
Ośmielam się tutaj bardzo krótko wyjaśnić tym wszystkim, którzy są rozczarowani, a nawet niezadowoleni, że panowie Orban i Morawiecki nie wykonali procedury zawetowania budżetu.
Szanowni Państwo, veto jest narzędziem, na szczęście dostępnym w UE, do nie wyrażenia zgody na planowane zmiany, nowe dokumenty, rozporządzenia, i tym podobne modyfikacje, w instytucjach, gdzie traktaty wymagają jednomyślności wszystkich członków danego organu.
Veto nie jest celem samym w sobie.
Wprost przeciwnie, używanie tego bez potrzeby, czego mieliśmy przykłady z niesławnym, szlacheckim liberum veto, może nawet prowadzić do katastrofy.
W tym konkretnym wczorajszym przypadku, stosowaliśmy deklarację użycia veta, co doprowadziłoby do zamrożenia budżetu całej Unii, jako narzędzia do niedopuszczenia subiektywnego uznania niby dziejącej się w Polsce niepraworządności do blokowania należnych nam traktatowo pieniędzy. A w dalszej perspektywie mogło to doprowadzić do utraty suwerenności naszego państwa.
Celem działania naszych przedstawicieli było więc wyłącznie spełnienie naszych postulatów. Nie veto.
Tymczasem, na szczęście nieliczna, grupa naszych kolegów uważa niezawetowanie budżetu, jako porażkę, albo co najmniej wyraz słabości dwóch rządów.
Z przykrością muszę powiedzieć, że albo jest to efekt niewiedzy, niedouczenia się politycznych procedur (infantylizm po prostu), albo, nie daj Boże, zwariowania, jak nasz nieszczęsny doktor Krzysztof z Krakowa.
Bo przecież nie ma tutaj wrogów Polski, którzy poprzez podważanie faktów i kompetencji demokratycznej władzy usiłują szkodzić państwu i narodowi.
I - UWAGA! - COVID19 również może powodować objawy psychiczne, jak splątanie, odrealnienie, GAD i zaburzenia równowagi.
Jaja sobie robisz?
Rozumiem, że to „śmiech na sali”, ale musisz uważać – debile tego nie pojmą i wezmą za swoje – a debili ci u nas dostatek!
A sprawa jest prosta - patrz biuletynnowy.blogspot.com.
Pozdrawiam!
Dużych dali w biznes (Kulczyk, Grobelny), a karłowatych do internetu.
A, że nie pojmują? Co to za strata?
Pozdrawiam
Pewną nadzieję pokładam w profesorze Czarnku. Ma charyzmę i jest asertywny. A teraz chyba ma najważniejszy resort. Uniwersytety i szkoły to tlące się torfowiska. A te trudno się gasi.
Zobaczymy. Wbrew pozorom czasu nie jest dużo, a lewactwo nie ustanie w atakach.
Jestem tego samego zdania. W jednym z ostatnich wpisów proponowałem zakładanie swoich partii Czarnkowi i Ardanowskiemu. Ale nie wiem, czy czuja się wojownikami. Jest, jak w piosence, która śpiewaliśmy w czasach studenckich: salwa wybuchła, gacie opadły i okazała się dupa. Ale prawdę mówiac nie widzę żadnego kandydata na zbudowanie nowego ruchu politycznego, chyba, że powstanie nowe państwo o nazwie Orlen.
Przypomina mi się powieść Lema pt. "Pamiętnik znaleziony w wannie". Poziom absurdu jest podobny. Gdyby pójść tym tropem, to paradoksalnie wyszlibyśmy cało z opresji. Tak samo jak główny bohater, który w końcu pojął, że nikt już nad niczym nie panuje, nie ma żadnego planu pokonania wroga ani wygrania wojny, bo szpieg dziesięciokrotny szuka zajadle szpiega pięciokrotnego, a jak go już znajdzie, to nie może sobie przypomnieć dla kogo na danym etapie pracuje. Antyutopia.
