta, „co on by chciał”.
To było zdanie, które powinno wybrzmieć mocniej niż wszystkie wcześniejsze. Bo to już nie była ironia. To była deklaracja sposobu sprawowania władzy.
Państwo bez hamulców.
W ciągu jednego dnia prezydent został sprowadzony do roli statysty. Protest społeczny został rozbrojony administracyjnie. Koalicjantowi zasugerowano „ustawienie do pionu”. Ambasadorowie pozostali mimo sprzeciwu głowy państwa a w tle pojawiły się pytania o azyle, odpowiedzialność, wielkie interesy i kluczowe spółki.
Każdy z tych elementów osobno dałby się wytłumaczyć. Razem zaczynają układać się w obraz państwa, w którym znika równowaga, a zostaje tylko sprawczość.
Nie potrzeba czołgów. Nie potrzeba dekretów. Wystarczy konsekwentnie marginalizować jedną instytucję, delegitymizować protest, ośmieszać sprzeciw, omijać procedury i mówić, że wszystko robi się „dla sprawności państwa”.
Piąty rozbiór?
Oczywiście, nikt dziś nie podpisuje traktatów rozbiorowych. Nikt nie przesuwa granic na mapach. Ale historia uczy, że niepodległość rzadko kończy się jedną decyzją. Częściej kończy się serią małych kroków, które osobno wyglądają racjonalnie, a razem okazują się nieodwracalne.
Jeśli prezydent staje się dekoracją, protest - przeszkodą, konstytucja - utrudnieniem, a władza wykonawcza przestaje się sama ograniczać, to pytanie o „piąty rozbiór” nie jest publicystyczną przesadą. Jest pytaniem o to, czy państwo jeszcze ma bezpieczniki.
I czy ktoś jeszcze pamięta, po co one w ogóle były.
Bo historia Polski pokazuje jedno. Nie zawsze przegrywaliśmy wtedy, gdy byliśmy słabi.
Często przegrywaliśmy wtedy, gdy ktoś zapewniał, że wszystko jest pod kontrolą.
Te KODziarku masz rozbiór w domku ? Jakie tradycje takie rozbiory rodzinne..
"A zaraz potem czyny. Blokada wjazdu maszyn rolniczych do Warszawy. Usunięcie protestujących sprzed Kancelarii Premiera. Brak zgody na miasteczko protestu."
Brawo Tusk.
Zresztą te protesty nie mają wsparcia społecznego.
Jeśli zwykły Polak popatrzy na gostków w droższych niż Mercedesy ciągnikach kupionych za unijne dopłaty i posłucha jak ci gostkowie szantażują Polaków że jak oni nie będą produkować to miasta wymrą z głodu, to tylko frajer ich poprze.
@wielkopolski rus..
Od kiedy ty jesteś " zwykły polak" frajer z Moskwy to tak ?
Nie gniewaj się Zdzisek, ale wychodzi z Ciebie typowy "Centuś z Pyrlandii". Czego Ty im chłopie zazdrościsz? Tych ciągników i maszyn za miliony? Za chwilę nie tylko ten sprzęt, ale całe gospodarstwa im zabiorą, bo nie będą mieli z czego kredytu spłacić. Nie ciesz się tak, bo jak Pyrlandię znowu NRD-owcy zagarną, to Ciebie, jak niegdyś, albo wysiedlą albo dzieci znów będą po niemiecku gadać.
"Centuś z Pyrlandii"
Centusie to są z Krakowa, poza tym niczego nie zazdroszczę, stwierdzam tylko fakty.
"Protest rolników" nie cieszy się poparciem Polaków.
ad vocem, nie polemika @"nikt dziś nie podpisuje traktatów rozbiorowych. Nikt nie przesuwa granic na mapach."
DZIS to jest chyba myslenie zyczeniowe ze czas zagarniania cudzych terytoriow, na mocy udokumentowanego dogadywania sie grabiezcow z ograbionymi, odszedl do lamusa.
Przesuwanie granic na mapach bylo, jest i bedzie, na mocy kija albo marchewki.
