|
|
Izabela Brodacka Falzmann Argument, że transplantologia zejdzie do szarej strefy mnie nie przekonuje. Można powiedzieć, że bogaty i tak kupi sobie korzystny wyrok w sądzie ale to nie oznacza, że rezygnujemy z oczekiwania od sądów sprawiedliwości.Podobnie od lekarza oczekujemy leczenia a nie oceny do czego nadajemy się jako zbiór przydatnych innym tkanek.Argument, że jakieś dziecko czeka na serduszko od mego dziecka jest dla mnie wyjątkowo nie przekonujący, wręcz odrażający. Dlatego nakazałam młodym zastrzec brak zgody na pobranie narządów. Nakłada się na to brak zaufania do służby zdrowia i absurd proceduralnego podejścia do leczenia. Podobno ostatnia epidemia schizofrenii związana jest z refundacją rispoleptu (używanego w zwykłej dwubiegunówce) tylko dla schizofreników. Lekarz chcąc ulżyć finansowo pacjentowi zmuszony jest fałszować jego kartę. A kiedy zmarło dziecko nie przyjęte do szpitala ordynator tłumaczył się, że zmarło zgodnie z procedurą. Słyszałam to na własne uszy w TV. Trudno o lepszą ilustrację szaleństwa podejścia proceduralnego do człowieka i jego leczenia. Podobnie dochowanie procedur w kwalifikowaniu pacjentów do rozbiórki na części zamienne nie przekonuje mnie. Znam przypadek anestezjologa która wycofała się z pracy w szpitalu gdyż nie chciała uczestniczyć w tym co uważała za głęboko niemoralne i wręcz przerażające. Mówię o procedurach kwalifikacyjnych nastawionych na sukces transplantologiczny. |
|
|
Anonymous To nie jest kwestia alternatywy między transplantologią a homeopatią. Brakuje alternatywy dla przymusu ubezpieczeń. Większość problemów jest pochodną tego finansowego uzależnienia. Brakuje weryfikacji potrzeb przez pacjentów. To nie zastąpi etyki, ale chroni przed brakiem etyki w handlowaniu medycyną. M.in. przed graniem na emocjach by podbić stawkę wydatków z budżetu. |
|
|
nonparel Witam
Odnośnie opinii profesora Wolniewicza: porównuje on użycie tkanki jednego człowieka dla ratowania drugiego (a kryteria te spełnia transfuzja krwi) do kanibalizmu. Podchodząc do zagadnienia fundamentalistycznie nie można odmówić mu pewnej racji. Dawca prawie nigdy nie ponosi szkody z tytułu oddania krwi a może uratować życie innego człowieka. Osoba, która zginęła w Andach w katastrofie lotniczej i została skonsumowana przez tych, co przeżyli również, co prawda bezwolnie i nieświadomie, ratuje po śmierci życie innych. Jednak różnica w społecznej akceptacji przetoczenia krwi i kanibalizmu jest ogromna, co wynika ze względów kulturowych - racjonalnych czy nie - którym musimy się podporządkować.
Odnośnie przeszczepów: kryteria stwierdzenia śmierci mózgowej są dobrze określone. Ostatnia zmiana (potrzeba opinii dwóch a nie trzech lekarzy określonej specjalizacji) raczej nic tu nie zmienia. Oczywiście pod warunkiem rzetelnego przeprowadzenia koniecznych procedur. Nieco inna sprawa jest z nieodwracalnym zatrzymaniem krążenia. Tutaj czasu jest mało, większa możliwość popełnienia błędu.
Jednak proszę wytłumaczyć czekającym na przeszczep serca czy płuc, że przeszczepów nie będzie, gdyż zawsze istnieje możliwość popełnienia błędu przy kwalifikacji dawcy do albo transplantacja jest niezgodna z porządkiem natury. Nie tędy droga. Transplantologia zejdzie do czarnej strefy a bogaty pacjent kupi sobie dawcę (co już się niestety zdarza).
Ja to widzę w szerszym aspekcie: generalnej utraty zaufania do medycyny w społeczeństwie. I nie bez powodów.
- Medycyna staje się medycyną procedur. Jest wiele sytuacji, że trzeba czekać aż choroba się rozwinie albo pojawią się powikłania, żeby leczenie było refundowane, chociaż jest już mniej skuteczne niż we wcześniejszej fazie, ale chodzi jak zwykle o kasę. Gołym okiem widać, że diagnostyka oraz terapia odbywa się coraz bardziej pod dyktando firm a względy finansowe są decydujące.
- Zaufanie do służby zdrowia podkopują takie wydarzenia, jak np. historia z Thalidomidem łódzka afera z Pavulonem, informacje o pielęgniarzach uśmiercających masowo pacjentów et caetera et caetera.