Dlatego, Panowie, najrozsądniejsze na obecnym etapie wydaje się chyba stworzenie rządu niezależnego od partii politycznych, który byłby rozliczany tylko z wykonania planu, który zostałby im przedstawiony. "Plan napisany w wannie". Tylko nie żadnych "fachowców" bo mnie już mdli od tych komuchów, postkomuchów i reszty marksistów z setkami tytułów i honorów za nic. Ot taka "rada nadzorcza". Niech będzie w niej i traktorzysta, ale taki co ma jaja, twardy kręgosłup i własną wolę. Plan taki nie musi być jawny, ale warto go skopiować i trzymać w kilku sejfach, żeby się nikt potem sianem nie wykręcił. Za celowe uwalenie planu byłaby kara jak za zdradę i warto w tym celu odwiesić karę główną jak przed wojną. Jednocześnie obcy beneficjenci uwalenia planu powinni być uświadomieni, że suweren nie będzie dotrzymywał umów zawieranych pomiędzy jakimś TeWulcem, a jego zagranicznym oficerem prowadzącym. Czyli nawet jeśli "premier" (ochotnik grający premiera) zdradzi za odpowiednią opłatą lub po odpowiednim dokręceniu jakiegoś imadła, to wszystkie zawarte przez niego niekorzystne umowy stają się nieważne. Czy w obecnych uwarunkowaniach rządem nie może być siedemnasty pododdział trzeciego batalionu wojsk obrony terytorialnej? A czemu nie? A co to szkodzi? Za to efekty rządzenia mogą być dużo korzystniejsze dla Polski, niż rządy ludzi głupich choć utytułowanych, uwiązanych przez kolegów zobowiązaniami, kuszonych przez wpływowych znajomych mogących wiele w świecie załatwić (najczęściej jak Kwacha). Tak więc myślę sobie, że to wcale nie taki głupi pomysł. Za to zdawanie się obecnie na tą całą wykształconą przez Marksa czeredę profesorów prowadzi wprost w otchłanie piekielne....
"Evviva l'arte! Niechaj pasie brzuchy
nędzny filistrów naród! My, artyści,
my, którym często na chleb braknie suchy,
my, do jesiennych tak podobni liści,
i tak wykrzykniem; gdy wszystko nic warte,
evviva l'arte!"
Na poczatek potrzebna jest jakaś władza wykonawcza. W naszej historii, gdy niewiele mogliśmy oficjalnie, mieliśmy rzqd konspiracyjny, Polskie Państwo Podziemne, albo rzad chociażby na emigracji. W tamtym czasie mieliśmy jeszcze szlachtę i inteligencję, którzy nie tylko chcieli odzyskać majatek, ale też czuli odpowiedzialność za państwo i gotowi byli poświęcić życie. Dziś jest, jak w "Wyklętym": bohater filmu z głodu idzie na zagon rolnika ukraść kartofle, a za plecami właściciel w widłami tłumaczy mu, że jego walka jest bez sensu, bo nikt nie chce jego wojny. W końcy wbija widły w ziemie i pozwala mu spokojnie odejść i sie najeść. W tamtym czasie, coś z II RP zostało. Dziś najpierw musza zaistnieć warunki na odbudowę tradycyjnej inteligencji, a więc na folwarku musza zrozumieć, że fornale po grzbiecie dostaja za własna głupotę, a potem te widły z ziemi będzie można wyciagnać.
Można postawić WOT na czele nowych zmian, ale będzie to znakomity pretekst, tym razem dla UE z Rosja, a jakże, do kolejnego rozprawienia sie z nami.
Jeżeli nawet znajdzie się kilku, którzy napisza znakomity plan, to i tak nikt go nie poprze, bo za plecami ma widły, bo bezwarunkowo dostał 500+ i czeka na dotacje, bo jeszcze nie jest źle, a może będzie tak samo? A skoro będzie tak samo, to po co nam suwerenność skoro Duda na lewo i prawo opowiada o jakiejś niepodlagłości, która mamy.
