Otrzymane komantarze

Do wpisu: Sully, czyli pochwała indywidualizmu
Data Autor
jazgdyni
Witaj Izo! Jej! W jakich tematach Ty się obracasz?! W rozterkach mojego życia. Na początek powiem Ci, że dobrze, iż nie mam teraz lat 20 lub 30. Bo wiesz co bym wybrał? Free climbing. Co mnie zawsze mocno we wspinaczkach wkurzało, to te wszystkie raki, czekany, liny i duperele. I powiem Ci coś. Ty też byś wybrała free climbing. Bo umiłowanie absolutnej wolności czuje się nawet przez internet. A jak by się dwoje takich indywidualistów spotkało, to pewnie byśmy się pozarzynali. Nie byłem w zuchach, harcerstwie, tych różnych ZMS/P - A,B,C,D. Jednooczne widzenie uwolniło mnie od wojska. Choć pardon moi, polibuda wszystkich elektroników, nawet te łamagi, wepchnęła na szkolenia do wojska z babami. I nawet jestem oficerem i odróżniam lufę od kolby. Nie-na-wi-dzi-łem dyscypliny, mundurów, rozkazów. Ale cóż... Zostałem marynarzem i znowu oficerem. I to nie na takich transportowych łajbach z Mombasy do Pernambuco. Znacznie bardziej skomplikowanych. To tak, jakby u ciebie na podwórku posadzić spory transportowy helikopter. Wtedy poznałem magię i znaczenie procedur. Uwierz - są ważne. Lecz jako Polak nie byłbym sobą, gdy w dziewiczym rejsie z Szanghaju złamałem wszelkie procedury i uruchomiłem unieruchomiony statek, który musiał odpłynąć, bo mogiła, po prostu wtykając złamaną chińską pałeczkę w uszkodzony przekaźnik. Jak wróciłem po dwóch miesiącach, to statek pięknie pływał, a złamana pałeczka wciąż była tam, gdzie ją wsadziłem. Ot polska fantazja. Za co nas kochają (i czasami dobrze płacą). Uściski
Dark Regis
Ja rozumiem, wskazuję tylko, że nie należy przywiązywać się do haseł. Zwłaszcza w obliczu zanieczyszczenia języka przez bolszewizm. Jeszcze trochę pozwolilibyśmy pofilozofować rozmaitym Hartmanom, Środom i Baumanom, a na indeksie parszywości znalazłyby się także słowa: socjologia, socjalizacja, socjotechnika, jak też wspólnota, współdziałanie, współodpowiedzialność itp. To jest właśnie metoda bolszewików - przejąć kontrolę nad językiem ludzi i wprowadzić tam taki burdel pojęciowy, że się nie pozbierają. Ja to zjawisko obserwuję już od pewnego czasu, kiedy próbuje się wszelkie próby odbudowywania po prostu wspólnoty narodowej, współodpowiedzialności i pragnienia służenia Ojczyźnie, wykrzywiać i mieszać z błotem jako socjalizm. Socjalizmem stało się wręcz wszystko, co nie jest ryżym liberalizmem. Emerytury to socjalizm, służba zdrowia dla biednych to socjalizm, zasiłki dla inwalidów to socjalizm. Tylko sypanie szuflą szmalu w d.. ubeckiej oligarchii to nie jest socjalizm. Nie zauważa Pan zapewne korelacji pomiędzy atakami na socjalizm rzeczywisty lub urojony, a poczynaniami takich tuzów biznesu jak Kulczyk, ale jak to widzę od 12 lat co najmniej. Gdy trzeba było coś przeforsować, sprywatyzować, przekręcić jakiś KGHM lub inne TPSA, zlikwidować ustawy kominowe, zlikwidować przywileje emerytalnych, pracownicze, podnieść składkę do ZUS, podatki lokalne, VAT, podpisać umowy gazowe z Rosją, to nagle fora zaczynały roić się od ultra liberałów wyzywających wszystkich innych od socjalistów i PRL-u. To trwało latami. Był czas zapisać wnioski. Ja po prostu śledzę ten wykwit liberalizmu w Internecie od samego początku i dlatego widzę korelacje i zależności. Kiedyś w podobnym stylu jazgotał słynny Matka Kurka, aż musiałem mu spuszczać manto na Onecie. Ten jego nick, to jest wyrażenie protestu przeciwko wszelkiej działalności Ojca Rydzyka, jakby ktoś dotąd nie wiedział.
