W każdej epoce są idee, które przegrywają nie dlatego, że są złe, lecz dlatego, że są zbyt skuteczne. Nie da się ich udoskonalić, rozbroić, ani bezpiecznie wchłonąć przez system. Trzeba je więc ośmieszyć, przemilczeć albo podmienić na atrapę.
Tak właśnie stało się z jednym z najbardziej przenikliwych pomysłów prof. Jerzego Przystawy - mechanizmem kontroli posła nie przez masy wyborców, lecz przez jego bezpośredniego konkurenta.
To rozwiązanie było czymś znacznie więcej niż technicznym dodatkiem do JOW. Było precyzyjnie zaprojektowanym silnikiem odpowiedzialności, który uderzał w samą istotę patologii III RP: bezkarność, miernotę i karierowiczostwo polityczne.
Kontrola nie przez tłum, lecz przez interes.
Profesor Jerzy Przystawa wychodził z założenia brutalnie realistycznego: nie można opierać ustroju na ciągłej aktywności mas. Wyborcy mają pracę, rodziny, własne życie. Demokracja, która wymaga permanentnej mobilizacji obywatelskiej, prędzej czy później degeneruje się w teatr albo oligarchię aktywistów. Dlatego zamiast odwoływać się do ideału „czujnego suwerena”, Przystawa zaproponował coś znacznie bardziej skutecznego: wykorzystanie ambicji politycznej jako narzędzia kontroli władzy.
Mechanizm był prosty, a zarazem genialny. W jednomandatowym okręgu startuje kilku kandydatów. Jeden wygrywa i zostaje posłem. Pozostali jednak nie znikają, lecz zachowują formalną pozycję wynikającą z kolejności uzyskanych głosów. Drugi w kolejności staje się naturalnym, stałym kontrolerem zwycięzcy. Nie dlatego, że jest lepszym moralnie człowiekiem. Dlatego, że chce zająć jego miejsce.
Jak to miało działać w praktyce - krok po kroku.
Wyobraźmy sobie realny okręg wyborczy.
- Wybory
Kandydat A wygrywa minimalnie. Kandydat B przegrywa o kilkaset głosów. Kandydat C jest trzeci. - Nowy układ sił
- A zostaje posłem
- B wie, że jest pierwszym w kolejce
- C pilnuje B, bo sam chce być następny
Powstaje łańcuch wzajemnej kontroli, w którym, każdy obserwuje tego, kto jest nad nim i każdy ma interes w ujawnieniu kłamstw, niespełnionych obietnic, zaniedbań wobec okręgu i oderwania się od wyborców.
- Codzienna presja
Poseł A nie może zniknąć z okręgu, nie może lekceważyć spotkań, nie może głosować wbrew deklaracjom bez tłumaczenia się i nie może liczyć na „święty spokój kadencji”.
Bo wie, że:
ktoś, kto zna jego program, kampanię i lokalne realia, patrzy mu na ręce dzień po dniu!!!
Mechanizm automatycznej wymiany - serce systemu.
Najostrzejszym elementem tej koncepcji był mechanizm automatycznej wymiany posła.
W uproszczeniu:
- jeśli poseł rażąco narusza zaufanie okręgu
- jeśli porzuca swoje obowiązki
- jeśli łamie podstawowe warunki kontraktu wyborczego
to jego mandat wygasa i mandat obejmuje drugi w kolejności, bez nowych wyborów!!!
Bez referendum, zbierania podpisów, medialnych kampanii i zmęczenia wyborców.
To była odpowiedzialność wbudowana w sam wynik wyborów.
Dlaczego to było rozwiązanie genialne?
Bo nie wymaga heroizmu obywatelskiego, nie opiera się na „świadomości politycznej mas”. Działa ciągle, a nie incydentalnie i wykorzystuje naturalne mechanizmy rywalizacji.
Przystawa doskonale rozumiał, że:
najskuteczniejszym strażnikiem uczciwości jest ktoś, kto chce przejąć twoje stanowisko!!!
Ten system eliminuje karierowiczów, którzy liczą na „przetrwanie kadencji”. Eliminuje nieuków, bo ignorancja natychmiast zostaje obnażona. Eliminuje figurantów partyjnych, bo partia nie ochroni nikogo przed konkurentem.
Jednocześnie premiuje ludzi kompetentnych, pracowitych, zdolnych do publicznej debaty i ludzi, którzy naprawdę znają swój okręg.
Dlaczego było to śmiertelnie niebezpieczne?