Jak za kilkanaście lat spotkamy się na tamtym świecie, to być może z góry dane nam bedzie dostrzeć, że ktoś taki właśnie plan napisał, leży gdzieś w archiwym lub nawet w Bibliotece Narodowej, ale czytelnia tej instytucji jest pusta. Zabrakło szlachty i inteligencji i nie ma komu bronić Polski. Nikomu, bo folwarczni musza się bić o dotacje u byłego zaborcy, a naszym planem był Trump i taniec wokół niego. Duda oświadczył, że na inaugurację Bidena nie pojedzie, boooo. Leżymy na łopatkach nie majac łopatek. Pozostaly profesory i polityki z ich wysokimi pensjami. Kto ruszy d., ten dostanie mniej na pierwszego. A pożyczki, a dzieci, a czajaca się bieda? Taki uścick na gardle nie przytrafił sie nam od poczatku państwa polskiego.
Może czarny to obraz, ale nic jasnego tu nie widać. Nawet wierszyka na koniec nie będzie.
Oczywiście, że nie jest to wygrana wojna. Tylko jedna potyczka. I dobrze, że nie trzeba było veta stosować, bo wtedy najpóźniej do maja mielibyśmy znowu lewacką władzę na pasku Berlina.
Lewactwo nie odpuści. może czasem się przyczai, jak zacznie wymierać "pokolenie 1968", ale ciągle będzie próbowało.
Ostatni okres chyba wszystkim przyzwoitym ludziom uswiadomił, że obecna Unia, to wielkie oszustwo i próba rządów uzurpatorów. Szczególnie parlament europejski wygląda jak szpital wariatów.
Kto w Europie ma prawdziwy szacunek do Brukseli? Może tylko ci Niemcy, co zawsze są - zum wefehl. Mam nadzieję, że to tylko historyczna efemeryda i po COVIDzie się już nie podniesie.
Więc grajmy nadal na czas.
Janusz... Od tej pory wszystko już będzie niezgodne z europejskim prawem i europejskimi wartościami. A skoro niezgodne, to i pieniędzy nie będzie. To jest koniec marzeń. Żadnej gry już nie będzie. Nawet zmiana premiera niewiele tu pomoże. Szansa w tym, że któreś z państw odmówi ratyfikacji, bo polski Sejm tego nie zrobi. Pomóc może już tylko III wojna światowa. I to nie jest czarnowidztwo.
Widocznie mam inne progi i pułapy, więc daleka moja droga do czarnowidztwa. Zawsze jakoś problemy rozwiązywałem. To była nie tylko moja praca, ale i stan umysłu.
Toteż mam przekonanie, że ten wytrysk lewactwa i libertynizmu, jest typowym etapem przechodnim, lub jak mówimy w teorii obwodów elektrycznych, stanem nieustalonym. Krótkim i przemijającym. Choć czasami mocno iskrzącym.
Dlaczego tak myślę? Bo to nie tylko kwestia mojej mentalności ukształtowanej przez cywilizację łacińską, chrześcijaństwo i moich trzech mędrców przewodnich - Arystotelesa, św. Augustyna i św. Tomasza, tylko jest to naturalna postawa człowieka myślącego. Także głupców wszelakich. Jedynym zagrożeniem są psychopaci i socjopaci, lecz na szczęście jest ich niewiele.
Zdradzę ci jedyną drogę rozwiązania problemu budowania nowej cywilizacji, jak optymistycznie uważam, zmodyfikowanej, albo "zaktualizowanej" (jak tomizm i neotomizm) cywilizacji zachodniej. To rewolucja finansów światowych, oraz przekłucie bańki HITECH. Pierwszym krokiem może być choćby (i raczej to nastąpi) stworzenie otwartej konkurencji dla internetu.
Ta sama idea przyświecała, gdy powstał Linux. A jak się wyrwiemy spod kurateli Google, FB, TT i Instagramu, to nagle dużo może się zmienić. Ciekawi mnie ten Telegraf, choć mało o tym wiem.
To ciekawe, co piszesz, odezwę się za kilka godzin.