Anonymous
Chodzi mi o odróżnienie kolektywizmu od współpracy. Kolektywizm jest formą współpracy niszczącej indywidualizm. Wojsko, policja, służby ratownicze muszą mieć wyćwiczone stereotypy i ustaloną hierarchię aby sprawnie działać w sytuacji kryzysowej/bojowej, a nie zastanawiać się. To są odruchowe działań indywidualne, jak i odruchy współpracy. Indywidualizm jest niezbędny, aby przeciąć węzeł mieczem a nie stanąć z rozłożonymi rękami bo instrukcja się skończyła, albo lecieć wg poleceń wieży bez nadziei, że dotrze się do lotniska. Do Bene Gesserit nawiązałem w konkretnym kontekście, dotyczącym charyzmy i szóstego zmysłu. To już wybitnie indywidualne cechy wymagające odpowiedzialności, ale stanowiące również ciężar. Nie każdy, i nie zawsze, potrafi je wykorzystać dla dobra. Indywidualizmy Czyngiz Chana i Karola Wielkiego różniły się tak jak owoce ich czynów. Nie pamiętam już szczegółów dalszych tomów Diuny, dziękuję więc za przypomnienie metody podboju przez narzucenie wrogowi reguł postępowania. To bardzo istotne, bo właśnie w ten sposób oceniam obecną próbę odrodzenia Polski i dlatego uważam ją za chybioną, bo realizującą cele wrogie naszej cywilizacji. Oceniam jako program polskości z wirusem socjalizmu. Kolektywizm jest jednym z przejawów.
Dark Regis
Hierarchia ustaliła się sama, bo utworzyli ją ludzie, którzy zostali przyuczeni do kolektywnego działania. Zrobili to odruchowo i bezmyślnie, czyli zgodnie z założeniami. Gdyby to byli indywidualiści, to spory o priorytety i przywództwo trwałyby tak długo, aż ostatni z poszkodowanych wyzionąłby ducha. Dlatego właśnie w wojsku uczy się działania zespołowego, a nie zadawania durnych pytań. Co do Bene Gesserit, Bene Tleilax i innych zakonów z Diuny, to ich siła pochodziła właśnie z kolektywnego współdziałania, jak każdego innego zakonu z planety Ziemia. Od etapu przyuczania, do realizacji konkretnych zadań rozpisanych na role. Dopiero w ostatnim szóstym tomie Diuny reguły te zostały podważone przez Matkę Wielebną Darwi Odrade. Zdarzyła się bowiem sytuacja, która prostą droga prowadziła do unicestwienia zakonu. Z Rozproszenia powróciły Dostojne Matrony i niszcząc planetę za planetą zagroziły funkcjonowaniu całego Imperium. W ich działaniu można dopatrywać się metod bolszewików, jednak to nie był kolektywizm, ale skrajnie wypaczony indywidualizm. Ciekawostką jest to, że wymyślony przez Odrade sposób pokonania wroga polega na połączeniu się z nim i narzuceniu mu tą drogą własnych zmodyfikowanych reguł postępowania. Na kluczową planetę Węzeł, gdzie Matrony utworzyły swój sztab, symuluje inwazję baszar Miles Teg (klon jednego z najlepszych dowódców z przeszłości) przy pomocy klona Duncana Idaho (znanego z pierwszej części). Przekabacona przez Odrade jedna z Wielebnych Matron, Murbella, usuwa figlującą z futarami przywódczynię dzikiego stada i ogłasza się jej następczynią. Następuje tryumf kolektywnego współdziałania nad zindywidualizowaną do granic psychopatii dziczą z Rozproszenia.
