Ten tytuł to nie byle co! To program artystyczny niejakiego Sajnóga. ( jak u licha odmienia się tak oryginalne nazwiska?) Wiele lat temu wpadło mi w ręce pisemko zatytułowane „brulion”. Ku najwyższemu zdumieniu przeczytałam kilka zdań, które cytuję dosłownie (za co przepraszam) lecz nikt chyba nie byłby w stanie zaprezentować poziomu tej twórczości w sposób bardziej cywilizowany.
<Flupy z pi..dy
Zbigniew Sajnóg
- mam flupy - usłyszałem
od dziewczyny i myślę: co?
- co? - pytam
- no, leci mi z pi..dy. >
Zrozumiałam, że dziewczyna pana Sajnóga ma poważne kłopoty zdrowotne, ale czy podobne wynurzenia naprawdę można traktować jak utwór literacki? W tym samym numerze był jakiś tekst Manueli Gretkowskiej. Brulion, Sajnóg, Gretkowska - zostali raz na zawsze wykreśleni z mojej ( i chyba większości) listy lektur oraz zainteresowań choć zdarzali się i tacy, jak pewien znany socjolog, mój kolega, który bardzo głęboko się Gretkowską interesował. Nie chciałam słuchać co miał na jej temat do powiedzenia i przez wiele lat nie miałam na szczęście okazji napotkać jej nazwiska. Usłyszałam je ostatnio w tak odrażającym kontekście, że aż trudno mi w to uwierzyć. Trudno uwierzyć w to, że osoba uważająca się zapewne za kulturalną, a w dodatku uważna za pisarkę może wypisywać takie obrzydlistwa na temat kogokolwiek, a w szczególności na temat pierwszej damy kraju. W takiej sytuacji człowiek czuje się jak ktoś, komu pijany menel napluł na buty i musi przejść nad tym do porządku dziennego, bo nie będzie go przecież odwoził do izby wytrzeźwień, gdzie potraktowano by go na powitanie zimnym prysznicem. Taki zimny prysznic przydałby się z pewnością Gretkowskiej. Przecież nie chodzi o to ,że jakieś słowa są z natury brzydkie a inne ładne. Ohydne są intencje, które stoją za użytymi słowami. Anegdoty sądowe mówią o pewnej wieśniaczce, która została ukarana przez sąd za to że obraziła sąsiada słowami „ ty sufraganie”. Wieśniaczka wyraźnie nie znała tego słowa, bynajmniej nie obraźliwego, lecz jej intencje były złe i za te intencje została ukarana. Inna anegdota mówi o góralu, który nazwał cesarza Franciszka Józefa starym pierdołą. Krakowscy językoznawcy na żądanie sądu austriackiego wystawili opinię, że w języku polskim „stary pierdoła oznacza ze wszech miar szanowanego i lubianego uroczego staruszka” i góral został uniewinniony . Czy te anegdoty opisują autentyczne wydarzenia czy są wymyślone nie wiem i nie mam zamiaru prowadzić w tym kierunku badań. Są jednak nad wyraz wymowne. Nie chodzi o to jakie zwroty w języku polskim są zdaniem Gretkowskiej ładne a jakie brzydkie, chodzi o prymitywną nienawiść, która nią zawładnęła i której daje wyraz w wyjątkowo ohydny sposób. Takim „ pisarkom” jak Gretkowska czy Masłowska wydaje się zapewne, że wulgaryzmy, wyniesione z domu rodzinnego czy wyuczone w jakiejś melinie, a użyte w druku, są rodzajem manifestu twórczego czy też wyrazem bólu egzystencjalnego i że tak jak francuscy poètes maudits ( poeci wyklęci) przejdą do historii literatury, a ich nazwiska trafią jeżeli nie pod strzechy to przynajmniej do szkolnych podręczników.
W ich rojeniach nie ma nic nowego. Można zdefiniować artystę jako człowieka, który zajmuje się sztuką. Jednak wtedy sztuka staje się pojęciem pierwotnym, niedefiniowalnym. Można definiować sztukę jako to co uprawia artysta. Dziełem sztuki zgodnie z tą definicją może być jak wiemy porcelanowy pisuar ( „Fontanna" Marcela Duchampa 1917), a nawet odchody artysty (Piero Manzoni – Merda d'artista 1961): Artysta swą intencją zamienia każdy przedmiot w dzieło sztuki. Przyjęcie tej drugiej definicji otwiera szeroko drzwi do świątyni sztuki wszelakiej maści hochsztaplerom i oszustom. A także Sajnógom Gretkowskim, Masłowskim i im podobnym. Skąd się zatem biorą artyści? To nie tylko kwestia dobrej woli i determinacji. Artystę ktoś musi namaścić i wylansować. W ZSRR pisarz musiał ukończyć Akademię Literatury. W Polsce na szczęście nie, ale malarz aby być dopuszczony do wystaw musiał mieć ukończone studia w Akademii Sztuk Pięknych. Miejsca w tej uczelni były jak głosi wieść gminna zajęte na jakieś dziesięć lat naprzód. Podobnie było w Szkole Teatralnej. Poza tym należało się wypłacać komunistycznej władzy donoszeniem, a w przypadku pisarzy produkowaniem bzdetów w rodzaju „ Nr 16 produkuje” czy „ Pamiątka z celulozy”. No ale za to otrzymywało się mieszkania, nagrody stalinowskie czy też leninowskie ( ważne, że były wysokie) i wysokie nakłady książek, które potem zapełniały składnice makulatury. Namaszczeni przez PZPR i Urząd Cenzury spłacali najpierw swój dług wobec mecenatu komunistycznego państwa donosami i produkcyjniakami, a potem przerzucili się czy zostali przerzuceni na front opozycji. Socjalizm z ludzką twarzą powinien przecież mieć następcę w liberalizmie czy kapitalizmie z ludzką twarzą A publika miała śledzić w napięciu kolejne stadia brzydkiej choroby twórców jaką było kolaborowanie ze stalinizmem. Kolejne metamorfozy Konwickiego, Woroszylskiego czy Kołakowskiego i ich rozstawanie się z marksizmem miało być osią rozważań obywateli i bodźcem do ich przebudzenia z socjalistycznego snu. Ale obywatele mieli w nosie zarówno „ Pamiątki z celulozy” jak I wszystkie „Poematy dla dorosłych”. Stalinowska grupa interesu oblepiła szczelnie kulturę nie czekając na światłe rady Antonio Gramsciego i zostawiła po sobie kulturalną pustynię, plażę na której prym wiodą „Dzyndzylyndzy” i „ Flupy z pi..dy”( przepraszam). Nie sposób oszacować ile autentycznych talentów zostało zmarnowanych przez rozpychającą się w kulturze do dziś dnia tę grupę i jej progeniturę. Samozwańczo uznających się za artystów, opozycjonistów, wzorce osobowe i Bóg wie jeszcze co. Jak jednak mówi Pismo Święte: „wraca pies do wymiocin swoich”. Środowisko, które wydało człowieka, które go ukształtowało zawsze się odezwie. W chwili wielkiego napięcia emocjonalnego człowiek zaczyna mówić językiem dzieciństwa, wyniesionym z domu. Być może to spotkało Gretkowską. Ale dlaczego my wszyscy mamy to znosić?