Przyklady KTO przesuwa granice de facto, czasem pozorujac ze to miejscowi sami z siebie opowiedzieli sie za "niepodlegloscia" albo w imie zasady "nie mamy panskiego plaszcza i co mi pan zrobisz":
Chiny: strategicznie polozone wysepki na Morzu Poludniowochinskim wlasnie "dzis" m.in. od Filipin, nastepny w kolejce Tajwan
USA: 1999 Kosowo od Serbii, nastepna ma byc Grenlandia
Rosja: 2014 Krym od Ukrainy oraz pozniejsze zdobycze, 1991 Osetia Pld. i 1992 Abchazja od Gruzji, 1990 Naddniestrze od Moldawii
Jeśli ocena przeciętnej komentatorki ma dla autora jakieś znaczenie to stawiam mu szóstkę za wpis.Tak ,piąty rozbiór to nie wejście z czołgami , dronami czy wojskiem.To szereg zdarzeń na pozór nieważnych,ale sumujacych się.Okazywanie braku szacunku do państwa jest własnie dowodem na osiągnięcie celu,że Polska jako państwo nie może dążyć do samodzielności a tylko wykonywania cudzych rozkazów. Nikogo jakoś nie poruszyły odrażające wypowiedzi byłego ministra Bodnara proszącego Niemcy o opiekę i cywilizowanie polskich zwierzątek,czy hołd jaki złożył Sikorski Berlinowi.Nie zbudziła szerszego zainteresowania wiadomośc,że kanclerz Merz chce wojska Bundeswery umieścić akurat w Polsce. chyba tylko po to by nigdy stąd juz nie wyszły i zapewne Tusk wyraził zgodę. Nawet zdarzenie w Kielnie świadczy, że nie ma szacunku w Polsce ani do tradycji ,ani do Konstytucji,ani do nauczania. Szkoła nie może być obiektem indoktrynacji przez jakieś obce ideologie i jej polskich wyznawców. Fakt,że zamiast nauczania języka angielskiego na lekcjach odbywają się akcje i to niejednokrotne zdejmowania krzyża a nawet godła świadczy że jest to narzucone odgórnie i będzie miało miejsce i w innych szkołach.Tolerowanie przez Polskę odmowy oddania dzieł sztuki zrabowanych przez Niemców w czasie wojny pokazała już paniusia Cienkowska ,,od kultury''.Zastanawia się czy mamy prawo występować o średniowieczny manuskrypt ,,Gaude Mater Polonia'',bo wg niej nie jest chyba polski.Moe odbiegam od tematu ale autor stosunki na linii prezydent-premier ujął wyczerpująco,ale małe na pozór zdarzenia też mają swoje znaczenie w temacie.
Za ocenę dziękuję. Mnie jednak martwi zupełnie coś innego Danusiu. Kto trzyma parasol nad Tuskiem z grubsza wiadomo. Nie wiemy jednak, jak ten parasol jest potężny, że Tusk czuje się tak pewny swojej pozycji i bezkarności. Na wczorajszej konferencji prasowej nie pozostawił nikogo złudzeń, że kompletnie nie liczy się z prezydentem. Zapowiedź trwania przy nominacjach Schnepfa i Klicha jest tylko jednym z przykładów kompletnej marginalizacji prezydenta. Dziennikarkę Republiki dopuścił do głosu tylko po to, aby ją kompletnie rozjechać. Jak okaże się, że azyl na Węgrzech dostał oprócz Ziobry Daniel Obajtek, znaczyć to będzie, że Orlen i pozostałe "Srebra Rodowe" nie są już w naszych rękach i ich los jest przesądzony. Obawiam się, że w przyszłym tygodniu prezydenta rozjadą Siemoniak z Kosiniakiem a nawet z Kamyszem. Prezydent ostatecznie ulegnie i zgodzi się na nominacje "resortowych dzieci" na stopnie oficerskie. Swoje dołoży też "Magnat z Chobielina" i prezydent będzie kompletnie zmarginalizowany i rozbity. Jak do tego dodać rozpad NATO po blamażu w Wenezueli i próbie zajęcia Grenlandii, to czarno to widzę. Jak Niemcom uda się w końcu wywalić Amerykanów z Europy i połączyć z Rosją, to marny nasz los. Pozostaje tylko, jak zwykle, liczyć na cud.