Dark Regis
Obawiam się, że przed wojną było jeszcze więcej alergików na kolektywizm niż obecnie. Szczególnie ostra alergia dopadała przeciwników budowania COP, portu w Gdyni i rozbudowy sieci kolejowej. Toż to były obrzydliwe wypryski polskiego kolektywizmu na dziewiczych puszczach, utrzymywanych w pierwotnym stanie wzmożonym wysiłkiem dzielnie dbających o ekologię zaborców. Pewna nacja posunęła się nawet do tego, żeby w trybie przyspieszonym działając kolektywnie zamienić polski obrzydliwy kolektywizm, na jedynie słuszny radziecki. Próbowali aż trzy razy. Polski kolektywizm przyczynił się wydatnie do zwiększenia liczby ofiar bratniej pomocy w 1939 roku, bo jakieś kolektywne oszołomy kupiły kolektywnie zbyt wiele sztuk broni i amunicji dla biednej armii polskiej. A można było wszystko oddać po dobroci, prawda? Druga nacja kolektywizm zrozumiała w odmienny sposób; przy użyciu pił i siekier wyrąbywała sobie kolektywnie drogę przez Rzeszów do Krakowa. Wszyscy wiemy, do czego doprowadził zinstytucjonalizowany kolektywizm niemiecki i jak stawał im w gardle ten wredny polski kolektywizm Państwa Podziemnego, który burzył naturalną harmonię pierwszej kolektywnej Unii Europejskiej. Dlatego kolektywizm polski należy zniszczyć na pniu i wypalić żelazem, żeby wszyscy byli już tylko liberałami oraz indywidualistami, siedzieli w swoich gettach i liczyli Geld, a wtedy nie będzie już nigdy kolektywnego machania szabelkami, ani konieczności krwawej walki z przebrzydłą odmiana kolektywizmu polskiego. Nie będzie trzeba przelewać krwi, wystarczy tylko tupnąć nogą na jakiegoś kacyka typu Tusk. Wreszcie nie będzie Polski, ale przecież to nie jest jakiś ważny problem dla innych kolektywizmów, nieprawdaż? :)
elefants
Zawsze myślałem że,tylko ja mam alergie na wszystko co kolektywne :) Pozdrawiam.
Witam Panią Myślę że to poczucie niższości, które jest na tyle przykre u ludzi nawykłych do zupełnie innego traktowania rodzi w nich mus przeciwdziałania, który nie mając szans na sukces na poziomie faktów szuka ujścia na poziomie opinii [plotki, insynuacje, stronnicze opinie, niepełne/niedokładne opisy sytuacyjne, interpretacje ocierające się o błąd, uśmieszki i niedomówienia]. A kolektyw - cóż, kolektyw zawsze na tle jednostki wybitnej będzie wyglądał blado, jak średnia na tle ekstremum. A skoro z definicji kolektyw NAJBARDZIEJ się nadaje ZAWSZE - tym gorzej dla jednostki. I w jednym i w drugim przypadku mamy do czynienia z totalitarnym podejściem do prawdy. Zwykle gdy oczekiwania niezgodne są z faktami - modyfikujemy oczekiwania. W totalitaryzmie - odwrotnie. Modyfikowane są fakty, i rodzi się groźna fikcja. Pozdrawiam
Anonymous
Nie brak i dzisiaj pochwał kolektywizmu, bo w tłumie wielu ludzi czuje się bezpiecznie, wygodnie, zwolnionych z brzemienia odpowiedzialności. Wygodną wymówką jest powoływanie się na skuteczność współpracy zbiorowej. Jednak wartość współpracy nie wynika z kolektywizmu a indywidualizmu osób ze sobą współpracujących. O ile nie jest to oczywiste w zwykłych sytuacjach, gdy ludzie kierując się standardami i hierarchiami osiągają satysfakcjonujący efekt, to w sytuacjach krytycznych udział indywidualizmu łatwo dostrzec. Jak chociażby w sytuacji opisanej przez Panią, gdzie hierarchia została ustalona ad hoc ku zaskoczeniu osoby kierującej akcją. I nie wydarzyłoby się to gdyby nie indywidualizm wszystkich osób zaangażowanych w akcję, zdolnych do stosownej reakcji. Chyba, że to coś, jak w powieści Diuna, w której występowały Bene Gesserit. Podejrzewam nawet, że Pani może być Prawdomówczynią.
Do wpisu: jak się nie ma co się lubi
Data Autor
rolnik z mazur Waldek Bargłowski
Szkoła jest  dobra jakością  nauczycieli, którzy  w niej pracują. Z tym nie jest dobrze ( jest fatalnie) i zmiana organizacji niewiele pomoże. Tresowanie uczniów na testowe zdawanie egzaminów to kolejny pomysł, który ze zdobywaniem wiedzy nie ma nic wspólnego. Krótko - ponowna zmiana organizacji to pudrowanie liszajów - a może za kilka lat będziemy wracać znowu do gimnazjów i tak w kółko Macieju.  Pozdrawiam ro z m.