Problem jest inny. Tu nie o pułap lub progi indywidualne chodzi, lecz o powszechny próg społeczno- państwowy. To on decyduje o moich prywatnych szansach. Czym się rożni II RP od PRL i III RP? W okresie międzywojennym życie społeczne szło w kierunku - MY Polska, w PRL również było MY, ale już jako proletariusze (niektórzy mylili istotna różnicę), a w III RP owo MY zniknęło z horyzontu i pozostało wielkie JA. Przy czym to wielkie JA ma konotacje jeszcze peerelowskie, a więc oderwane od rzeczywistości i niemożliwe do spełnienia. Polagaja one na tym, że ludzie nie zdaja sobie sprawy, że bez pomocy państwa - naszego państwa i tego MY, nikt nie jest w stanie zachować ani dotychczasowego majatku, ani trwale sie wzbogacić, ani zgodnie ze swoim standardem wykszatłcić dzieci, ani samemu wyjść na odpowiedni poziom rozumienia świata, ani zachować zdrowia, ani nawet godności. Chyba nikomu dotad nie udało się zachować swoich progów w oderwaniu od sprawności państwa. Dlaczego państwa pokolonialne (W. Brytania, Francja, Holandia, a także Niemcy, itd) dalej chca lupić inne kraje? Bo nie znaja innego modelu gospodarczego i wydaje się im, że tylko poprzez tania pracę poddanych moga zabezpieczyć progi swojej inteligencji, ktora trzyma ich przy życiu. Polski próg jest bardzo niski. Przed chwil słuchałem wywiadu z Obajtkiem w Radiowej Jedynce. Ileż na niego wylewa się pomyj - bo odniósł sukces i jest człowiekiem nowego wymiaru. Niektórzy boja się, ze przejmie władzę w Polsce... I to jest poziom progowy. Ale szczury nie rozumieja, że popieranie jego i wyszukiwanie mu podobnych, zwiększa majatek społeczny i dobre samopoczucie ich samych. Ten bolszewizm blokuje każdy rozwój. Państwo to również obowiazki - czyli coś za coś!
I dla wyjaśnienia, ja nie narzekam na swój standard, choć wiele możnaby w nim zmienić.
Co do internetu. Wymaga on wcześniejszego przygotowania humanistycznego (szkoła!!!), bo posłuży do szukania pornoli. Natomiast konkurencja własna w internecie, to podstawa. Ale jak się uwolnimy od Googl, FB itd, to może sie okazać, że jak po 1989, drogi się nam otworzyły, ale głowa ciasna i horyzonty za małe. W sumie to poważna sprawa.
A co do tomizmu, neotomizmu, to dobrze znalem klasyka O. Krapca. Nie byłem jego uczniem, ale wiele skorzystałem. Jak, już kiedyś Ci pisałem, doceniam wielka ich madrość , ale mam coś takiego w sobie (może to jakieś skrzywienie dziennikarskie), że każda myśl konfrontuję z rzeczywistościa. Człowiek się nie zmienia, ale zmienia sie jego otoczenie i trzeba wyznaczać nowe standardy, np wobec internetu.
Problem jest może w tym, że ja rozumuję w kategoriach nie swoich, lecz państwa. Tego nauczyła mnie historia. Być może na tym polega trudność w porozumieniu.
Ryszard nadal rozważa klasyczny sposób zarządzania system (państwo, fabryka, korporacja, itd.). Jest prezes, jest zarząd... ludzie lepsi i gorsi. I połaczone siły tych umysłów, w ważonej co do pozycji skali, wypracowują strategię.
Teraz wynajmuje się, albo ma się swoich fachowców z dobrymi komputerami i z najlepszymi algorytmami i oni zajmują się modelowaniem i wynikami predykcji, co w przybliżeniu jest prognozowaniem, tylko dużo lepsze. To co robi tych paru kluczowych konsultantów, to czysta, nowoczesna matematyka. Oczywiście nawet takie rzeczy, że Morawiecki z Ziobro się nie lubią, są uwzględnione w obliczeniach.
Ano właśnie - trzeba zrozumieć i sobie uprościć, że podejmowanie decyzji, czy tworzenie strategii działania, to, jak byśmy nie chcieli tego mądrze nazwać, to tylko obliczenia.
