Wszyscy pamiętamy straszliwe skutki pomysłów Miczurina i Łysenki, które stały się w Kraju Rad obowiązującym paradygmatem. Rojenia Łysenki wprowadzano w życie pod naganem pomimo, że były sprzeczne z elementarnym doświadczeniem nawet niegramotnego sowieckiego chłopa. Trudno ustalić dlaczego Stalin był tak zafascynowany fantazjami swoich pseudo naukowców – ten morderca i psychopata nie był przecież zwykłym idiotą.
Termin paradygmat wprowadził filozof Thomas Kuhn w książce Struktura rewolucji naukowych (The Structure of Scientific Revolutions) opublikowanej w 1962 roku. Paradygmat to zbiór pojęć i teorii tworzących podstawy danej dyscypliny naukowej. Jak twierdzi Kuhn naukowcy uprawiający naukę instytucjonalną ( normal science ) zajmują się prawie wyłącznie usuwaniem anomalii czyli niezgodności doświadczenia z obowiązującym paradygmatem. Gdy jednak liczba anomalii i ich waga przekroczy pewien krytyczny poziom nieuchronnie zachodzi rewolucja naukowa, której rezultatem jest zmiana obowiązującego paradygmatu.
Trudno ustalić jak naprawdę powstaje paradygmat w nauce. Tak czy owak podlega on albo przynajmniej powinien podlegać nieustannemu falsyfikowaniu czyli sprawdzaniu. Dotyczyło to wszystkich „ poważnych” paradygmatów w dziedzinie przyrodoznawstwa. Jak się okazało nie dotyczyło jednak teorii Łysenki i Miczurina. Trzeba szukać przyczyny tego stanu rzeczy w systemie rządów danego kraju. W systemie autorytarnym przywódca decyduje co jest słuszne i co ma być obowiązującą dla wszystkich i nie podlegającą dyskusji prawdą. Stalina charakteryzowała jak wiadomo ogromna żądza władzy. Władzy nad ludźmi, nad społeczeństwem i nad przyrodą. Wydawało mu się, że prawa przyrody można zadekretować tak jak zasady partyjne. Że ( jak twierdził Hegel) „jeżeli teoria nie zgadza się z faktami tym gorzej dla faktów”. Jak się jednak okazało przyroda nie chciała podporządkować się dekretom Stalina. Jezioro Aralskie wyschło gdy skierowano zasilające je dwie rzeki na pustynię w płonnej nadziei że zamienią tę pustynię w żyzne pola, szczepienie gruszek na wierzbie nie dawało oczekiwanych wyników, w wyniku eksperymentów Łysenki miliony ludzi zmarło z głodu. Nie protestowano przeciwko tym idiotycznym eksperymentom bo w kraju panował terror.
Terrorem nie da się jednak wytłumaczyć trwałości innych, równie jak teorie Łysenki głupich paradygmatów dotyczących choćby sposobu żywienia niemowląt. Otóż 40 lat temu w każdej książeczce zdrowia dziecka były wydrukowane następujące zasady: dziecko karmi się dokładnie co trzy godziny mieszanką mleczną, od trzeciego miesiąca życie podaje mu się zupę jarzynową zabielaną żółtkiem, a od czwartego zupkę gotowaną na mięsie i razem z tym mięsem miksowaną. Durnie, którzy wymyślili te zasady są odpowiedzialni za epidemię uczuleń nękających pokolenie obecnych czterdziestolatków, przecież nawet baba z bazaru powinna wiedzieć, że żółtko jaja kurzego jest jednym z najsilniejszych czynników uczulających. Trudno również wytłumaczyć trwałość tego paradygmatu grą interesów. Kto mógłby mieć interes w uczulaniu niemowląt? Tak działa nieśmiertelna głupota w stanie czystym.
Przykładem paradygmatu, za którym nie stoją fakty ani badania naukowe, natomiast stoją wielkie pieniądze jest teoria globalnego ocieplenia. Choć skutki społeczne tej fałszywej teorii są fatalne można próbować sobie wytłumaczyć jej trwałość czy uporczywość grą wielkich interesów.
Podobnie wygląda sprawa skuteczności obowiązkowych w Polsce szczepień i ich ubocznych skutków. Rzadko który naukowiec odważy się przeciwstawić lobby farmaceutycznemu forsującemu kolejne przymusowe szczepienia, a jeżeli nawet się odważy jego kariera zostanie zniszczona przez gorliwych kolegów.