Zbyt czarno Pan to widzi. Prezydent Nawrocki ma bardzo dobrą ekipę doradców. Wkrótce zobaczymy efekty ustalenia budżetu Państwa...
Nie chodzi o „czarne widzenie”, tylko o kompetencje. Prezydent nie może zawetować ustawy budżetowej - Konstytucja wyraźnie to wyłącza. Może ją jedynie podpisać albo skierować do Trybunału Konstytucyjnego, i to w ograniczonym zakresie czasowym. Dlatego nawet najlepsza ekipa doradców nie zmieni faktu, że realny wpływ prezydenta na budżet państwa jest bardzo wąski. Tu decyduje większość parlamentarna i rząd, nie Pałac Prezydencki. Wcześniej jednak, wg mnie, więcej się wyjaśni w przyszłym tygodniu, po spotkaniu Prezydenta z Siemoniakiem i Kosiniakiem.
Cóż może się wyjaśnić na spotkaniu z Siemioniakiem i Kosiniakiem -Kamyszem? To bardzo słabe punkty w tym i tak słabym rządzie.Kosimiak boi się własnego cienia,a Siemioniak nigdy nie miał nic do powiedzenia. Niestety wizyty w Pałacu wyglądają tak,że najpierw mówią o owocnym spotkaniu w dobrej atmosferze a pięć minut później będą ujadać na prezydenta pod srogim okiem Tuska i Giertycha.
Są tylko dwie możliwości Droga Danusiu, albo prezydent podpisze nominacje resortowych dzieci, albo nie podpisze. Jeżeli podpisze, to udowodni jasno i wyraźnie, że nic nie może zrobić i nie ma nic do gadania, bo wszystkie atuty trzyma Tusk. Jeżeli nie podpisze, to znaczy, że walczy, ale wtedy, jak słusznie przypuszczasz zacznie się ujadanie. Tak czy siak prezydent zostanie osamotniony, bo nikt się za nim nie ujmie. Nie licz też na to, że w jego obronie stanie społeczeństwo. Jakikolwiek strajk, czy manifestacja zostanie spacyfikowana dokładnie tak samo, jak wczorajszy protest rolników. Przykro mi, ale wszystko wskazuje na to, że kolejny raz straciliśmy niepodległość. Jeszcze co do spotkań z prezydentem. Tusk też na początku mówił o owocnym spotkaniu a potem jasno i wyraźnie dał do zrozumienia wszystkim, że on rządzi, ma wszystko po kontrolą a prezydent nie ma nic do gadania. Wystarczy uważnie wysłuchać jego konferencji po spotkaniu z prezydentem. To tylko niecałe pół godziny.
Masz rację w jednym: takie rzeczy nie spadają z nieba naraz, tylko „kropelka po kropelce” – brak szacunku do instytucji, tradycji, prawa, symboli. Tyle że moim zdaniem warto pilnować dwóch rzeczy naraz:
Bo jak ludzie się nakręcą na hasło „już nas biorą”, a potem wyjdzie, że pół przykładów było naciąganych, to władza tylko na tym zyskuje: „widzicie, histeria”. A sedno i tak zostaje to, co autor opisał: marginalizowanie prezydenta, omijanie procedur i robienie narracji, że kto przeszkadza, ten przeciw państwu.
To „piąty rozbiór” to nie czołgi na ulicach, tylko jako wykręcanie bezpieczników po kolei: ośmieszanie prezydenta jako partnera, robienie z weta „sabotażu”, rozbrajanie protestu narracją („to nie protest”) i potem działaniami administracyjnymi, a na końcu sugestia, że jak się nie da ustawami, to „będzie się rządzić bez nich”. I to jest właśnie ten moment, kiedy człowiekowi zapala się lampka: nie chodzi o jedną decyzję, tylko o styl, w którym procedury zaczynają przeszkadzać.
@Bartosz Jasiński.......Skoro ludziom zapala się ostrzegawcza lampka to znak że powinno się te niepokojące sygnały szerzej omawiać. Nie spokojnie czekać,aż prezydent rozwiąże wszelkie problemy,nie udawać ,że nie widzimy zla,wreszcie przestać milczeć i rozkładać ręce.A jak jest? Cenzura ruszyła pełną parą zanim społeczeństwo zdążyło się obudzić.Wolno tylko ujadać na PiS.
