Oczywiście, że możesz. Co mówisz, że nie możesz? Możesz. Nie marudź. Weź się w garść. Możesz napisać esej o labiryntach metra, którym nie jeżdżą już rozświetlone gąsienice składów pasażerskich. Odwiedza taki skład stacje, perony, dworce, ule. Wsysa ludzką ciecz. Pędzi przez noc wpatrzony w linię tunelu przed nim. Ludzie znikają i pojawiają się. Jak światła w ciemności. Ale po co? Po co miałbyś to pisać? Każde działanie musi mieć jakiś powód. Konkretny powód. Mierzalny powód. Ile będziesz miał pieniędzy? Może wyświetleń? Ilu czytelników? Po coś chyba to robisz? Zobacz - Kozłowska.
Gdyby sztuczna inteligencja działała w czasach Mikołaja Kopernika nie zostawiłaby na jego dziele "O obrotach sfer niebieskich" suchej nitki. W oparciu o -- k o n s e n s u s -- naukowy wykazałaby niezbicie głupotę, miałkość, fałszywość i możliwy szkodliwy wpływ na społeczeństwo. Bo sztuczna inteligencja "wie" wszystko. Na podstawie tego, czym ją "nakarmiono". W tym sensie spełniają się mokre sny każdej władzy, bo każda władza to władza status quo, władza tego - co jest teraz. A temu zagrażają wszyscy ci, co niezgodnie z "aktualną wiedzą lekarską" albo dowolną inną. Ignaz Semmelweis niezgodnie z aktualną wiedzą lekarską kazał myć ręce lekarzom i studentom pomiędzy zabiegami. Ocalił życie wielu. Został za to wykończony przez środowisko lekarskie, więc jak widać na lekarzy i status quo zawsze można liczyć.
- 300 stron, jeśli chcesz, żeby to ktoś przeczytał, to musi mieć maksimum 300 stron - usłyszałem, gdy pochwaliłem się, że kończę książkę na 1000 stron. F*ck you - pomyślałem, ale tego nie powiedziałem. A tymczasem ta rada staje się coraz bardziej dojmująca, coraz bardziej aktualna, coraz bardziej nie do odrzucenia.
Po prostu nie możesz. Nie możesz niczego napisać, powiedzieć, nakręcić, co by wychodziło poza schemat, poza plan, przez nikogo nie zatwierdzony oczywiście. Nie ma żadnego rozdzielnika ani centralnego dyspozytorium. Nie ma ustawy ani regulaminu, przynajmniej co do jakości i długość. Musi być krótko, dosadnie, prymitywnie, konkretnie. Każdy inny przekaz skaże cię na niebyt. Stąd tak obrzydliwie podobne do siebie są współczesne filmy, współczesne utwory muzyczne, współczesne treści zamieszczane w internecie, współczesne komentarze, współcześni ludzie.
Zwyciężyła standaryzacja. Obejmuje ona także treści. Te nieprawomyślne, policja myśli walcząca - jak zawsze z faszyzmem i innymi przerażająco zagrażającymi tobie i mnie knowaniami - szybko eliminuje ku naszej powszechnej uldze, że już jesteśmy prawidłowi, prawomyślni, prawoskrętni, prawowdupni. Nic gorszego niż być przez policję myśli napiętnowanym, przez jej naganiaczy, o pardon, oficerów, a może właściwiej byłoby powiedzieć pasterzy, wskazanym. Trzeba się - nie wyróżniać. Standaryzacja jest ratunkiem i gwarancją patriotyzmu wobec najwyższych wartości.
Oczywiście władza musi mieć swoich Goldsteinów z "1984". Stąd harcują oni, zagrzewają i piętnują władzę, jak nikt inny, jak nikt przy zdrowych zmysłach. To... i tu pada wskazanie kolejnego Goldsteina, który wyjawia ukrytą prawdę, który zachęca do boju, do jednoczenia się w celu prawdy odkrycia, w celu walki z systemem. Naprawdę. To też już standard. Ileż można? Do końca świata.