Jednym z bardzo groźnych w skutkach paradygmatów wynikających jak się wydaje z czystej i bezinteresownej głupoty jest paradygmat samo-naprawczych właściwości przyrody. Otóż liczni ekologowie i jeszcze liczniejsi entuzjaści skupieni w różnych ekologicznych ruchach i organizacjach twierdzą, że przyrodę trzeba pozostawić samej sobie i poradzi sobie ona z wszelkimi plagami i zagrożeniami. Jak już pisałam być może przyroda sobie poradzi ale w perspektywie milionów lat. Pozostawienie Puszczy Białowieskiej na pożarcie kornikom, w obronie których występowały nie tylko zastępy przykutych do drzew entuzjastów lecz raczyła wystąpić nawet całym swoim autorytetem Unia Europejska jest przykładem takiej bezgranicznej i bezinteresownej głupoty. Unii Europejskiej nie może przecież zależeć na zniszczeniu jednego z istotniejszych obszarów leśnych w Europie. A jednak zarówno naukowcy jak i politycy nie reagują na widok hektarów lasu zniszczonych już przez kornika i nie chcą przyjąć do wiadomości, że za te zniszczenia odpowiedzialne są ich fałszywe teorie.
Podobna jak Puszczy Białowieskiej jest sytuacja Tatr. Tatry padły ofiarą inwazji kornika. Odpowiedzialny za to jest paradygmat zgodnie z którym w Parku Narodowym nie wolno ruszyć nawet kamyczka, nie wolno zerwać jagódki a przyroda pozostanie wspaniała, dzika i nieskalana. Tatry są rezerwatem od niedawna. Tatrzański Park Narodowy powstał z dniem 1 stycznia 1955 roku przez rozporządzenie Rady Ministrów z 30 października 1954 roku. Przed wojną w Tarach była prowadzona regularna gospodarka leśna. Drzewostan Tatr ma liczne mankamenty. Jednym z nich jest przewaga świerka, który pada ofiarą halnych wiatrów i jest podatny na działanie szkodników. Najgroźniejszym z nich jest kornik. Obecnie całe połacie lasu są zeżarte przez korniki czego nie chce przyjąć do wiadomości zarząd parku. Nie chce również przyznać, że aby ratować Tatry konieczny jest sanitarny wyrąb chorych drzew. Tatry są naszym dobrem narodowym i naszym obowiązkiem wobec przyszłych pokoleń jest pozostawienie ich w najlepszym możliwie stanie. Żadna ideologia, żaden paradygmat, żadne organizacje ekologiczne nie mogą przeszkodzić w ratowaniu Tatr.
Od lat ratowaniem tatrzańskiej limby zajmuje się doktor Jan Chmiel. On też jest autorem ilustrujących zniszczenia zdjęć. Jedno z nich mówiące wiele o stanie Tatr można zobaczyć w ostatnim numerze Warszawskiej Gazety.
- Zaloguj lub zarejestruj się aby dodawać komentarze
- Odsłony: 13555
youtube.com
Człowiek nie jest samoprogramowalny. Jest zależny od społeczności, w której żyje i obowiązującego tam oglądu świata. Są rzeczy, których dowiaduje się człowiek w dzieciństwie, a które działają jak zapadka i praktycznie niemożliwe jest ich późniejsze wykorzenienie. Jest kilka prac na ten temat z psychologii. Opluwany tu programowo przez amatorszczyznę Dawkins bardzo ciekawie opisał takie właśnie mechanizmy. Plucie na niego, to jak zgadzanie się lub nie z teorią Einsteina tylko z tego powodu, że był żydem. Albo uzależnianie uznawania i używania w technice wyników dotyczących hipotermii, wysokiego ciśnienia, porażeń prądem, promieniowania, braku tlenu, krwawienia itp. od tego, czy nie zostały aby przetestowane na więźniach obozów koncentracyjnych.
O algorytmach - nawet skopanych - można mówić cały wieczór. Taki algorytm jest "skopany" tylko i wyłącznie w takiej przestrzeni algorytmów, które muszą dawać zrozumiałe i klasyczne w tym sensie wyniki. Przykładem niech będzie matematyka i teoria funkcji uogólnionych, zaś algorytmem metody różniczkowania i całkowania. Można rozszerzać na nieskończenie wiele sposobów przestrzeń zwykłych funkcji różniczkowalnych lub całkowalnych w taki sposób, żeby każdy element tej uzupełnionej przestrzeni był już w nowym sensie różniczkowalny nieskończenie wiele razy i całkowalny. Co ciekawsze, przestrzeń taka nabiera wtedy zupełnie nowych "ładnych" właściwości arytmetycznych i algebraicznych. Na przykład dystrybucje, sploty i transformaty. Ale nie tylko. Na teren informatyki dopiero te metody "uzupełniania" pojęć wchodzą, głownie za sprawą badań nad nowymi modelami obliczeń (np. genetyczne, kwantowe), ale już jest ciekawie. Bowiem okazuje się, że wiele klasycznych struktur danych może posiadać swoje pochodne (a więc i całki), a do tego rozwijać się w szeregi i być w pewnym sensie "holomorficznymi". Polecam poczytać o językach programowania funkcyjnego (Haskell, Ruby, Clojure) i pojęciach monad, kategorii oraz funktorów. Matematyka i informatyka po prostu się wkrótce połączą, ale to bardziej matematyka musi się wewnętrznie zmienić, gdyż informatyka jest w pewnym aspekcie szerszym systemem.