Oglądając w piątek ślubowanie składane na Kapitolu przez prezydenta Donalda Trampa zobaczyłem w jednej z relacji Pani córkę (jaka Ona jest podobna do Ojca ze zdjęć) i pomyślałem sobie, że w jakiś cudowny sposób historia zatoczyła krąg. Aż zazdrość (pozytywna - zachwyt) nad jakością elit USA. A może to tylko tak dobrze widać z oddali? Lecz do czego zmierzam, sam będąc ojcem 5 córek. dzieci powinny być chowane co najmniej w trójkącie: szkoła dom kościół, lub czworo czy pięciokącie (+ instrument muzyczny, sport, konie, chór etc). Gimnazja w mojej ocenie zaburzały możliwość ustawienia tych wielokątów tak by dobrze chroniły dzieci. Z drugiej strony, potrafimy sobie wyobrazić edukację w najróżniejszych warunkach, więc nie rozumiem tego biadolenia, że coś w końcu idzie normalnie. Gdzie "siłaczki" i misyjność zawodu nauczyciela, ech. Pozostaje tylko "robić swoje" i być "normalnym rodzicem" (ps. nie krytykować szkoły przy dzieciach, nikt nie zbuduje swojego autorytetu niszcząc inny). Cieszę się że odnalazłem Pani bloga. Jestem pełen uznania dla Pani i Pani śp. męża. Temat edukacji jest niemal równoległy z tematyką uczciwości elit. Bo nowe elity będą takie "jakie młodzieży chowanie". Najpierw trzeba poprawić szkoły potem możemy wymagać od elit.
Mind Service
Tak się dziś naucza, takie są światowe trendy: forbes.pl A jak widzę, polscy nauczyciele są sto lat za Murzynami...
Izabela Brodacka Falzmann
Sprawdzian szóstoklasisty nie ma znaczenia jeżeli dziecko idzie do gimnazjum prywatnego. Egzamin gimnazjalny nie ma znaczenia jeżeli dziecko idzie do prywatnego liceum. Tych patologii nie widzimy jeżeli nie chcemy widzieć. W okresie transformacji ustrojowej uważano, że bon oświatowy pobudzi oświatę prywatną, prywatne szkoły tak jak na zachodzie będą lepsze od tych publicznych, darmowych, konkurencja i niewidzialna ręka rynku sprawią, że złe szkoły upadną, a dobre będą kwitły, przejmą budynki tych złych i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. Faktycznie powstały prywatne szkoły, te przysłowiowe " szkoły tańca i różańca" ale pojawił się paradoks.Młodzież zamożna korzysta na ogół z oświaty publicznej, bezpłatnej i lepszej bo rodziców stać na inwestowanie w korepetycje, kursy przygotowawcze i inne działania nieformalne, o których nie chcę pisać bo trudno tu o dane statystyczne. Młodzież niezamożna korzysta częściej z uczelni płatnych, które są zresztą gorsze od tych publicznych. Czyli za swoje pieniądze młodzież niezamożna kupuje sobie oświatę na niższym poziomie, a czasami wprost dosłownie dyplom. To dotyczy wyższych uczelni. Prywatne szkoły licealne poza szkołami " naszych dzieciaków" jak Bednarska czy Przymierze Rodzin najczęściej są ostatnią deską ratunku dla młodzieży, która z różnych przyczyn nie mieści się w systemie oświatowym. Rodzice płacą za święty spokój, bo dużo szkół publicznych to szkoły opresyjne. Jeżeli połowa klasy ma na przykład pały na pierwszy semestr to nauczyciel najdelikatniej mówiąc nie zna rozkładu Gaussa. Bardzo dobre szkoły publiczne uczą i wymagają. Jak na przykład Staszic w Warszawie. Dobre szkoły przede wszystkim wymagają i mają liczące się, prestiżowe logo. Rodzice wpychają dzieci do tych szkół wiedząc, że będą uczone na korepetycjach. Podobnie jak przy łapówkach trudno tu o statystyki, bo nie wszyscy chętnie się przyznają do tej strategii i ciemna liczba tych sytuacji jest duża. Ale to temat na osobny tekst.  