Więc dzisiaj, "Scanner Darkly", "Ulisses" czy jakiekolwiek odstępstwo od miernej normy jest już niemożliwe. Nastąpiła władza tłumów ludzkorobotów, czyli człowieków współczesnus, sformatus, odpowiedzialnus. Po prostu na nic innego nie mamy już czasu, nie mamy energii, bo ileż można! Ile można tak naprawdę, tak do głębi przeczytać i przyswoić różnych tekstów dziennie? Trzy? Dwa? To maksimum? A ile "przelatujemy"? Przelatujemy i jesteśmy "przelatywani". To taka rzeczywistość, codzienność, kultura, społeczeństwo albo masy ludzkie, w których przelatywnie wszystkiego ze sobą nawzajem, jest kluczem. Kluczem, który gwarantuje, oczywistość. To, że to wszystko jest, a jak nie jest to staje się - doskonale... n i e w a ż n e.
Każda twoja myśl - jest doskonale nieważna. Zarejestrowana przez algorytmy budujące nieustannie twój profil osobowościowy, przelecona przez przelatujących przeleconych, spuszczona w bitobajty psychopatów od twardych dysków pod czaszkami. Istnieje tylko teraz, w trakcie przelatywania - ta twoja myśl. Za moment zginie na zawsze, istniejąc jako pokarm, dla nienasycenia, dla tej pierwotnej przedistnieniowej - to chyba niemożliwe - chciwości. Nie ma nas. Nie ma naszych myśli. Nie ma niczego. Jest tylko szlam mierności, który przewalając się przez czas, błyska właśnie teraz, by przyjąć naszą uwagę i tym samym unicestwić jakąkolwiek możliwość naszego zaistnienia jako ludzi, jako kogoś, kto sam myśli, widzi, ocenia, decyduje, jest świadom tego wszystkiego. Dzięki współczesności nie musimy być już świadomi. Wystarczy, że doznajemy. Ulgi od bycia, w przelocie ciemnego pociągu, ze stacją końcową piekło. Ale to nie teraz. A wszystko, co nie jest teraz, nie istnieje.
I tak wypełnia się nasz los. Los ustandaryzowanych, znormalizowanych miernot, zanurzonych w oceanie przeciętności, w którym już nic nowego poza kolejną dawkę adrenaliny i przypomnieniem o konieczności wstrzyknięcia preparatu pt. "moje ciało mój wybór", nie nastąpi. Z boku daje się słyszeć końcowe akordy orkiestry. Kurtyna rusza z obu stron, by przesłonić mniej atrakcyjny obraz końca. Porozrzucani po scenie w ostatnim spazmie pochłaniają kolejne strony i wlewają sobie w oczy płynne wiadomości. Nareszcie koniec. Słychać tylko tykanie zegara. To pulsar. Raz, dwa, raz dwa. Czy gdy pada drzewo, a nie ma wokół nikogo, to rozlega się jakiś dźwięk?
Otwarcie i metro — świetne. "Przelatujemy i jesteśmy przelatywani" to najlepsza fraza, jaką ostatnio czytałem pod tym adresem. Dwie uwagi. Kopernik to słaby przykład: De revolutionibus wyszło drukiem, z dedykacją dla papieża, i trafiło na indeks dopiero 73 lata później. Semmelweis, który dostaje jedno zdanie, jest przykładem nieporównanie mocniejszym-i naprawdę boli. Druga: akapit o Goldsteinie jest najciekawszy w całym tekście i najkrótszy. Jeśli bunt też jest gatunkiem produkowanym seryjnie, to obejmuje i ten tekst — i tego Zbyszek nie chce dopowiedzieć. A gdyby dopowiedział, wyszłoby z tego coś dużo mocniejszego niż kolejna diagnoza.
ps. Pulsar wystarczył. Drzewo w lesie było już niepotrzebne.