A z kim chcesz te niepokojące sygnały szerzej omawiać Droga Danusiu? Już pisałem, ale jednak powtórzę. Widzowie opozycyjnych mediów, to zaledwie 8% i to w porywach (Republika plus wPolsce24). Reszta, ponad 90%, jest w ich rękach. Rzeczywistości nie zagłuszysz. Podam Ci przykład z własnego podwórka. Świąteczne spotkanie najbliższej rodziny, wszyscy z wyższym wykształceniem. Za sprawą wnuczek wszyscy wiedzą, że Republikę oglądam tylko ja, więc tematów politycznych nikt nie poruszał. W trakcie rozmowy padł jednak temat weta prezydenta w sprawie wprowadzenia cenzury. Zadałem wtedy pytanie, jak ludzie którzy przeżyli komunę, albo tylko o niej słyszeli, mogą popierać próby wprowadzenia cenzury? Powiedziałem, że za komuny też była cenzura, ale wszyscy słuchali Wolnej Europy. I wiesz jak fantastycznie dostałem w pysk od osoby, która pamiętała mnie z tamtych czasów? Nie "wszyscy słuchali", tylko ty słuchałeś. Jak następnego dnia spokojnie to przemyślałem, to stwierdziłem, że ta osoba miała 100% racji. W moim najbliższym otoczeniu, czy to w gronie znajomych, czy w pracy, praktycznie tylko ja słuchałem Wolnej Europy. Reszta była zainteresowana tylko urządzaniem się w tym socjalistycznym syfie, albo ucieczką. Na studiach miałem nauczycieli wywodzących się ze lwowskich uczelni, którzy "miłość" do komuny a szczególnie do ZSRR wyssali z mlekiem matki. I jak to sobie dzisiaj przeanalizuję, to na całą grupę, aktywnie uczestniczących w tamtych "reakcyjnych" dyskusjach, było nas dokładnie dwóch (słownie dwóch). Reszcie zwisało to kalafiorem i tylko przytakiwali dla świętego spokoju. Dzisiaj jest dokładnie to samo. W razie czego, to Prezydenta poprze jakaś garstka emerytów i kilku desperatów, którzy zostaną widowiskowo spacyfikowani przy gromkim aplauzie reszty społeczeństwa. Jak dodać do tego kłótnie o koryto na prawicy i ostatnie tchórzostwo Ziobry, który niestety okazał się fujarą i miękiszonem, to, przykro mi, ale czarno widzę naszą przyszłość.
@mjk1....A pan myśli,że ma być lekko,łatwo i przyjemnie rozmawiać?Z ludźmi zapatrzonymi w celebrytów i tzw.artystów którym się ubrdało że są autorytetami i wzorcami do naśladowania? To prymitywne towarzystwo uważa,że ma mandat do nauczania i oceniania.Trudno wytłumaczyć ludziom cokolwiek jeśli w telewizji brylują Polacy wyszydzających Polskę i Polaków. Pańcia Damięcka rzekomo jakaś artystka sporządza prześmiewcze grafiki nazywając Polaków cebulakami przedstawiając jako gorszy gatunek człowieka. Idiotka ma możność i zasięg oraz nastoletnie wielbicielki wierzące bezkrytycznie swojej internetowej nauczycielce.One nie widzą jej chamstwa i prostactwa i światełko tego chamstwa niosą dalej.Czy należy w pokorze słuchać,a może powiedzieć pańci kim jest? My tymczasem nawet nie potrafimy obronić prezydenta przed obrzydliwymi atakami nawet na NB.Nasi mężykowie stanu wyją jak do księżyca nad zawetowaniem przez prezydenta projektu ustawy wdrażającej Akt o usługach cyfrowych DSA co umożliwiło by ingerencję w treści m.in. w mediach społecznościowych.Bravo- napisał Elon Musk o decyzji prezydenta Nawrockiego.Komentator z NB atakuje prezydenta bezmyślnie i niegodnie a na moją uwagę nazywa mnie tępą pisiorzycą. To mnie jednak nie powstrzymuje.