trojmiasto.wyborcza.pl
No to już jasne co miał skryć kir po prowokacji gdańskiej. Czy aby tylko tyle?
Raczej nie. Czeka nas cała "kombinacja operacyjna" z pudłami rezonacyjnymi w tle i agentami wpływu na wierzchu. Jak w MONTAŻU Wołkowa
Nie zgodzę się z Panem. "Paradygmat naprawczy" rozciągnięty w czasie i przestrzeni, czyli poddany metodom obróbki statystycznej mówi co innego. Otóż wynika z niego, że życie jest w zasadzie normą we Wszechświecie. Z tym że jest zjawiskiem potencjalnym. Gdy tylko zaistnieją odpowiednie warunki, to jest ono w stanie się samo stworzyć lub odtworzyć. Wynika to po prostu z zasad chemii i własności pierwiastków. Oczywiście taka "wyspa życia" nie musi być równoważna innej wyspie w sensie chemicznym, ale to już głęboki problem współczesnej biologii oraz biologii syntetycznej. Na razie znamy dwa warianty takich systemów życia: oparte na RNA, albo DNA. Proszę zauważyć, że mieszają się one w sposób dowolny. Czyli np. w ramach życia opartego na DNA są mechanizmy pochodzące jeszcze z okresu życia RNA. W organizmach zbudowanych w oparciu o wysoki stopień złożoności DNA, egzystują DNA-organizmy na niższym poziomie złożoności. Kiedyś pisałem na forum o próbie matematycznego (raczej informatycznego) opisu "gramatyki" DNA. Są w sieci prace na ten temat. Wyszło z tych badań, że w zasadzie wszystkie obecne organizmy zmapowane w pewnej przestrzeni możliwości, przestrzeni ciągów złożonych z czterech liter (bez skojarzeń), stanowią tylko małą zwartą wyspę, plamkę na gigantycznym oceanie. Czy mogą istnieć inne plamki, inne kodowania, będące innymi rodzajami DNA-życia? Życie siarkowe wspomaga np. DNA-życie w otoczeniu kominów geotermalnych na dnie oceanów. Wygląda to tak, że siarkowe bakterie przenikają do wnętrza organizmów małży czy krewetek i pozwalają im "żywić się" uwalnianym z kominów siarkowodorem. W ekstremalnych przypadkach bakterie siarkowe żyją we wnętrzu komórek tych organizmów wyższych. Jest to ten sam mechanizm, który jednej odnodze życia pozwolił na fotosyntezę, zaś drugiej na oddychanie tlenem. Co spowodowało, że życie siarkowe samo nie rozwinęło się do form złożonych, takich jak małże i krewetki? Być może jest to również problem statystyczny i na planecie z przeważającymi w atmosferze związkami siarki i małą ilością tlenu byłoby odwrotnie. Powstaje zatem pytanie czy istnieją takie warunki (planeta, atmosfera), gdzie może istnieć życie oparte na zupełnie innych związkach chemicznych o podobnych do polimerów węglowych własnościach? Czy oprócz wymienionych wyżej form RNA- i DNA-życia jest gdzieś możliwość powstania powiedzmy ET-życia czy innego ITI-życia? Użyte tu skróty nie mają znaczenia. Chodzi o coś bardziej fundamentalnego. Wymienione wyżej różne przypadki życia pokazują bowiem, że w sensie krótkowzrocznym żaden Wielki Projekt nie jest w tym zakresie realizowany, a zarządza tym i dominuje statystyka oraz prawdopodobieństwo. Własności pozwalające na powstanie życia ziemskiego i człowieka są w tym przypadku zapisane we własnościach fizycznych materii już od zarania wszechświata. Chodzi tylko o to, czy są to jedyne możliwości. Na koniec rodzi się jednak pytanie filozoficzne. Skoro życie było jednak "zaplanowane", to jakimi środkami i przez Kogo?
Nikt dotąd, i to nobliści, a nie blogerzy, nie potrafił określić czynnika determinującego życie.
