Polska to fascynujący kraj, w którym losy państwa mogą zależeć od tego, czy ktoś rano zjadł śniadanie ze słownikiem etymologicznym w ręku. Najnowszym bohaterem narodowej debaty nie jest żaden polityk, lecz skromny przyimek „wobec”. Słowo to, jak zauważył profesor Sebastian Żurowski w audycji radiowej "Słownik na Fali", wywodzi się w prostej linii od obecności.
I tu zaczyna się komedia pomyłek, przy której skecze Monty Pythona wydają się instrukcją obsługi pralki.
Zgodnie z literalnym brzmieniem przepisów, jeśli coś ma się dziać „wobec” kogoś, to z językowego punktu widzenia ta osoba musi tam po prostu być. Prowadzi to do wizji niemal sportowych: zdeterminowany sędzia lub naukowiec, chcąc dopełnić formalności, mógłby „złapać prezydenta przypadkowo na ulicy albo na meczu” i błyskawicznie wykrzyczeć mu formułę ślubowania prosto w twarz. Prezydent był? Był. Słyszał? Słyszał. Nawet jeśli akurat kupował hot-doga, prawo zostało dopełnione, a sprawa – z punktu widzenia słownikowego – załatwiona.
Nasz „wirtualny prawodawca” (czyli w rzeczywistości grupa ludzi piszących ustawy, nie zawsze przewidując ich językowe konsekwencje) zafundował nam sytuację, w której wieloznaczność staje się narzędziem interpretacyjnym. Zamiast prostego związku między faktami, otrzymujemy pole do „dzielenia włosa na czworo”. Ekspert uspokaja wprawdzie, że nie dotarliśmy jeszcze do etapu pełnego „Paragrafu 22”, w którym kandydat na profesora musiałby być skromny, a prosząc o tytuł, tę skromność automatycznie by tracił – ale pole do nadużyć jest ogromne. Ten sam przyimek „wobec” otwiera bowiem drzwi do sporu, czy rola głowy państwa przy nadawaniu tytułów jest jedynie ceremonialna, czy daje realną władzę odmowy.
A to dopiero początek, bo polskie prawo od lat jest pełne podobnych językowych min. Wystarczy wspomnieć słynne „lub czasopisma”, gdzie manipulacja dwoma słowami wywołała polityczne trzęsienie ziemi, czy termin „falandyzacja prawa”, oznaczający naginanie interpretacji do bieżących potrzeb. Nawet zwrot „zwierzchnik sił zbrojnych” staje się polem do „przeciągania liny” o zakres realnej władzy w czasie pokoju. Mechanizm jest zawsze ten sam: ktoś dostrzega językową lukę i postanawia ją wykorzystać do walki o kontrolę nad organami państwa.
W normalnej sytuacji, gdy zauważamy, że przepis jest mętny, po prostu byśmy go poprawili. Jednak w atmosferze głębokiego podziału politycznego w Polsce, zmiana jednego przyimka graniczy z cudem, ponieważ „wobec” przestało być zwykłym słowem, a stało się potężnym orężem. Dlatego zamiast jednoznacznej kropki, mamy dziś w prawie wielokropek i czekamy, aż kolejna niewinna fraza wywoła skandal na miarę historycznych afer.
Słowa w polskim systemie prawnym rzadko są „tylko słowami”. Częściej stają się fundamentem pod polityczne wstrząsy, gdy tylko ich definicja słownikowa pozwoli na „kreatywną” interpretację. A póki co… pozostaje nam czekać na rozwój wypadków „wobec” kolejnych językowych zawiłości!
Jarosław Banaś
FELIETON: Polowanie na Prezydenta, czyli przyimek grozy, powstał na podstawie nagrania. Linki:
Źle,że tematem debaty narodowej i sejmowej hucpy staje się słówko a nie fakt,że w zamrażarce sejmowej tkwią prezydenckie projekty ustaw mające znaczenie dla Polaków. Źle że poczynania marszałkiszcza prowadzące do usadowienia tyłka w fotelu prezydenckim są ważniejsze dla Polaków niż rozpatrywanie tych projektów i ich wdrażanie. Jakie to zasługi mają być podstawą sobiepaństwa Czarzastego,bo trudno je nawet dostrzec.Jakie są winy prezydenta,że tak haniebnie zachowuje się Tusk i Czarzasty wobec człowieka któremu nie są godni butów czyścić?Jakim prawem polityczne zero i sługus niemiecki nazywa prezydenta politycznym sabotażystą, marginalizuje i oczernia na każdym kroku?Prezydent jak dotąd ma wielki szacunek narodu,ale wiadomo,że łaska i sympatie ludu są zmienne. Jak długo przetrwa nie doświadczając niczego poza wyzwiskami i pogardą?Dziś polityczne gnidule z PSL i PO znów zaatakowały obrzydliwie prezydenta po wizycie u dawnych opozycjonistów J. A. Gwiazdów.Jako państwo staczamy się gospodarczo ale i moralnie.