Ale jakie obliczenia! Ho, ho, ho.
ps. Trochę mam trudności z wpakowaniem tutaj błysku intuicji, lecz chyba dobrze zakładam, że to rezultaty obliczeń naszej nieświadomości (dawniej podświadomości).
Doceniam matematykę, naprawdę, ale w podstawówce miałem wariatkę, w średnie, przedwojenna, solidna, a na studiach już matematyki nie było. Być może to bład. Nic z tych wzorów nie rozumiem.
Intuicja jest konieczna, bo ona nie pozwala odejść od praktycznego życia. Pewnie, że musi być uaktualniana - ale uaktualniana, a nie wypreparowywana z realu, bo jak słyszę współczesnych socjologów, którzy to i obliczaja i namierzaja i czuja, to wychodzi jakiś bełkot. I na tym bełkocie jedziemy, rozmijajac się z rzeczywistościa. Innymi słowy obliczenia musza mieć realne dane i wierygodne liczby. Piszę o tym dlatego, bo życie staje coraz bardzie wirtualne, taka sama zaczyna być wiedza i coraz bardziej nasza rzeczywistość.
Pozdrawiam
Przyjmuję Pańskie wyjaśnienia w sprawach matematycznych. Z reszta zgadzam sie całkowicie i nie mam tu nic do dodania. Pozdrawiam.
Nie rozważam klasycznego sposobu zarzadzania, ten sposób jest. Jest prezes i jest reszta. Amen. Outsourcin u nas sie raczej nie sprawdza. To też kwestia stanu umysłu Polaków. Polacy generalnie nie wierza w swoje państwo i nie zamierzaja mu pomagać w przetrwaniu. Nikt nie nauczył młodych, ani im nie wtłoczył, że bez państwa ani paszport nie będzie ich chronił, ani nic, co w cywilizowanym świecie daje postawę bytu. Musza do tego dojść poprzez garbowanie im pleców i wyciagania pieniędzy z portfeli.
Ale.
Pamiętacie Panowie, nasza dyskusję na temat humanista czy inżynier. Naładowany tym zagadnieniem podjałem go praktycznie. Przeprowadziłem dwa duże wywiady z dwoma prof. z UW: aktualnie urzędujacym Andrzejem Jakubiakiem i emerytowanym Jackiem Przygodzkim. Temat podskórnie dyskutowany w kraju, można rzec, ciepły, a mimo to miałem trudności z umieszczeniem go w mediach papierowych. Pewna trudność stanowiła jego objętość, pomyśłany bowiem był jako część przyszłej ksiażki. W końcu wzięła i opublikowała go Fronda Lux (ostatni nr). W grudniu powinien ukazać się drugi odcinek, ale już w innym periodyku. Zadawałem tam pytania, które wynikły z naszej dyskusji, ale też rozszerzyłem je o własne przemyślenia.
W zamyśle chciałem pokazać dwa ośrodki: Warszawę i Katowice, ze względu na etos pracy. Warszawę załatwiłem, pozostały Katowice. W fazie trzeciej miała nastpić wychył w przyszłość. Taka praca wytwarzała określone koszty. Napisałm o stypendium, ale oczywiście go nie dostałem. Uznano, że temat jest zbyt mało nośny. Przyszedł covid i wszystko jeszcze bardziej skomplikował.
I teraz co z tego wyszło? Wyszedł pewien zarys, który trzeba pociagnać dalej, aż do pojawienia się jakiegoś słońca, czyli spotkania się twarza w twarz inżynierów z humanistami. Za mało humany na politechnice i nieobecność aspektów inżynierskich na humanistyce. Wyszło jeszcze kilka ciekawych rzeczy, które trzeba rozbudować w dalszej kolejności.