Anonymous
Przepraszam, że nie użyłem emotikonu nawiązując do stóp. Może nie wyciągałaby Pani wniosków o plątaniu w sytuacji gdy przytakuję. Duża stopu zwrotu jest z zarabiania na budowie i remoncie szkół i szpitali, i innych usług im świadczonych poza uczeniem i leczeniem. Nie jest tajemnicą dlaczego. Proszę się zdecydować czy pieniądze idą za uczniem i przypada na niego kwota zawierająca koszty nieruchomości, podręczników, dojazdów itp. i rodzic je wydaje, czy też pieniądz idzie za szkołą, jak wynika z podanych przez Panią informacji. Jakie rodzice mają prawo wyboru skoro większość szkół jest państwowych a nauczycieli nie stać na inwestycje. Mogą wybierać jak między Saturnem a Media Markt. I skąd mieliby nauczyciele mieć kapitał finansowy skoro uważają za prawdę objawioną, że edukacja i szkoła nie mają na celu przynoszenie zysku w sensie pieniędzy. Czyżby nie dostawała Pani pensji? A może uważa Pani, że nauczyciel winien zarabiać tylko na koszty własne? Może lepiej od razu wypłacać pensje w kartkach na żywność i sznurowadła a głowy nie zawracać nauczycielom takimi przyziemnymi sprawami. Niech się skupią na propagandzie. Duży uśmiech się należy.
Nie żartuję. Od dłuższego czasu proszę o liczby, bo sformułowała Pani kategoryczne ogólne stwierdzenia na temat gimnazjów i nauczania domowego ale żadnych podstaw poza anegdotami o patologii tego systemu nie zobaczyłam. Pani twierdzenia podważa jeszcze jedna sprawa. Gimnazja funkcjonują od kilkunastu lat. Uczniowie korzystający z nauczania domowego nie są (nie byli) zwolnieni ze sprawdzianu szóstoklasisty ani z egzaminu gimnazjalnego. Naprawdę sądzi Pani, że przy istnieniu zewnętrznej weryfikacji wyników nauczania, masowe niskie wyniki dzieci, które zdawały coroczne egzaminy klasyfikacyjne na szóstkę, komukolwiek by umknęły? Proszę nie żartować, każdej sesji towarzyszy stos analiz, badane są powiązania między wynikami a wiekiem, płcią, dysleksją i wszelkimi innymi zmiennymi. Naprawdę, proszę sobie ze mnie nie żartować.
"Trzeba było..." Cos się Panu plącze. Ja nie narzekam, że choć chciałabym to nie mogę, tylko objaśniam mechanizm stojący za małą popularnością szkół prywatnych jako przedsięwzięcia biznesowego. Proszę nie szukać sobie dodatkowych powodów, naprawdę nie warto. Szkoły prywatne też dostają dotację na ucznia. Też dostają symboliczne koszty najmu i dotacje do remontów - zwłaszcza te stowarzyszeniowe. Dostają grunt od organu prowadzącego albo wręcz OP szkołę buduje i oddaje w prywatne ręce. I podręczniki za darmo, jak każda inna szkoła, bo to jest zapisane w ustawie. Pieniądze idą za UCZNIEM a nie za szkołą, nauczycielem (?!), nieruchomością czy gimbusem. Rodzice MAJĄ prawo wyboru a szkoły równe szanse konkurowania o ucznia. I często szkoły prywatne tę konkurencję przegrywają, niekoniecznie z powodu kosztów, bo istnieją, o czym być może Pan nie wie, bezpłatne szkoły prywatne. Zwykle przegrywają z powodu rotacji kadry, niskich wymagań i słabych wyników uczniów a przynajmniej takie uzasadnienia powrotu do szkoły publicznej słyszałam. I to nie jest kwestia zastałych stosunków własnościowych. Po prostu edukacja i szkoła to nie są przedsiębiorstwa, których celem jest przynoszenie zysku w znaczeniu pieniędzy. Najszacowniejsze placówki prywatne na świecie utrzymują się z kombinacji dotacji, czesnego, grantów i darowizn a nie wypracowują zysk dla spółki, jak fabryka sznurowadeł. Pora się z tym pogodzić. :)
Izabela Brodacka Falzmann
Mnie też niepokoi ograniczanie nauczania domowego. Przede wszystkim dlatego, że istnieją ludzie bardzo wybitni, którym nie jest potrzebny żaden nauczyciel, a w szkole tracą tylko czas. Oprócz tego są dzieci, które źle czują się wśród rówieśników, choćby z racji widocznego inwalidztwa czy mankamentów urody na przykład otyłości. Poprawność polityczna nakazuje im udawać, że wszystko jest w porządku i bohatersko walczyć o miejsce w społeczności uczniowskiej ale wiemy jak okrutne potrafią być dzieci. Nauczyciele nie są w stanie przeciwdziałać wszelkim przejawom dyskryminacji. Jeżeli zmusimy dzieci do chodzenia w mundurkach rewia mody będzie ww szatni przed WF. Nie można zakazać chodzenia w firmowych butach, używania drogiego telefonu czy laptopa na przerwie. Może to nie jest rozsądne ale wielu rodziców woli przeczekać okres najbardziej agresywnej walki młodzieży o miejsce w grupie. Uważają, że dziecko okrzepnie w domu i wśród ludzi dorosłych będzie mu łatwiej.