Otóż wynika z niego, że życie jest w zasadzie normą we Wszechświecie. Z tym że jest zjawiskiem potencjalnym. Gdy tylko zaistnieją odpowiednie warunki, to jest ono w stanie się samo stworzyć lub odtworzyć. Wynika to po prostu z zasad chemii i własności pierwiastków.
To czysta pseudo nauka a'la Dawkins, którego w świecie naukowym już nikt poważnie nie traktuje.
A co do reszty, to wcale nie jest ateizm, ale przeniesienie aspektów nie dających się obiektywnie wyliczać na bazie obowiązującego paradygmatu poza ten paradygmat. Progresywny charakter paradygmatu chyba Pan zna jako "naukowiec"? Dlatego ja postuluję istnienie świata poza rozwiązaniami równań, a to nie ma nic wspólnego z udowadnianiem "istnienia" Boga (już zresztą pisałem parę razy, gdzie ja mam te wasze wiszące w próżni pojęciowej pojęcia "istnienia", "dowodu" i innych "relacji należenia" w odniesieniu do takich problemów z natury transcendentnych). Po prostu jest jeszcze coś poza poznaną rzeczywistością i nie mam co do tego wątpliwości, ale nie muszę tego wciskać jak WY w ramy chwilowego paradygmatu naukowego, z dziurami zapchanymi wycinkami z pasterskich bajek oraz mitów ludów, które nie umiały stworzyć na owym etapie rozwoju nawet muszli do sracza. Jest do tego zupełnie inny mechanizm pojęciowy. Kropka.
życie jest w zasadzie normą we Wszechświecie. Z tym że jest zjawiskiem potencjalnym. Gdy tylko zaistnieją odpowiednie warunki
Czyli tak jak piękno, rozum, bogactwo i młodość
Tyle że pięknych, młodych i bogatych jest NIEWIELU, o rozumnych nie wspominając.
że coś jest normą, nie znaczy że gęstą.
To samo z życiem, być może jest normą, ale tak egzotyczną że aż mityczną...
jest ono w stanie się samo stworzyć lub odtworzyć
Szanowny Panie...Z moich doświadczeń z entropią wynika, że samo to się tylko kurzy...
"Wynika to po prostu z zasad chemii i własności pierwiastków"
Hmm, powiem tak, po prostu z w/w wynika jedynie to, że per saldo entropia spontanicznie jedynie rośnie. Nawet krystalizacja zwiększa entropię ukłądu roztwór-kryształ.
Jedyna różnica to ryboza/dezoksyryboza w RNA/DNA. Tak czy siak jest to pentoza forma dezoksy o tlen lżejsza. Funkcjonalnie przekłada się to na autokatalityczne własności RNA przy replikacji.
Przypuszczam, że jeden z pierwszysch mikroorganizmów dysponował jedynie plazmidami, zbudowanymi tak z DNA jak i RNA, jak we współczesnych wirusach. Przy scalaniu plazmidów w pierwszy chromosom okazało się, że udaje się to tylko wtedy, gdy RNA pozostaje poza jego obrębem, gdyż samosięnamnażając niszczyło stabilność. Stad myślę DNA w chromosomach i RNA w cytoplazmie.
"wszystkie obecne organizmy zmapowane w pewnej przestrzeni możliwości, przestrzeni ciągów złożonych z czterech liter (proszę bez skojarzeń), stanowią tylko małą zwartą wyspę, plamkę na gigantycznym oceanie możliwości"
Jak pisałem, od czasów pierwszych kropel przegrzanej wody do powstania wysp sensownych w oceanie non-sensu mogły upłynąć nawet 3 mld lat czy to by wystarczyło na LOSOWE nagromadzenie sensu?
Jedynie wtedy, gdyby był to proces AUTOKATALITYCZNY
A na ten temat NIC mi nie wiadomo....
"życie oparte na zupełnie innych związkach chemicznych o podobnych do polimerów węglowych własnościach"
Wystarczy jako rozpuszczalnika użyc innej cieczy jonowej niż woda - np. amoniaku. Niektóre enzymy zachowują aktywność po zmianie wody na amoniak.
"żaden Wielki Projekt nie jest w tym zakresie realizowany, a zarządza tym i dominuje statystyka"
Ja uważam, że Wielki Projekt jest autonomiczny, a nie zdalnie sterowany, w sensie wykonawczym/dostosowawczym. Dlatego jego clue stanowi probabilistyka. Dlatego karbońskie 2% wystarczyło na kenozoiczne 100% z okładem.
"Własności pozwalające na powstanie życia ziemskiego i człowieka są w tym przypadku zapisane we własnościach fizycznych materii już od zarania wszechświata"
Zgoda, z tym że pozwalające to nie to samo co determinujące.
