Festiwal Góry Literatury, opisany przez Jacka Cieślaka w najnowszym "Plus Minus" (rp.pl) to nie wyjątek a bardzo czytelny model. Duże, lokalnie organizowane wydarzenie przyciąga publiczność z zewnątrz, korzysta z pieniędzy samorządów i programów ministerialnych, generuje ruch turystyczny i hotelowo-restauracyjny, a jednocześnie coraz wyraźniej wypiera miejscowe środowisko twórcze. Miejscowi przestają brać udział, mniejsze imprezy czują się wypchnięte, a program składa się głównie z nazwisk przyjezdnych. Turystycznie i usługowo model się spina. Twórczo – deprymuje tych, którzy tam mieszkają i chcieliby z takiego wydarzenia korzystać jako uczestnicy, nie tylko jako widzowie cudzego spektaklu.
To nie jest jednak historia o jednej noblistce, która „stworzyła” problem. System, w którym miejscowości pełnią rolę hurtowni kultury – dostarcza się do nich gotowe produkty z dużych ośrodków i sprzedaje je lokalnej publiczności – ten system istniał wcześniej. Olga Tokarczuk go zaadaptowała i wykorzystała z operatywnością, którą trudno kwestionować. Nie przejmuje zamków, ani nie organizuje spotkań siłą. Czytelnicy i uczestnicy przychodzą dobrowolnie, często płacąc niemałe kwoty za karnety. Że festiwal bywa porównywany do awokado – atrakcyjnego, lecz zubażającego otoczenie – to ocena. Że lokalne środowisko kulturalne czuje się pominięte – to fakt, który opisano w tekście. Pretensje do ludzi, którzy legalnie korzystają z istniejącego układu i cieszą się zainteresowaniem publiczności, są w tym kontekście łatwe, ale mało precyzyjne. Należałoby raczej zauważyć, że układ działa i że ktoś umiał go użyć.
Problemem jest sam układ segregujący: ludzi na „lepszych” (tych z Warszawy, Krakowa, Wrocławia, z sieciami, z dostępem do decydentów) i „gorszych” (miejscowych twórców, małe społeczności, lokalne inicjatywy). Pieniądze publiczne płyną na wydarzenia, które w praktyce znajdują się poza realną kontrolą. Radni często nie mają wpływu na decyzje – to burmistrzowie i prezydenci rozdzielają środki według logiki „dostaliśmy, więc zaprosimy takiego a takiego”. Lokalne media, dociekliwi dziennikarze czy komisje, które chciałyby sprawdzić zasadność wydatków, napotykają na mur. Nie ma obowiązku składania publicznych, szczegółowych sprawozdań z tego, na co dokładnie poszły pieniądze i dlaczego akurat te stawki, a nie inne. Stawki nie są negocjowane w trybie otwartym, nie ma zapytań ofertowych w sposób, który pozwalałby na realną konkurencję. Wydaje się i oświadcza, że się wydało. System rozliczania nie działa, bo nie został tak zaprojektowany, by działał. Jest nieprzezroczysty i korupcjogenny nie dlatego, że ktoś łamie prawo w sposób spektakularny, lecz dlatego, że prawo i praktyka pozwalają na zamknięty obieg decyzji i środków.
Ten model rozwija się równie dobrze pod rządami liberalno-europejskimi, jak i pod rządami konserwatywno-patriotycznymi. Nie jest wynalazkiem jednej strony. Turbo patrioci, którzy mają Polskę na ustach, w tej sprawie albo nic nie zauważają, albo nie są zainteresowani. Nie wprowadzają do swoich programów korekt, które ograniczyłyby preferowanie zewnętrznych sieci kosztem lokalnych środowisk. Znają się na kulturze tak, jak to widać po efektach: nie znają się. Skutek jest taki, że układ, który wypiera małe społeczności i lokalnych twórców, jest konsumowany niezależnie od barw politycznych rządu. Ludzie, którzy go używają, nie robią nic nielegalnego. Publiczność przychodzi. Raporty wyglądają dobrze. Tylko lokalne życie kulturalne powoli zamiera na importowanym produkcie.
Góry Literatury pokazują mechanizm w powiększeniu. Reszta kraju działa podobnie, tylko ciszej i z mniejszymi nazwiskami. Dopóki pieniądze publiczne na kulturę będą rozdzielane w trybie, który premiuje sieci i wyklucza przejrzystość, „hurtownia kultury” będzie standardem, a małe społeczności – odbiorcami, nie współtwórcami.
Jarosław Banaś
W każdej dziedzinie liczy się kontrola kanałów dystrybucji. Tym bardziej w tak ważnej z ideologicznego punktu widzenia jak propaganda. Jeszcze by tego brakowało, by szaraczkowie ze swoimi wypocinami przebijali szklany sufit. Niech sobie przez niego oglądają noblistkę Tokarczuk i resztę twórców z certyfikatem wyrobienia ideologicznego.