Co pewien czas wraca teza, że raje podatkowe to jednorożce kapitalizmu — byty piękne, egzotyczne i całkowicie nie do skopiowania. Podobno są bogate tylko dlatego, że miały wyjątkową pozycję startową, szczególne warunki geograficzne i parasole większych sąsiadów. Wniosek bywa prosty i wygodny: dla średnich krajów to żadna lekcja, co najwyżej ciekawostka dla turystów i bankierów.
Z pozoru brzmi to rozsądnie. I znów jest to teza fałszywa nie dlatego, że opisuje rzeczywistość źle, lecz dlatego, że opisuje coś innego, niż powinno. Myli bowiem dwie różne rzeczy — konkretną konfigurację historyczną z logiką działania systemu.
Nie da się skopiować Liechtensteinu, Monako czy Singapuru jeden do jednego. Nie da się odtworzyć tych samych gór, tej samej zatoki ani tych samych sojuszy geopolitycznych. I nie trzeba. Państwo, które traktuje raje podatkowe jako gotowy wzór do skopiowania, po prostu nie rozumie, na czym polega uczenie się z cudzych doświadczeń.
Kopiowalne nie są szczegóły, lecz zasady. Mała skala władzy. Przyjazne, przewidywalne otoczenie prawne. Jasne reguły dla kapitału i ludzi. Państwo, które potrafi panować nad sobą, zamiast nad wszystkimi wokół. To właśnie łączy wszystkie miejsca nazywane rajami podatkowymi — nie egzotyka, lecz dyscyplina władzy.
Dlatego mówienie, że raje są wyjątkiem nie do skopiowania, pełni przede wszystkim funkcję alibi. Skoro ktoś miał szczęście do geografii, historii albo sąsiadów, to nie trzeba zadawać niewygodnych pytań o własne decyzje polityczne. Można pominąć fakt, że w historii państwa bogate nader często reagowały na bogactwo nie umiarem, lecz wzrostem fiskalnej chciwości. Im więcej było do wzięcia, tym więcej brano. To, że tylko nieliczni nie ograbili swoich obywateli, ale pozwolili im maksymalnie się wzbogacić, nie dowodzi tego, że grabienie jest słuszne.
Można też powiedzieć, że świat potrzebuje tylko kilku rajów podatkowych, a nie tysiąca. Tyle że wtedy warto zapytać: dlaczego w ogóle ich potrzebuje? Co to mówi o jakości instytucji w zwykłych państwach? Wyjątkowość rajów wynika nie tylko z geografii, lecz z rzadkości rozsądku politycznego. Gdy ktoś twierdzi, że nie da się ich skopiować, bardzo często oznacza to, że nie chce kopiować niskiego fiskalizmu, ograniczonego państwa ani odpowiedzialności za własną władzę.
Pojawia się kolejny argument: że raje podatkowe żerują na cudzym systemie. Korzystają z globalnej infrastruktury, bezpieczeństwa i popytu generowanego przez duże państwa, więc nie są żadnym modelem rozwoju, tylko luksusowym dodatkiem. Tyle że to rozumowanie znów mówi więcej o wielkich państwach niż o rajach.
Jeżeli kilka małych jurysdykcji potrafi przyciągać kapitał, oferować lepszą ochronę własności i większą przewidywalność prawa, jeśli potrafi pozwolić swoim obywatelom na bycie bogatymi, to problem nie leży po stronie tych małych. Leży po stronie wielkich, które z tej roli dobrowolnie rezygnują, zastępując stabilność fiskalizmem, a prawo regulacyjną bieżączką. To, że raje funkcjonują w tej samej globalnej gospodarce, pokazuje tylko jedno: w tych samych warunkach można wybrać zupełnie inną relację między państwem a obywatelami.
Najgroźniejsza iluzja pojawia się wtedy, gdy z niekopiowalności rajów wyciąga się wniosek, że małe i średnie państwa są skazane na wybór między byciem peryferyjną kolonią a nieudolną kopią imperium. W obu wariantach państwo ma być duże, strategiczne i wszechobecne. Różni się tylko to, czy służy cudzym interesom, czy własnym złudzeniom.
W praktyce małe państwa wygrywają tylko wtedy, gdy przestają udawać imperium. Ich przewagą jest szybkość dostosowania się do zmieniającej się sytuacji, zdolność do eksperymentu instytucjonalnego oraz zaufanie zamiast totalnej kontroli. Nie są w stanie wygrać wyścigu na masę armii, liczbę urzędników ani skalę subsydiów. Mogą natomiast wygrać konkurencję o ludzi, kapitał i stabilność.
W świecie, w którym technologia sprawia, że przemoc staje się coraz mniej opłacalna ekonomicznie, potęga nie polega już na tym, kto ma więcej czołgów, lecz na tym, kto mniej marnuje energii na kontrolę. Imperium jest anachronizmem energetycznym: kosztuje coraz więcej, a daje coraz mniej. Im bardziej rośnie produktywność jednostki uzbrojonej w technologię, tym mniej sensu ma centralna, brutalna władza.