"Skoro życie było zaplanowane, to jakimi środkami i przez Kogo"
Ten, kto życie obmyślił, nie zaplanował go a jedynie dopuścił do gry. Bo gra nie daje pewności, zaś daje cień niespodzainki Wszechwiedzącemu. Moim zdaniem stworzeni jesteśmy dla naszej nieprzewidywalności, w stochastycznym świecie stochastycznych procesów.
Bo tak nas obmyślił, byśmy mogli, a nie musieli Go pokochać. I by On miał kogo kochac wśród nas.
Pozdrawiam
Minimax
Gęstość jest pojęciem z kategorii przestrzeni topologicznych, ale praktyczne znaczenie ma w kategorii prz. metrycznych albo metryzowalnych. Chodzi o to, żeby (przeliczalne) ciągi elementów pewnego gęstego ośrodka miały jako granice wszystkie inne elementy samej przestrzeni. To jest właśnie to zagadnienie, które opisałem na przykładzie przestrzeni dystrybucji, czyli takiego specjalnego uzupełnienia przestrzeni w pewnej okreslonej normie (tworzącej oczywiście metrykę jako normę różnicy elementów) i rozszerzeniu rodziny operatorów liniowych i ciągłych na tę większą przestrzeń (w tym operatorów różniczkowych). Rozszerzenie to nadaje sens takim różniczkowaniom i całkowaniom, które nie miały sensu w przestrzeni funkcji (węższej), bo albo funkcja była nieciagła, albo całka wychodziła nieskończona. Jest tego do wyboru do koloru, włącznie z przestrzeniami Biesowa i Sobolewa, tyle że trzeba przebrnąć przez wykłady z równań różniczkowych cząstkowych.
Entropia nie jest pojęciem zawieszonym w próżni. Entropię liczy w odniesieniu do pewnej dynamiki procesu przebiegajacego w danej przestrzeni. Jest to kolokwialnie mówiąc taka siła mieszania punktów danej przestrzeni stanów przy jej przekształcaniu w siebie (system dynamiczny, opisany np. równaniami różniczkowymi). Zresztą w Wiki jest bardzo dobry artykuł na ten temat: en.wikipedia.org
W ramach teorii języków równiez występuje pojęcie entropii i zajmuje się "siłą" translacji, albo raczej wielkością straty znaczenia przekazanej informacji przy translacji jednego języka na inny. Jest to entropia warunkowa, albo Kullback–Leibler divergence. Na tym podłożu możemy już zaczynać dyskusję o sile ekspresji DNA i podobnych systemów syntetyczno-biologicznych: en.wikipedia.org–Leibler_divergence
Zasady chemii kwantowej zaś wyglądaja jakby nie podlegały zjawisku zwykłego wzrostu entropii. Mają w pewnym sensie cechy systemów dyskretnych, choć złożone układy kwantowe mogą mieć widma ciągłe. Bezwzgledna postać prawa rośnięcia entropii w naturze nie została dotąd prawidłowo opisana i wykazana. Dlatego powstają wciąż kolejne teorie zjawisk emergentnych. To jest oczywiście sprzeczne z teorią wzrostu entropii.
"ryboza/dezoksyryboza w RNA/DNA" - Nie zmienia to faktu, że są to różne potencjalnie (p.w.) możliwe formy realizacji tego samego planu, nie zaś sam czysty z góry przyjęty Wielki Plan.
cdn.
Nie chodziło mi o amoniak i te sprawy, ale na przykład o kodowanie oparte o inne pierwiastki niż węgiel, tlen, azot, fosfor i te sprawy. Na przykład gdy gdzieś w układzie będzie nadmiar arsenu lub selenu.
"Wielki Projekt jest autonomiczny, a nie zdalnie sterowany" - Ja też tak uważam, ale kolega obok jest przeciwnego zdania i wolno mu. Co zaś do probabilistyki (teorii miary), to wyraziłem pewne powątpiewanie. Ogólnie jestem krytykiem liniowości, addytywnosci, płaskości, a więc niczym nieuzasadnionej prostoty w opisie świata. Jest to w pewnym głębszym sensie podejście antyracjonalne (to znaczy postulujące istnienie ponad racjonalności, gdzie racjonalność to mniej więcej to samo co wszystko możliwe do opisania językiem modeli, a więc i możliwe do śledzenia w trakcie ewolucji za pomocą jakichś maszyn liczących, w ramach aktualnego paradygmatu w nauce), ale to już temat na bardzo długą i wnikliwą dyskusję o nauce, matematyce, informatyce i filozofii.