Bo ten mechanizm likwidował faktyczną nietykalność posła. Odbierał partiom monopol ochronny. Czynił politykę zawodem wysokiego ryzyka i wprowadzał realną konkurencję, a nie pozorną rotację elit.
W takim systemie:
nie da się „przeczekać”, „schować”, „rozmyć odpowiedzialności”.
Dlatego właśnie nie wolno było dopuścić tej idei do głównego nurtu debaty.
Czym to się różni od innych systemów
- Od proporcjonalnej ordynacji - bo tam konkurentem jest kolega z listy, nie wyborca.
- Od klasycznych JOW bez ponownego głosowania - bo tam presja działa tylko raz na cztery lata.
- Od referendum odwoławczego - bo tam odpowiedzialność jest kosztowna i rzadka.
- Od systemu partyjnego - bo tam kariera zależy od lojalności, nie od jakości.
Tu odpowiedzialność jest osobista, natychmiastowa i nie do obejścia.
Dlaczego się o tym nie mówi?
Bo to rozwiązanie, nie daje się uprościć do hasła. Nie daje się sprzedać w kampanii i nie daje się przejąć przez partie. Jest zbyt logiczne, zbyt brutalnie skuteczne i zbyt uczciwe wobec wyborców. A przede wszystkim - nie zostawia miejsca dla politycznych szarlatanów.
Czy dałoby się to wprowadzić dziś konstytucyjnie?
Tak, ale tylko pod jednym warunkiem: odwagi ustrojowej. Wymagałoby to redefinicji mandatu poselskiego, odejścia od fikcji „mandatu wolnego” w praktyce. Wpisania odpowiedzialności posła wobec okręgu i uznania, że suwerenność obywateli nie kończy się w dniu wyborów
To jest możliwe prawnie, ale nie jest możliwe politycznie - w obecnym układzie sił.
I dlatego pytanie, które powraca jak wyrzut sumienia, brzmi dziś jeszcze ostrzej niż kiedyś:
czy naprawdę zapomnieliśmy o tym pomyśle, czy raczej pozwoliliśmy, by został zapomniany, bo zbyt dokładnie obnażał, jak bardzo obecny system boi się prawdziwej odpowiedzialności?
"Kandydat A wygrywa minimalnie. Kandydat B przegrywa o kilkaset głosów."
U mnie w gminie Raczki były wybory na wójta, w którym stary wójt, który rządził bodajże przez 5 kadencji przegrał z nowym-starym kandydatem o ... dwa głosy. Nowy wójt to w sumie dużo zawdzięczał staremu wójtowi, jest z zawodu weterynarzem. Teraz jest w radzie powiatu. Stary wójt mieszka w Dowspudzie, tu gdzie ja mieszkam. Zawsze na niego głosowałem, bo to w sumie ziomek. 7 razy zorganizował Festiwal Muzyki Celtyckiej w Dowspudzie. I to było niezwykłe wydarzenie artystyczno-kulturalne :)
Czy to dobry pomysł, aby miejsce wójta, który się skompromitował, automatycznie zajmował drugi z kandydatów? No nie, drugi kandydat może już być zajęty czymś zupełnie innym. Lepiej zrobić kolejne wybory.
Ja Przystawę znałem. I nie mogę przejść obojętnie obok tego, co mu tu przypisujesz. On nie postulował żadnego mechanizmu orzekania winy posła przez nowe ciała decyzyjne. To jest Twoja interpretacja – nie jego pogląd.
U Przystawy sprawa była prosta: poseł odpowiada przed wyborcami swojego okręgu i tylko przed nimi. Jeżeli rażąco narusza zaufanie, porzuca obowiązki albo łamie kontrakt wyborczy, to wyborcy – w drodze referendum w okręgu – mogą go odwołać - na skutek swoich subiektywnych mniemań. Bez komisji, bez trybunałów, bez instancji rozstrzygających. Dokładnie tak, jak w realnie istniejących systemach anglosaskich, na których Przystawa konsekwentnie się opierał.
A ty opisujesz konstrukcję, w której ktoś musi najpierw stwierdzić, że poseł rażąco naruszył zaufanie, a więc: ktoś musi zdefiniować kryteria, ktoś musi je interpretować, ktoś musi wydać wiążący werdykt. To nie jest JOW Przystawy. To jest Twoja autorska koncepcja ustrojowa, której on nigdy nie formułował – i do której nie ma żadnych analogii w realnie działających demokracjach. Przystawa był w tej kwestii skrajnie empiryczny: odwoływał się wyłącznie do rozwiązań sprawdzonych w praktyce, a nie do normatywnych konstrukcji "jak być powinno".