Przerwa spowodowała, że zabrałem się już do pisania innej ksiażki, która zajmie mi jeszcze około roku. Tak to jest, oprócz szybkiego szmalu, nikogo nic nie inyteresuje. I ten stan trwa od poczatku nowej transformacji w 1989 r. Zdażyłem napisać reportaż ksiażkowy na temat Opolszczyzny z lat 1990-1998 (jedyny taki w polskiej literaturze), potem starałem sie o fundusz na napisanie takiego samego z ziem zachodnich. I spotkałem się z następujaca argumentacja: panie, po co to panu (nie nam, lecz panu!!!), wejdziemy do UE i wszystko bedzie zbędne. I dziś nie ma większego zapisu, tego co działo sie w tamtych latach na tych ziemiach. To kalectwo. Kalectwo umysłowe. Potem nastapiła kolejna faza: ograniczanie kosztów i polscy dziennikarze z braku pieniędzy przestali jeździć po Polsce. Pisali oczywiście, ale w oparciu o relacje zachodnich korespondentów. Tak jest do dziś, i przyjęto taki fakt za normę...
Podejmowanie decyzji to obliczanie, ale też intuicja.
Kiedyś podczas wizyty w Mediolanie, długo stałem pod pomnikiem Leonarda da Vinci. Przypominałem sobie, jak w dzieciństwie tata rozbudził moją ciekawość tym człowiekiem, prezentując mi, że to nie tylko wielki malarz i Mona Lisa, ale również twórca na wielu różnorodnych polach. Człowiek uniwersalny. Nawet jeszcze nastolatkiem nie byłem, gdy ciekawość wzbudzali Pitagoras, czy Archimedes. No i ten cudowny złoty podział - boska proporcja. Potem zetknąłem się z pojęciem "człowiek renesansu"...
Nadszedł moment, kiedy pojąłem, że filozofia to nie nauka - to coś znacznie więcej. Coś, co sięga do istoty rzeczy podstawowych. A później podziw dla matematyków. Pascal... Leibniz...Newton... Poincare... Co interesujące, każdy z nich był również filozofem. I nie tylko. Taki Leibniz to także , prawnik, inżynier-mechanik, fizyk, historyk i dyplomata. [I tu, zwracam uwagę Drogi Ryszardzie - ist Hund begraben].
Na przełomie wieków studiując romantyzm i naszych wieszczów, zetknąłem się z londyńskim Society of Dilettanti [en.wikipedia.org]. I wtedy właśnie takie olśnienie - nie ma sensu drążyć jednej dziedziny, kopiąc coraz głębiej, w coraz węższym tunelu, tylko z pewnej wysokości spoglądać na coraz szersze horyzonty.
Chrzanić doktoraty i profesury. Ważniejsze jest wiedzieć jak najwięcej o jak najszerszym diapazonie. Ot - dlaczego współczesne lewactwo jest ruchem wstecznym i w swoim sztandarowym libertynizmie dąży do zachowań społecznych szympansów bonobo (Kopulacja odgrywa istotną rolę w stadzie bonobo. Stosunki kopulacyjne są używane do powitań, rozwiązywania konfliktów i pokonfliktowego „godzenia się”, a także jako przywilej udzielany przez samice w zamian za pożywienie. Bonobo są jedynymi poza człowiekiem przedstawicielami naczelnych, u których zaobserwowano pocałunki językowe, spółkowanie pochwowe w pozycji twarzą w twarz, ocieractwo genitalne pomiędzy dwoma samcami (ang. penis-fencing). Wszystkie te zachowania zachodzą zarówno pomiędzy członkami rodziny – blisko spokrewnionymi osobnikami (kazirodztwo), jak i innymi bonobo w stadzie. Bonobo nie utrzymują stałych związków rodzinnych.) [pl.wikipedia.org] Dodam tylko, że to wegetarianie wśród szympansów. Albo, czy nie warto wiedzieć wszystkiego o whisky, lub czy baterie litowo - jonowe, to już nasz pułap magazynowania "elektryczności".
CD.
Powyższe rozumowanie prowadzi mnie do stwierdzenia, że jeżeli chcesz ludzi myślących i wykształconych podzielić na humanistów i inżynierów, to nie jest to właściwa droga.
Owszem, można to odnieść nawet do profesorów i prezydentów. Ponieważ są to ludzie nie w pełni rozumowo wykształceni. Zatrzymali się tacy parę pięter za nisko. Nie są intelektualistami. Nie mają naturalnego głodu wiedzy. Wszelakiej wiedzy. A już pytanie =dlaczego?= najmniej ich interesuje.