Pani Izabelo, Jako pierwsza ofiara reformy premiera Buzka, nowego systemu i "nowej matury" wiem jedno: gimnazjum powinno trafić na śmietnik historii. Ale... czy droga obrana przez rząd jest słuszna? Kiedy wchodziła poprzednia reforma byłem w VI klasie SP i zaraz potem, nieoczekiwanie zostałem "wrzucony" do gimnazjum. Tak więc przez 6 lat chodziłem do 8-klasowej SP i zamiast pozostałych mi do jej ukończenia dwóch lat zaserwowano mi 3 lata gimnazjum. Obecnie rząd robi to samo - tyle, że w drugą stronę. Aby reforma została przeprowadzona dobrze, musi zacząć się od początku, od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Ewentualnie od klasy IV, kiedy uczniowie kończą tzw. nauczanie początkowe. I taki kierunek powinien przyjąć rząd. Do tego niepokojące są próby ograniczenia nauczania domowego "przy okazji" wprowadzania nowej ustawy. Przykład: ograniczenie wyboru szkoły prowadzącej dziecko do województwa, czyli stworzenie niejako wojewódzkich gett. Czy to ma być dobra zmiana?... Pozdrawiam serdecznie.
Anonymous
Nigdzie nie ma miodów. Trzeba się było uczyć fachu co ma lepsze stopy zwrotu, a nie na nauczyciela albo doktora. Przede wszystkim ta niska opłacalność wynika z dodatkowych źródeł finansowania konkurencji, jak np. symboliczny koszt czynszu najmu, dotacje do remontów i wyposażenia, kosztu dojazdów, podręczników. I to wszystko z podatków. Jeżeli nie liczy się tych wszystkich kosztów, to jak możemy policzyć ile kosztuje nauka jednego ucznia? Na koniec rodzice i tak jeszcze dopłacają. Dlatego twierdzę, że uczniowie powinni mieć równe szanse, a zatem na poziomie jednej klasy równe dotacje. Pieniądz powinien iść za uczniem a nie za szkołą albo nauczycielem, albo nieruchomością czy gimbusem. Rodzice zasługują na prawo wyboru czy, i ile, chcą dopłacić, a szkoły winny mieć równe szanse konkurowania o ucznia. Nauczycieli rzeczywiście nie stać aby z dnia na dzień otworzyć dużą szkołę. Podobnie lekarzy nie stać aby od jutra otworzyć własny szpital we własnym budynku - lata rozpanoszenia państwa w naszych dziedzinach zrobiły swoje. Potrzeba pokolenia na zmianę zastałych stosunków własnościowych. Dobrze, jeżeli nauczycielom sprzyjają stowarzyszenia rodziców.
Izabela Brodacka Falzmann
Proszę nie żartować. Z edukacją domową jest dokładnie tak jak z wyższymi uczelniami. Jeżeli są osoby, które chcą kupić papierek zwany dyplomem i są osoby, które chcą zarobić wykładając gotowanie na gazie na poziomie akademickim, zawsze znajdzie się uczelnia która taką usługę zapewni. To  samo dotyczy edukacji domowej. Znam przypadki rodziców, którzy jeżdżą z dziećmi do innego miasta na egzaminy, z których dzieci otrzymują same piątki i szóstki. Są dobrze sytuowani tylko nie lubią szkoły jako takiej. Żaden organ im w tym nie przeszkadza. Szkoły tez się godzą bo za egzaminy płynie kasa. A że rodzice negocjują oceny? Cóż , prawo popytu i podaży.W razie odmowy znajdą sobie inną szkołę. Czy to dobre dla dzieci to inna sprawa. Zauważmy jednak, że wybitni ludzie uczyli się w arystokratycznych domach wyłącznie w domu i niczego im intelektualnie potem nie brakowało. Wiele przypadków zwolnienia z obowiązku szkolnego znam z autopsji. Przecież nie będę na tych ludzi donosić. Dzieci z wysoko położonych przysiółków w Ochotnicy takich jak Tworogi,wykazują i tak hart ducha schodząc codziennie przeszło godzinę do szkoły do Ochotnicy Dolnej  i wracając pod górę. Jeżeli wybierają dalszą edukację muszą mieszkać na stancji. Dojście do szosy i potem podróż do Nowego Targu czy Szczawnicy i powrót zajmowałoby im większość dnia.