Problem z Twoją propozycją jest taki, że przy tak gumowych przesłankach nie da się zbudować stabilnego prawa. Otwiera to pole do uznaniowości, gry politycznej i walk frakcyjnych, a nie do realnej odpowiedzialności posła przed wyborcami. To już nie jest kontrola demokratyczna – to jest mechanizm politycznego unieważniania mandatów.
Dodatkowo powtarzasz, że JOW Przystawy różnił się od JOW-ów Kukiza, ale nigdzie nie pokazujesz tej różnicy w sposób weryfikowalny - nie ma cytatu z Przystawy, nie ma projektu ustawy, nie ma nawet spójnego opisu procedury. Budujesz legendę o prawdziwych JOW-ach Przystawy i pod tę legendę podpinasz własne, bardzo mętne rozwiązanie ustrojowe.
Przystawa doskonale rozumiał mechanikę JOW-ów w krajach anglosaskich i precyzyjnie tłumaczył, dlaczego one działają. Kukiz nie miał tak pogłębionej wiedzy teoretycznej, ale opierał się na dorobku Przystawy – i to w zupełności wystarczało, by sensownie domagać się JOW-ów w Polsce. Sam nic istotnego do tej doktryny nie dodawał, ale też niczego w niej nie fałszował.
Dlatego mieszanie do własnych konstrukcji ustrojowych nazwiska Przystawy jest po prostu intelektualnie nieuczciwe. Można dyskutować o Twoim pomyśle – ale nie wolno przypisywać go człowiekowi, który nigdy czegoś takiego nie postulował.
"...nigdzie nie pokazujesz tej różnicy w sposób weryfikowalny - nie ma cytatu z Przystawy, nie ma projektu ustawy, nie ma nawet spójnego opisu procedury". I nie ma też strony internetowej Jerzego Przystawy ze szczegółowym opisem tego mechanizmu. Zniknęła bezpowrotnie. Zapewne mi się przyśniła.
"...nigdzie nie pokazujesz tej różnicy w sposób weryfikowalny - nie ma cytatu z Przystawy, nie ma projektu ustawy, nie ma nawet spójnego opisu procedury". I nie ma też strony internetowej Jerzego Przystawy ze szczegółowym opisem tego mechanizmu. Zniknęła bezpowrotnie. Zapewne mi się przyśniła.
Tak, przyśniła ci się. Nie ma takiej strony. Gdyby była, to byś ją podał.
Już nie ma a to zasadnicza różnica. Ty natomiast kolejny raz udowodniłeś, że nie masz bladego pojęcia o tym co sam proponujesz. Ty nawet nic zaproponować nie potrafisz, co nie tak dawno udowodniłem Ci pod innym wpisem. Teraz wytłumaczę Ci dlaczego, choć obawiam się, że znowu nic nie zrozumiesz. Cały czas udowadniasz wszystkim, że jedynym rozwiązaniem, nie tylko naszych, ale i światowych problemów, jest wdrożenie ASE jako lekarstwa na wszystkie choroby. Jeżeli to takie dobre, to dlaczego akurat nie miałoby działać w polityce? Powoływanie się na austriacką szkołę ekonomii przy jednoczesnym odrzucaniu konkurencji jako mechanizmu kontroli jest wewnętrznie sprzeczne. Cała ASE opiera się na założeniu, że rynek dyscyplinuje nie przez komisje i werdykty, lecz przez stałą presję konkurenta, który tylko czeka na błąd. Dokładnie to samo proponował Przystawa w odniesieniu do polityki. Nikt nie mówi o „orzekaniu winy” ani o nowych ciałach decyzyjnych. Chodzi o odpowiedzialność wbudowaną w sam wynik wyborów, gdzie przegrany nie znika, lecz staje się naturalnym kontrolerem zwycięzcy. To jest czysty mechanizm rynkowy, a nie normatywna fantazja.
Redukowanie myśli Przystawy wyłącznie do kosztownego i rzadkiego referendum odwoławczego to uproszczenie, które w praktyce neutralizuje jego krytykę oligarchii partyjnej. Jeśli naprawdę uznaje się konkurencję za najskuteczniejszy regulator w ekonomii, to odrzucanie jej w polityce jest nie teorią, lecz obroną status quo. Generalnie konkurencja jest dobra i nie ma nic lepszego. Jeżeli jednak dotyczy Świderskiego, to jest to rzecz najgorsza z możliwych. Kiedy Wy piszecie prawdę Panie Towarzyszu Świderski?