Cz 2: "z tym że pozwalające to nie to samo co determinujące" - Tak, wiem. Słowo "determinujące" ma złe konotacje, bo automatycznie kojarzy się z rozwiązalnością jakiegoś "porąbanego układu równań". Indeterminizm w ograniczonej formie jest już faktem znanym. Pytanie tylko jak go opisać i wykorzystać.
cdn.
Na marginesie, to jest bardzo dobra paralela. Miałem kiedyś w jednej z gier MMO taki przypadek, że admin zawiesił cały serwer podczas próby przeniesienia mojego awatara i inwentory z lokacji we wrogiej strefie do innej. Dziś wiem w której bazie znajduje się opis awatara, a w której inwentory i inne obiekty, jaki tam jest warstwami stwarzany z wersji na wersje bałagan i redundancja. Tak więc się nie dziwię wcale katastrofalnym efektom ingerencji w bazę danych w trakcie działania gry. Zresztą śmiałem się czasem, że Rolf - twórca gry spogląda czasami na świat gry z góry i jego skandynawską brodę widać wtedy w chmurach na sztucznym niebie. Nie trzeba było czekać i któregoś dnia Rolf rzeczywiście osobiście zstąpił na nasz home server, żeby się przespacerować i zobaczyć co jest tam nie tak. Można to nazwać jakby-cudem, jeśli ktoś już inaczej wierzyć w Boga nie umie i musi w tym celu stale doświadczać działania różnych sił ;)
Tu się zgadzam z Panem, że najważniejszą nauką, jaką mamy wyciągnąć z błąkania się w naszej rzeczywistości jest nauczenie się miłości, szacunku dla całego dzieła i stworzenia, zdobycie wiedzy prowadzącej do Jego zrozumienia (i nie jest to postulat masoński), Jego Masterplanu. Celowo nie piszę tu o intencji, bo to sugerowałoby chciejstwo oraz zmienność nastrojów oraz celów, co z jednej jest sprzeczne z atrybutami Boga, a z drugiej po prostu niegrzeczne :). Bóg Stwórca nie ma chciejstw i nie chadza z nudów na pogawędki z żydami na pustyni. To są błędne intuicje ludzi na bardzo wczesnym etapie rozwoju intelektualnego. Gdzieś miałem taki film jednego z mnichów opisujący losy jednej z pierwszych matematyczek na świecie, której talent doceniono właśnie w Watykanie, w którym pada sentencjonalne zdanie (coś w tym stylu) "poszukiwanie wiedzy o świecie nie jest sprzeczne ani z wiarą ani z Planem Bożym". Niestety, w dzisiejszych czasach galopującej protestantyzacji katolicyzmu, wmawia się nam, że jest. Jest tylko "módl się i pracuj" (inna wersja Arbeit Macht Frei), a nie ma "poznawaj Dzieło i uwielbiaj Twórcę". Brakuje nam świętego Franciszka, choć atrapa wygląda na bardzo z siebie zadowoloną ;)
Również pozdrawiam i zapraszam do częstszych wizyt "w mrokach Internetu" oraz dalszych dyskusji na "wyśrubowanym" poziomie.
"najważniejszą nauką, jaką mamy wyciągnąć z błąkania się w naszej rzeczywistości jest nauczenie się miłości, szacunku dla całego dzieła i stworzenia, zdobycie wiedzy prowadzącej do Jego zrozumienia" - to piękne , ale wydaje się niepełne. Oczywiście jest niepełne.
Celem istnienia jest przyjęcie bożego synostwa - przejście do nowego świata jaki Bóg tworzy jako odnowienie starego zakonu. Alternatywą jest odrzucenie tego synostwa, chęci wejścia tamże, na tym lub przyszłym świecie i trudno powiedzieć jak. Alternatywą jest ulepszanie tego świata na własną rękę, polityka , w zasadzie wszystko inne czyli róbta co chceta. W zasadzie można też korzystać z atrybutów religii, pełna wolność. Ale kryterium jest jedno - wchodzisz czy nie. Nikt nie może cię wprowadzić . Drzwi wejściowe są w naszej duszy. Te słowa piszę tylko z wiary, nie mogę podeprzeć ich wiedzą , dowodem. Ale tutaj wracamy do cytatu :
"najważniejszą nauką, jaką mamy wyciągnąć z błąkania się w naszej rzeczywistości jest nauczenie się miłości, szacunku dla całego dzieła i stworzenia, zdobycie wiedzy prowadzącej do ... "
Oba światy są nieco skonfliktowane, co właśnie przeżywamy.
Co do administrowania Szatana nad światem, to jest przecież nauczanie samego Chrystusa. Może nie powiedział tego otwarcie, ale to właśnie zasugerował np. w casusie takim jak "kuszenie", "przypadek Hioba", czy powiedzmy w finale. Nie tylko Jehowi to wyczytali.