Czyli Ryszardzie - konfrontacja humanista vs inżynier jest zjawiskiem pozornym wobec odwiecznej prawdziwej konfrontacji rozum vs głupota.
Zdradzę - niestety nadal głupota wygrywa ok. 65 : 35. (fakt naukowy).
Serdeczności
Ps. Imć Waszeć nie raz udowodnił mi, ze ma fantastyczną wiedzę z zakresu muzyki. To coś oznacza, prawda?
Janusz, pięknie tłumaczysz. I nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak calkowicie się z Toba zgadzam. O szympansach bonobo nic nie wiedziałem. Ciekawe. Poczatkowo, faktycznie, oddzielałem inżynierów od humanistów, bo dzieliło je samo życie - nasze współczesne życie. I dzieli nadal. Dziś renesans widziany jest z jednej strony na sposob kościelny - a więc jako zło, które sprzeciwiło się nauce kościoła, a z drugiej, jako fantastyczny okres, który przełamał drętwość scholastyczna i wyzwolił człowieka. A więc dwie skrajności, które nie uwzględniaja środka.
W swoich artykułach gazetowych i tekstach, które publikuję na blogach, wielokrotnie poruszałem temat renesansu i dzisiejsza potrzebę zaistnienia człowieka renesansowego. Powyższym komentarzem dopełniłeś jakoby ten przekaz. Tylko, że Twoj poglad, również i mój, sa odosobnione. Tak więc, dziś mało kto w taki sposób myśli. I to jest problem. Dziś - ogólnie - inżynier i humanista, to dwa różne światy. I to jest fakt, który trzeba zmienić. Nasz problem polega na tym, że Ty broniłeś siebie, a ja swój punk odniesienia kierowałem do rzeszy inżynierów, których znałem i znam.
Reforma Jędrzejewicza wprowadziła zasadę, zanim zostaniesz inżynierem, najpierw musisz zostać humanista, bo jak rozpoczniesz karierę zawodowa, to już się nie dogadamy. I to było bardzo racjonalne podejście. Zdało ono egzamin i dziś przedwojenna matura dorównuje, a czasami nawet przewyższa, dzisiejszemu wyższemu wykształceniu. Tak spadł poziom nauczania.
Podczas prowadzenia wywiadów z profesorami inż. z UW, wyszło to, o czym piszę wyżej. Ten wywiad jest bardzo chwalony, zachęcam do nabycia ostatniego numeru "Frondy Lux". W spisie treści nie ma mojego nazwiska (taki zwyczaj), ale sa obywaj profesorowie: Jakubiak i Przygodzki. Kolejna "Fronda...", ma wyjść w grudniu, ale z nimi nic nie wiadomo. Druga część mojej rozmowy ukaże się również w grudniu, ale już w innym periodyku. Janusz, przełam się i kup.
Co do Imcia, to próbował wciagnać mnie w ogolnie mowiac - muzykę. Poszedłem tym torem, i już, już wyciagnałem tę gumę, już wydawało mi się że jej sprężystość będę mógł przekształcić w coś trwałego, ale w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że bez nauki gry na jakimkolwiek instrumencie, odpadam z gry. I tak się stało. Prawda rozładowała napiecie i rozciagnięta gumę cofnęła do stanu pierwotnego. Coś oczywiście zostało, ale nie to, o co chodziło. Mimo to nadal twierdzę, że jest znakomitym kodem dla przechowania i rozwoju najważniejszych myśli, kórych nie można ani zaaresztować, ani zniszczyć. W muzyce jest coś boskiego.
Tak, że ogólnie, nie ma sporu, ale rozmowa powinna dotyczyć zjawisk społecznych, jakie mamy i które chcemy poprawić, a nie powinna dotyczyć wyłacznie Ciebie. Bo wówczas rzeczywiście staniemy, zupełnie zreszta sztucznie, na dwóch odrębnych płaszczyznach.
Pozdrawiam
Jeżeli dzisiejsi "inżynierowie dusz" wzorowali się na szympansach bonobo, a wiele na to wskazuje, to mamy do czynienia z nieprawdopodobnym prymitywizmem. RS