Raje podatkowe są dziś wyjątkami tylko dlatego, że większość państw wciąż myśli kategoriami XX wieku i małej wydajności pracy. Ten sposób myślenia przestaje być opłacalny, więc status wyjątków się nieuchronnie odwróci. Bo wydajność pracy rośnie i bardziej opłaca się tworzyć niż grabić. Wyjątkiem stanie się imperium, które w końcu zgnije pod własnym ciężarem. Normą — mała, wolna i bogata enklawa, w której władza pamięta, że jej rolą nie jest eksploatacja, lecz gospodarzenie.
W ogóle nie ma potrzeby tworzenia planów politycznych kopiujących jurysdykcję rajów podatkowych. Dla Polski byłoby korzystne przepisanie estońskiej ustawy podatkowej, ale jak głupie rządy tego nie zrobią, to nic nie szkodzi, to się i tak wkrótce nieuchronnie stanie. Dokładnie tak samo, jak nie było potrzeby dwieście lat temu prowadzić krwawej wojny, by zlikwidować niewolnictwo — ono upadło z powodów ekonomicznych niezależnie od tego, czy ktokolwiek o to politycznie zadbał. Upadło wszędzie — i tam, gdzie były wojny domowe, i tam, gdzie ich nie było, i tam, gdzie to zrobiono politycznie i tam, gdzie się to samo stało. Dokładnie tak samo upadają imperia — brytyjskie już nie istnieje, bo się po prostu nie opłacało.
Grzegorz GPS Świderski
https://t.me/KanalBlogeraGPS
https://Twitter.com/gps65
https://www.youtube.com/@GPSiPrzyjaciele
PS. Notki powiązane:
- https://www.salon24.pl/u/gps65/689542,konkurencja-polityczna-a-banan
- https://niepoprawni.pl/blog/gps65/male-panstwa
- https://www.salon24.pl/u/gps65/698300,tysiac-liechtensteinow
- https://www.salon24.pl/u/gps65/629516,dlaczego-w-malym-ksiestwie-jest-bezpieczniej-niz-socjalistycznej-polsce
Tagi: gps65, polityka, wolny rynek, imperia, małe państwa.
"Raje podatkowe są dziś wyjątkami tylko dlatego, że większość państw wciąż myśli kategoriami XX wieku i małej wydajności pracy. "
Bangladesz ma bardzo wysoką wydajność pracy i co z tego?
Wszystkie raje podatkowe z wyjątkiem Singapuru są niewielkie liczebnie i nie mają problemów jakie pojawiają się przy populacji paru dziesięciomilionowej do paruset milionowej.
Samo utrzymanie wojska i sił porządkowych to dla Polski wydatek rzędu 6 procent PKB. Do tego dochodzi utrzymanie świadczeń społecznych.
Jeśli chodzi o Monako to byłem tam parę razy, w nocy na ulice wychodzą ci których w dzień nie widzimy. Kolorowi którzy sprzątają, remontują itp, nie mający praw decydowania o rozwoju Monako.
W Polsce mamy do czynienia z ewenementem na skalę europejską. W krajach UE rzadko można spotkać białą kobietę miejscowej narodowości sprzątającą szalety w miejscach publicznych. O białej Francuzce myjącej podłogę na Orly zrobiono by dokument filmowy.
W Polsce można zrobić raj podatkowy tylko, że Polka zasuwająca w sklepie od 0600 do 1700 nic z tego nie będzie miała, bez osłony socjalnej czyli bez fiskalizmu kiepsko zarabiający stają się narzędziem Braunów i Trumpów czyli cwanych nazioli.
W Polsce w zamordystycznym podatkowo kraju na 100000 mieszkańców w pierdu siedzi około 200, w USA w tym raju, ponad 500. W USA na 100000 mamy 7,5 morderstw rocznie, w Polsce około 0,7.
Nie jestem przekonany czy kierunek fiskalizmu preferujący bogatych cwaniaków jest lepszy niż troska o nie radzących sobie ciężko pracujących ludzi.
Istotą jest jak działa fiskalizm i jak są rozdzielanie pozyskane środki.
Jeśli w Poznaniu, twierdzy wrażej proniemieckiej opcji, w knajpie każde sprzedane piwo jest wprowadzane do kasy fiskalnej a w Małopolsce głosującej za łżepartiotycznym PiS za wynajęcie kwatery oczywiście z Najświętszą Panną na obrazku w pokoju, z wyżywieniem dla rodziny nie mogę otrzymać faktury to sprawa jest jasna.
Jeśli pisior po uważaniu dysponuje środkami z FS i nie gnije za to w pierdlu tylko bawi się nad Balatonem to też wiemy dlaczego jest źle
Bo, ani pozyskiwanie środków, ani ich dystrybucja nie działa.