"Żyły przecież dzieci Hioba bogobojnie i dostatnio
Siedmiu synów jak te sosny siedem córek jak te brzozy
Szanowały swego ojca i kochały swoją matkę
Żyły w zgodzie z każdym przykazaniem bożym
A tej nocy błysk i grom
Runął ich bezpieczny dom
I na głowy spadł lawiną głazów grad
Dnia nie ujrzy więcej już
Siedem sosen, siedem brzóz
Jednej nocy cały las utracił świat
Za tę ojców nadgorliwość
W wierze w wyższą sprawiedliwość
Która każe ufać w dobra tryumf nad złem
Za lojalność i pokorę
I za łask minioną porę
Za niewiarę w świat za progiem który jest
Za ten zakład diabła z Bogiem
Czyj silniejszy będzie ogień
Dzieci Hioba Dzieci Hioba
Idzie kres
Żyły przecież dzieci Hioba na nadzieję w przyszłość rodu
Siedmiu synów jak te miecze siedem córek jak te róże
Nie zaznały w swoim życiu smaku krwi ni smaku głodu
I kto tylko żył szczęśliwy los im wróżył
A tej nocy grom i błysk
Śpiących pozamieniał w nic
Boży świt oglądał już dymiący gruz
Patrzył nieomylny kat
Jak litością zdjęty wiatr
Bogobojny lament Hioba w niebo niósł
Za ten zakład Boga z biesem
W zgodzie z waszym interesem
Choć ostrzega was jak może zmysłów pięć
Za ten zakład Boga z czartem
O kolejną dziejów kartę
I za kije końce oba za zwykłego życia chęć
Za to czego nie ujrzycie
Bo się wam odbierze życie
Dzieci Hioba Dzieci Hioba
Idzie śmierć"
youtube.com
Pierwszy - Syn Boży nie ma i nie może mieć skazy z powodu Jego ziemskich przymiotów. Znieważenie nie ma mocy rzeczywistej. Obiektywnie znieważenie musi samo być logicznie i moralnie wadliwe.
pl.wikipedia.org
Argument o autorstwie Boga można między bajki włożyć, z powodu nagromadzenia głupot i samej treści, głównie sagi rodzinnej :). Chyba nie uważamy, że Bóg był żydem piszącym o swojej rodzinie? To tak, jakbym ja napisał doktorat z matematyki opierając się na Koziołku Matołku i Misiu Uszatku. Drugi, alternatywny argument o zakodowaniu czegoś w Pięcioksięgu (inspiracji) można także obalić bardzo prosto. Czy to kodowanie zakładało arbitralny wybór 5 z dużej liczby innych ksiąg? Czy przetrwało operacje scalania wielu ksiąg w jedną z wyrzucaniem fragmentów, wreszcie jak w tym bajzlu mogli połapać się starożytni mędrcy rabini? Ja osobiście wątpię w możliwość istnienia takiego kodu, nawet w dobie superkomputerów pomocnych do czynienia numerologicznej kabały, a cóż dopiero w czasach kolesi liczących na liczydłach z kozich bobków. ;)
Jest jeszcze argument trzeci wzmacniający obalenie argumentu 2. Nie tylko o możliwości istnienia kodu w Piśmie, ale wręcz o statystycznych badaniach, które "rzucają świat naukowy na kolana" pisali głównie przedstawiciele plemienia pochodzący z Rosji, w ramach czegoś, co dziś określamy teorie spiskowe. Ponieważ ja ich w większości uważam za nieuleczalnych konfabulatorów, więc każdy zwolennik ich tez musiałby się mocno naprężyć, żeby mi coś konkretnego udowodnić. Powtarzam, nie tędy wiedzie droga do Boga. Bóg daje nam dar mądrości, korzystajmy z niego roztropnie. Daje nam roztropność, byśmy osiągnęli mądrość.
Z paradygmatu ukierunkowanego technicznie może wynikać to ,że nie do pogodzenia jest człowiecza natura Boga z boskością. A jednak boskość ludzka to jest niewyobrażalna realność i trudność realnego bytu w stosunku do boskości teoretycznej , przyrodniczej, naukowej, w sensie wiary w jakieś zaćmienia Słońca, ognie, pory roku, a nawet w big bang i grę w kości.