Otwierają, choć niekoniecznie nauczyciele. Szkoła jest potężną inwestycją o bardzo słabej stopie zwrotu, niby z czego nauczyciel ma uzbierać na wykup gruntu, postawienie i wyposażenie szkoły, zatrudnienie kadry, ze swojej pensji? Szkoły prywatne powstają najczęściej z samoorganizacji rodziców, którzy zakładają stowarzyszenie, gromadzą środki, otrzymują od gminy budynek za symboliczną złotówkę. Radzą sobie bardzo różnie. I mimo bezrobocia mają wieczne problemy z utrzymaniem kadry. W efekcie z utrzymaniem poziomu szkoły, więc i naborem. Dlaczego zatem nie otwierają się nowe, skoro to taki gotowy grosz? Bo na rynku finansowym są o wiele atrakcyjniejsze możliwości inwestycji, z o wiele wyższą stopą zwrotu. I tyle, tak właśnie działa wolny rynek, że pieniądze robi się tam, gdzie się mnożą najszybciej.
Wiem, czym jest edukacja domowa i wiem, czym jest nauczanie indywidualne. Co gorsza, wiem w jaki sposób oraz w jakich wypadkach otrzymuje się nauczanie indywidualne i nie, dostatecznym ku temu powodem nie jest niechęć rodziców do podróży dziecka do Nowego Targu. Trudna sytuacja rodzinna też nie ma na to wpływu. Proszę nie tworzyć nieistniejący bytów, bo organy prowadzące wyjątkowo ściśle pilnują przestrzegania przepisów - ze względu na dodatkowe koszty, jakie muszą przez to ponosić. Przy edukacji domowej rodzic nie tylko musi udowodnić, że będzie w stanie zapewnić dziecku naukę, dziecko zdaje coroczne egzaminy, których wyniki decydują, czy edukacja domowa jest kontynuowana. Pada zatem mit o 'wysyłaniu w pole'. A teraz proszę mnie nie odsyłać do ministerstwa, tylko przedstawić te dane, na których opiera Pani swoje twierdzenia. Mogą być wyłącznie z Suwalszczyzny lub Podhala. A najlepiej z podziałem na podstawówkę i gimnazjum,bo porównanie tych dwóch liczb może Panią zaskoczyć.
wielkopolskizdzichu
Nie będzie proszę Pani, szkół 8 klasowych na wsi. Taki projekt finansowo jest nie do zrealizowania. Co najwyżej jedna, dwie szkoły w gminie. Raczej powstaną oddziały dla klas 1-4 gęściej rozrzucone i centralne gminne dla 5-8. Bez dojazdów się tego nie uda rozwiązać. W krajach znacznie bogatszych też tak jest. Jeśli nałoży Pani swoje wyobrażenia, na projekty Partii, finansowania zadań samorządów, przy jednoczesnym zabieraniu im dochodów, dojdzie Pani sama do wniosku o niemożności realizacji zbożnych celów. Przyczyna projektu zabierania pieniędzy jest dość jasna - polityczna, wybawieniem dla samorządu możne będzie postawienie pomniczka ku czci Brata Prezesa. Wtedy fundusze się znajdą.
Anonymous
Nie spodziewam się, że aż panaceum. Może trochę działać jak olej rycynowy.
Do wpisu: Pudrowanie gangreny
Data Autor
Dokładnie tak pani Izabelo!
Rodzice narzekają, że dzieci za dużo nad książkami siedzą,że materiał szkolny przeładowany ,,biedne dzieci,, ale te same dzieci mogą siedzieć godzinami przed komputerem i grać.Zawsze odpowiadam ,,zatroskanym,, rodzicom,że skoro dzieci mogą godzinami wytrzymać przed komputerem,to tak samo mogą wytrzymać nad książkami.Serdecznie panią pozdrawiam!