Z grubsza raczej OK, ale chciałbym, żebyś rozwinął ten wątek swojej wypowiedzi.
"Jeśli pisior po uważaniu dysponuje środkami z FS i nie gnije za to w pierdlu tylko bawi się nad Balatonem to też wiemy dlaczego jest źle".
Bangladesz ma wysoką wydajność fizyczną w sensie liczby godzin pracy i ton wyprodukowanych tekstyliów, lecz to nie ma wiele wspólnego z wydajnością rozumianą jako wartość dodana na pracownika i zdolność jej przenoszenia w postaci kapitału, usług i wiedzy. Mój argument jest prosty: im wyższa jest ta druga forma wydajności i im bardziej mobilna staje się w skali globalnej, tym mniej opłaca się utrzymywać ludzi w taniej tyranii, wysokim fiskalizmie i nieprzewidywalnym prawie. Bangladesz jest właśnie przykładem kraju, w którym produktywność mierzona ilością nie przekłada się na instytucje, własność i akumulację wartości – czyli na to, co faktycznie charakteryzuje raje podatkowe.
Zwracasz też uwagę, że małe raje nie mają problemów typowych dla krajów liczących setki milionów mieszkańców. To prawda, ale to nie jest argument przeciwko temu, co piszę – to argument na rzecz mniejszej skali władzy. Im większy moloch polityczny, tym większa pokusa, by go doić, i tym trudniej kontrolować aparat, który wydaje cudze pieniądze. Problem dużej populacji nie jest problemem sumy ludzi, tylko problemem centralnego państwa, które próbuje nimi wszystkimi zarządzać jednym zestawem bodźców. Rozproszenie władzy na wiele mniejszych, autonomicznych jednostek sprawia, że ludzie mogą głosować nogami, a złe systemy szybciej bankrutują politycznie.
Pojawia się też argument socjalny, zestawiający Monako z Polską i wskazujący na brak praw politycznych imigrantów oraz istnienie świadczeń socjalnych u nas. Tyle że nie wynika z żadnego prawa natury, że niski fiskalizm musi oznaczać brak ochrony słabszych. Wynika to z wyboru konkretnego modelu. W Polsce wysoki fiskalizm idzie w parze z bylejakością usług, rozdawnictwem pod wybory i przywilejami dla swoich, a nie z realną, skuteczną ochroną ludzi w trudnej sytuacji. Libertariańskie rozumienie raju podatkowego nie oznacza świata bez solidarności, lecz świat z minimalnym przymusem finansowym i prostymi, przejrzystymi zasadami, jeśli już coś finansujemy wspólnie. To jest dokładne przeciwieństwo systemu, w którym uczciwy drobny płatnik jest do dojenia, a duży kombinator do ochrony.
Podobnie jest z argumentem o przestępczości i liczbie osadzonych, porównującym Stany Zjednoczone z Europą. Taka teza miesza trzy różne porządki: poziom fiskalizmu, politykę karną oraz strukturę społeczną i kulturową. USA nie są żadnym libertariańskim rajem, lecz hybrydą wysokich podatków federalnych i lokalnych, rozbudowanego państwa socjalnego oraz wyjątkowo restrykcyjnego prawa karnego, zwłaszcza w obszarze wojny z narkotykami. Wysoka liczba więźniów nie jest więc dowodem na dziki wolny rynek, lecz w dużej mierze produktem samego systemu prawnego. Jeśli już coś z tego wynika, to raczej to, że rozbudowane państwo nie gwarantuje ani niskiej przestępczości, ani sprawiedliwości.
Na koniec kwestia rzekomego fiskalizmu dla biednych przeciwstawianego cwaniakom z rajów. Zgadzam się, że system preferujący bogatych kombinatorów nie jest dobry. Problem polega na tym, że obecny model również preferuje cwaniaków – tylko etatystycznych: żyjących z dotacji, ulg, transferów i zamówień publicznych, a nie z produktywnej pracy. Libertariański pomysł nie brzmi: "zostawmy słabszych samych", lecz: "przestańmy utrzymywać pasożytniczą klasę polityczno-biznesową pod pretekstem troski o słabszych".
W gruncie rzeczy zgadzamy się co do diagnozy: obecny polski fiskalizm jest niesprawiedliwy i źle skonstruowany. Różnimy się we wnioskach. Ty chcesz poprawiać go przez utrzymanie centralnego, silnego aparatu państwowego. Ja uważam, że jedyną trwałą drogą jest rozproszenie władzy i konkurencja między wieloma małymi jurysdykcjami. Spór nie dotyczy tego, czy państwo ma pomagać słabszym, lecz tego, czy robi to przez ograniczenie własnej władzy i konkurencję instytucji, czy przez centralny przymus udający moralność.