Od pewnego czasu obserwuję pod własnymi tekstami fascynujące zjawisko. Nie nowe, ale z każdym miesiącem coraz bardziej widoczne. Otóż prawie wszyscy dyskutują i prawie nikt nikogo nie przekonuje. Kiedyś wydawało mi się, że istotą debaty jest wymiana argumentów. Człowiek przedstawia swoje racje, ktoś odpowiada własnymi, obie strony konfrontują poglądy, czasem nawet zmieniają zdanie. Naiwność młodości, chciałoby się powiedzieć. Dziś coraz częściej mam wrażenie, że internetowa polityka przypomina mecz piłkarski rozgrywany przez dwie drużyny, które nie tylko nie chcą strzelić bramki przeciwnikowi, ale nawet nie są zainteresowane istnieniem piłki. Najważniejsze jest kibicowanie własnej drużynie. Temat nie ma większego znaczenia. Może to być Ukraina. Może być Rosja, Izrael, Iran, Donald Tusk, Jarosław Kaczyński, Karol Nawrocki, Grzegorz Braun, Balcerowicz, Unia Europejska, Niemcy, Ameryka. Po kilku komentarzach zawsze okazuje się, że rozmawiamy dokładnie o tym samym. O tym, kto jest patriotą a kto zdrajcą. Kto jest agentem Berlina. Kto agentem Moskwy. Kto amerykańską marionetką a kto pożytecznym idiotą. I właściwie na tym można by zakończyć debatę, bo kiedy ktoś zostanie już agentem, zdrajcą, onucą, folksdojczem albo komunistą, dalsza rozmowa staje się zbędna. Przecież z agentem się nie dyskutuje. Agenta się demaskuje.
Najbardziej fascynujące jest jednak to, że uczestnicy takich sporów często uważają się za ludzi myślących niezależnie. Każdy z nich jest przekonany, że samodzielnie doszedł do swoich wniosków a jednocześnie niemal każdy potrafi przewidzieć z dokładnością szwajcarskiego zegarka, co napisze jego polityczny przeciwnik, bo wszyscy odgrywają role zapisane w tym samym scenariuszu. Jeden napisze, że wszystkiemu winny jest Tusk. Drugi odpowie, że wszystkiemu winien jest Kaczyński. Trzeci wyjaśni, że za wszystkim stoją Niemcy. Czwarty, że Rosja. Piąty, że Żydzi. Szósty, że Amerykanie. Siódmy, że masoni a ósma, że brak monarchii. I tak dzień po dniu. Rok po roku. Kadencja po kadencji.
Najzabawniejsze jest jednak coś innego. Bardzo często wszyscy mają po trochę racji. Naprawdę. Niemcy realizują własne interesy. Rosja realizuje własne interesy. Ameryka realizuje własne interesy. Politycy często myślą bardziej o sobie niż o państwie. Media bywają stronnicze. Partie bywają wodzowskie. Korupcja istnieje i propaganda istnieje. Problem polega na tym, że od pewnego momentu przestajemy rozmawiać o tych zjawiskach. Zaczynamy natomiast walczyć o przynależność plemienną. I wtedy argument przestaje być argumentem. Staje się deklaracją lojalności.
Jeżeli ktoś krytykuje Ukrainę, jedni uznają go za realistę, drudzy za rosyjską onucę. Jeżeli ktoś krytykuje Rosję, jedni uznają go za patriotę, drudzy za amerykańskiego lokaja. Jeżeli ktoś krytykuje PiS, jest tuskowcem a jeżeli krytykuje KO, jest pisowcem. Jeżeli krytykuje obie strony, natychmiast zostaje podejrzany przez obie strony jednocześnie. To ostatnie jest zresztą najbardziej niebezpieczne, bo współczesna polityka coraz mniej toleruje ludzi nieprzynależnych do żadnego obozu. Można być za. Można być przeciw. Nie bardzo można być pomiędzy a przecież życie składa się głównie z odcieni szarości.
Przez ostatnie tygodnie przeczytałem setki komentarzy. Jedni tłumaczyli, że wszystko rozwiąże zwycięstwo ich obozu. Drudzy tłumaczyli dokładnie to samo. Jedni twierdzili, że Polska zmierza ku katastrofie. Drudzy, że właśnie została uratowana. Jedni byli przekonani, że żyjemy pod obcą okupacją. Drudzy, że żyjemy w najlepszym możliwym świecie. I tylko jedno pozostawało niezmienne. Nikt nie zmieniał zdania. Nikt. Ani o milimetr.