Podobnie wydaje się nam ,że materia jest czymś zwykłym, podczas gdy przy bliższym spojrzeniu wszystko okazuje się być krańcowo skomplikowane, wręcz poza zasięgiem rozumu. Moga być "rozumiane" tylko jako uproszczenie, uproszczone modele. Podczas , gdy w nich samych zawarta jest zaawansowana logika.
en.wikipedia.org
Podpowiedź: Na początek trzeba się zastanowić nad tym, czym jest kwadratowa siatka na płaszczyźnie. Powiedzmy punkty kratowe, czyli o współrzędnych całkowitych. Jest to reprezentacja grupy abelowej wolnej o dwóch generatorach. A jak wygląda grupa nieabelowa wolna? Podobnie, ale żadna droga nie prowadzi do tego samego punktu, jak jest w siatce kwadratowej. Powstaje taka dziwna fraktalna paprotka. W to już daje się zanurzyć grupy wolne o dowolnej liczbie generatorów, nawet nieskończonej. Tę z kolei da się reprezentować za pomocą podgrupy macierzy kwadratowych stopnia 2. Long story, short sprowadzamy wszystkie ważne rozumowania do jakiejś grupy, która jakoś zawija i czasem odwraca (spin) nasza płaską przestrzeń. Na przykład siatka kwadratowa, grupa abelowa wolna, działa na płaszczyznę tak, że zwija ją nieskończenie w rurkę poziomo i także pionowo. To oznacza formalnie, że płaszczyzna jest nieskończonym (*uniwersalnym) nakryciem torusa. Są inne nakrycia (kilka razy w poziomie i kilka w pionie np.). Ponadto torus jest już zwarty i ograniczony i dodatkowo ma strukturę grupy (okrąg razy kartezjańsko okrąg), co nadaje przestrzeni pewnych porządnych funkcji bardzo ciekawe własności. Dalej rozważa się inne grupy i inne uzwarcenia, a w efekcie przestrzenie funkcji o innych ciekawych własnościach. Na koniec, w przypadku zupełnie abstrakcyjnym, bierze się już tylko pewien pierścień (porządnych "funkcji") i na tej podstawie odtwarza punkty samej przestrzeni. Polecam 3-tomową cegłę Maurina :)
pl.esgieha.wikia.com
Jedna z takich idei, która mi się wtedy zrodziła w głowie, dotyczyła jakiejś nieznośnej maniery stosowanej w całej analizie, a w analizie funkcjonalnej w szczególności. Chodzi o podchodzenie do każdego zagadnienia od strony jakiegoś ciągu punktów, ciągu funkcji, ciągu zbiorów, ciągu miar, ustawiania osi współrzędnych w ciąg itp. Chodzi o to, że pewne tego rodzaju konstrukcje są wykonalne jedynie dlatego, że milcząco zakłada się istnienie pewnika wyboru. A jak go nie ma? No to podawałem tu kiedyś przykład zagadnienia LPO (Limited Principle of Omniscence), LLPO (Lesser LPO) oraz EM (Excluded Middle). Dla plastycznego wyjaśnienia tego mojego podejrzenia o niecnotę posłużę się nieco inną konstrukcją. Weźmy ciąg liczb naturalnych - ma on jeden "ogon" nieskończony. Następnie podzielmy go na liczby nieparzyste oraz parzyste i ustawmy je w tej kolejności - mamy już dwa majtające się ogony, dalej ustawiamy trzy ogony ze względu na podzielność przez 3, mamy ogon dla liczb z reszta 1, resztą 2 i resztą 0, itd. w nieskończonym ciągu konstrukcji... Proszę zauważyć, że oto skonstruowałem coś, co ma nieskończenie wiele ogonów (dla każdej skończonej liczby naturalnej), a jednocześnie udało mi się te wszystkie liczby ustawić kolejno 1,2,3,4,... (jako "reszty"). Oczywiście jest to sprzeczność, gdyż albo zachodzi pierwszy albo drugi przypadek (ze względu na porządek nie są to struktury izomorficzne). Oczywiście ten pierwszy przypadek pije do tzw. niestandardowych modeli arytmetyki Peano. Co to ma wspólnego z Banachem? Ano to, że jak mamy w jakimś procesie wytworzoną przestrzeń funkcyjną, o której wiemy tylko tyle, że ma przeliczalny wymiar, to nie możemy z gruntu zakładać, że osie współrzędnych dla tych wymiarów uda nam się sensownie ustawić w ciąg x1,x2,x3,... Bo to oznacza dokładnie tyle, że zawsze gdzieś tam majta się ten jeden ogon, w którym wszystkie nieosiągalne elementy idą w porządku liniowym. Tymczasem jak zobaczy Pani np. funkcję Dirichleta (nigdzie nieciągłą i nieróżniczkowalną) dla liczb wymiernych, to...
To ma też związek z informatyką, bowiem widziałem na własne oczy algorytm przeszukiwania lub sortowania na fraktalu, np. zbiorze Cantora.
Matematycy są szaleni, dlatego są matematykami ;)