Ja jestem zwolennikiem JOW. Znałem i popierałem Przystawę, napisałem 20 solidnych argumentów za JOW, które on poparł. Więc nie rozumiem, o co się czepiasz. Chcesz zostać moim trollem?
Ja nie znałem profesora, ale śledziłem jego stronę internetową, która działała jeszcze długo po jego śmierci. I to właśnie na tej stronie i na tamtejszym forum, ludzie zarzucali Kukizowi, że założył swój ruch tylko po to, aby zdyskredytować ideę JOW. To właśnie tam krytykowano Kukiza właśnie za to, że w jego programie nie było możliwości odwołania posła w trakcie kadencji, co całkowicie wypaczało ideę JOW w wersji Przystawy. Nie mam nic przeciwko Twoim 20 argumentom. Moje pytanie było jednak konkretne i na nie nie odpowiedziałeś. Nie tylko nie odpowiedziałeś, ale na wstępie wyraźnie napisałeś, że "niczym się nie różniły", co nie jest prawdą. Tyle, tylko tyle i aż tyle.
Twoje pytanie jest chamskie. Najpierw piszesz o jakiejś utopii głoszonej jakoby przez prof. Przystawę, a potem tłumaczysz, że to jakieś trolle o tym gadały pod jego artykułami. Ogarnij się.
Ja Świderski czegoś nie wie, to jest to dla niego utopia a jak nie zna strony internetowej i forum, to prowadzą go trolle. Chłopie ty nawet tych swoich tysięcy Lichtensteinów opisać nie potrafisz a bierzesz się za pouczanie innych.
Albo pokaż dokument z podpisem Przystawy opisujący automatyczną wymianę mandatu na rzecz konkurenta inaczej niż przez referendum, albo przyznaj, że to twoja własna koncepcja – wtedy możemy dyskutować uczciwie. Przystawa już nie żyje i nie może sprostować twoich insynuacji, więc musisz mieć twarde dowody na to, że opisujesz jego koncepcję, a nie jakieś wrażenia z jakiegoś nieistniejącego forum, gdzie ktoś coś pisał pod wpisami Przystawy. A jak nie, to nie mieszaj jego dobrego imienia do swoich utopii. Powtarzam: Przystawa stał na twardym gruncie istniejących realnie ordynacji wyborczych JOW w krajach anglosaskich i nic nie wymyślał nowego. To bardzo nieuczciwe intelektualnie przypisywać swoje koncepcje osobie zmarłej. Ogarnij się!
Jednak wymagałoby to ciągłej aktywności wyborców, bo organizowanie przez kandydata B spotkań z wyborcami, czy drukowanie krytyki wymaga aktywności, tak jak i odebranie A wotum zaufania. Walka polityczna rozciągnięta w czasie poza kampanię byłaby bardzo męcząca - moim zdaniem - dla wyborcy.
Ten model nie wymaga ciągłej aktywności wyborców, tylko ciągłej aktywności polityków. To kandydat B pilnuje posła A, bo chce zająć jego miejsce. Wyborca może to w całości ignorować. Sama obecność realnego konkurenta działa prewencyjnie. Jeśli ktoś miałby się w tym systemie „męczyć”, to wyłącznie zły poseł, a nie wyborca.
Żadna zmiana mająca na celu ograniczenie możliwości budowania karier politycznych przez miernoty i ograniczanie możliwości żerowania na państwie przez zwycięskie partie nie ma żadnych szans na powodzenie. To kwintesencja systemu politycznego naszego bantustanu. Czy tzw. wyborcy mogliby to zmienić? Nie zmienią. Dlaczego?
Mój kolega, członek spółdzielni mieszkaniowej, od jakichś 18 lat walczy z prezesem spółdzielni, który zajmuje ten stołek nieco ponad ćwierć wieku. Na lokalnych portalach pan prezes jest surowo rozliczany., wyliczane są jego błędy, zaniechania, kumoterstwo, itd., itp. Z rozmów z mieszkańcami, członkami spółdzielni, wynika, że większość go wprost nie znosi, najchętniej wywieźliby go z przytulnego gabinetu na taczkach. No to jakim cudem jest prezesem ponad 25 lat?
Po prostu, na ponad 700 członków spółdzielni, na zebrania wyborcze przychodzi zwarta grupa przydupasów prezesa w liczbie około trzydziestu osób, oraz równie zwarta grupa jego przeciwników, których liczba, jak do tej pory, nie przekroczyła 22 osób. Reszta ma to serdecznie w dupie i ogranicza swój sprzeciw i gniew do tzw. pyskowania, w internecie i w realu. No i jest jak jest. W polityce jest podobnie.