I wtedy zacząłem się zastanawiać, czy problemem rzeczywiście jest brak informacji. Może problemem jest coś zupełnie innego. Może problemem nie jest to, że ludzie za mało wiedzą. Może problemem jest to, że przestali słuchać, bo żeby argument mógł kogokolwiek przekonać, najpierw trzeba dopuścić możliwość, że samemu można się mylić a to staje się dziś najrzadszą cechą w polityce.
Dlatego właśnie powstał ten cykl. Nie po to, żeby kogokolwiek nawracać. Nie po to, żeby udowadniać wyższość jednego plemienia nad drugim, ale po to, żeby przyjrzeć się zjawisku, które coraz częściej obserwuję w polskiej debacie publicznej. Zjawisku przypominającemu rzucanie argumentów z całej siły. Tyle że nie do rozmówcy, tylko właśnie grochem o ścianę.
Nikt nikogo nie przekonuje ponieważ nie nosimy w sobie miejsca na zmianę poglądów. To wyraźnie widac wiec po co strzępić język.
Jak to po co strzępić język? Żeby przemilczeć sprawy aktualne ,ważne dla Polski a nawet wstrząsające inicjuje się jałową dyskusję.
Właśnie o tym jest ten wpis Droga Sake. Nie o przemilczaniu spraw ważnych, tylko o tym, dlaczego tak często zamiast rozmawiać o nich merytorycznie kończymy na wojnie etykiet i plemion.
No właśnie,pana wpisy jak zawsze nie o sprawach ważnych tylko bicie piany i stereotypy bańka,plemiona,etykiety....Takie ble,ble,ble...Merytorycznie to można rozmawiać o problemach które istnieją,nurtują,kształtują albo niszczą nasze życie a pan traktuje je najczęściej jako upust emocji albo jako drugorzędne.Czy sprawa tak ważna jak szpitala w Warszawie nie jest warta merytorycznej dyskusji i odniesienia do niej? Lepiej skupić się rozważaniami nad wojną etykiet i plemion dodatkiem krytyki prezydenta i PiS-u?
Być może właśnie dlatego warto rozmawiać Trójkolorowy. Nie po to, żeby natychmiast kogoś przekonać, ale żeby nie zamknąć się całkowicie we własnym świecie.
"Zaczynamy natomiast walczyć o przynależność plemienną. I wtedy argument przestaje być argumentem. Staje się deklaracją lojalności." - Dokładnie tak jest. A jeśli wódz plemienia przestawia nagle wajchę to członkowie plemienia robią posłuszny "tył zwrot!" Najbardziej jaskrawy przykład to wolta PiS w sprawie banderyzmu na Ukrainie. Skandal z Orderem dla Zełenskiego i gwałtowna zmiana opinii publicznej zmusiła wodza do dostosowania się. Nie pamiętają już jak włazili banderowcom w 4litery, jak na podstawie utajnionej umowy z 2016 roku ogołocili polskie magazyny wojskowe, jak wydrenowali polski budżet itd. itp. Ta umowa została wprowadzona w życie z jawnym pogwałceniem Konstytucji (art. 89). Za to powinien być TS. Inna sprawa, że KO zawarła podobną umowę z Ukrainą, także łamiąc Konstytucję. Czy "opozycja" zaprotestowała? Oczywiście, że nie, musieli by być samobójcami. W sprawach szkodzących Polsce istnieje "ponadpartyjny konsensus". Teraz perspektywa utraty przynajmniej części elektoratu spowodowała gwałtowną woltę. Przez lata oskarżali trzeźwo myślących Polaków o "onucyzm" a teraz sami stali się onucami.
Politycy wstydu nie mają i jest to rzecz oczywista, wpisana niejako w profesję ale co powiedzieć o sprzyjających im publicystach, blogerach i komentatorach? Pamięć muszki jednodniówki czy też przynależność do najstarszej profesji świata? Ja akurat jestem apartyjny ale gdybym był członkiem plemienia PiS i dowiedział się teraz, że byłem przez lata oszukiwany to uciekłbym od "wodza" jak najdalej.
Inna sprawa to pan Nawrocki. Nałapał ostatnio punktów słusznie pozbawiając Zełenskiego Orderu. Nikt jednak nie chce pamiętać, że bezczelnie oszukał Polaków w sprawie ustawy rzekomo likwidującej przywileje Ukraińców. Owszem, podpisał taką ustawę ale jednocześnie podpisał szereg innych, w których "zaszyte" są te przywileje a nawet rozszerzone. Polacy nie czytają ustaw więc można ich spokojnie okłamać. Plemienność kwitnie i ma się świetnie.