I z tego powodu również transplantacje czy szczepienia są na cenzurowanym. I trochę racji w tym jest. Ale nie wolno wylewać dziecka z kąpielą. Są szczepienia mniej lub bardziej uzasadnione. Przeszczepy ratują życie ale każdą niestaranność czy niesolidność w kwalifikacji dawców należy tępić jak zarazę. Patrzmy uważnie na ręce tym w białych fartuchach, ale rąk tych nie wiążmy. Bo co w zamian - już można zobaczyć - akupunktura, chińska medycyna, homeopatia, g.. warte leki przeciwnowotworowe kupowane za ciężką kasę, badanie grubej kropli krwi, stymulatory energii, opaski jonowe i inne badziewia sprzedawane telefonicznie emerytom...
Tego chcecie? Bo ja nie.
Pozdrawiam
nonparel
|
|
|
Izabela Brodacka Falzmann Znam przypadek młodego człowieka, który postanowił " coś z sobą zrobić" i zaczął trenować forsowne biegi. Po drugim treningu stracił przytomność- nerki odmówiły posłuszeństwa. Okazało się, że są wielkości fasoli.. Nikt tego nie zauważył bo był zdrowy i nie miał nigdy robionego USG. Chłopak ma teraz 3 razy w tygodniu dializę i czeka na przeszczep od obcego dawcy. Tkanki rodziny nie kwalifikowały się do przeszczepu.To mój uczeń, nie odezwałam się ani słowem gdy mówił mi o perypetiach z dawcami. Bywał już wzywany do szpitala ale coś poszło nie tak i musiał wracać do domu bez nerki. Nie mam prawa z nim rozmawiać na te trudne tematy, to kwestia jego sumienia i wrażliwości. |
|
|
Anonymous Nie mam przekonania, a nawet czuję wewnętrzny opór przed transplantologią, agresywną onkologią, a także przed fundacjami budzik. Życie doczesne jest jedno i skoro jest życie po życiu, to po co walczyć z nieuchronnością. Błysk kosy wiele jednak zmienia. Jeszcze bardziej gdy nieuchronność zbliża się do bliskich. Również lekarzom zdarza się walczyć o życie pacjenta zbyt uporczywie, nie tylko młodym. To wielka sztuka wiedzieć kiedy przestać.
Dodatkowy aspekt jest finansowy. Wiąże się z obietnicą wszystkiego dla wszystkich. Ta ułuda kosztuje. Gdy jest finansowana z budżetu nie przestaje być kosztem prywatnym (liczonym w składkach), a jednocześnie staje się zbyt poważnym zarobkiem, by pozostawić go w rękach indywidualnych lekarzy, aptekarzy i firm dostarczających sprzęt medyczny. Efekt skali dzięki przymusowi ubezpieczeń nie pozostawia finansistom innej drogi niż kreowanie popytu. Zwłaszcza, że na finansowanie popytu można udzielić państwu kredyt. W ten sposób zwykły śmiertelnik płaci na postęp medycyny, na dostępność do świadczeń unikatowych i redukuje ich koszty najbogatszym. Ponosi jeszcze takie koszty jak podporządkowanie się standaryzacji procedur. A to z przynajmniej dwóch powodów. Dla wygody obsługi administracyjno-finansowej. Dla powtarzalności badań. Zmierzam do tego, że dzięki masowym badaniom klinicznym na pacjentach w ramach powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych postęp medycyny pozwala lepiej leczyć najbogatszych, którzy na tym zarabiają po kilka razy. Trudno dziwić się motywacji tego lobby.
Odnośnie argumentu o pochopnym rozpoznawaniu śmierci dodam, że raz tylko mi się zdarzyło coś podobnego. Będąc młodym lekarzem, w czasach gdy się stażowało, a nie rezydowało, opiekowałem się pacjentem, który był dla mnie "dziadkiem W". Pamiętam do dzisiaj jego zdjęcie w dowodzie osobistym. Był na tym zdjęciu postawnym mężczyzną. Z trudem dostrzegałem podobieństwo. Dowód trafił do moich rąk gdy przyszedł czas na wypisanie karty zgonu. Chwilę wcześniej od pielęgniarek dowiedziałem się, że dziadek W. zmarł drugi raz. No cóż, lekarz prowadzący dowiedział się ostatni. Dopiero wtedy przypomniałem sobie wymianę karty gorączkowej. Dałem wiarę wytłumaczeniu, że karta gorączkowa się poplamiła, czy pomięła. W rzeczywistości na dyżurze stwierdzono zgon, na karcie wpisano datę i godzinę, postawiono pieczątkę, pielęgniarka poszła po wózek. Gdy wróciła niemal sama nie wyzionęła ducha widząc "zmarłego" siedzącego na brzegu łóżka. Podobno krzyczała dość głośno. Kilka dni później ledwie tlące się życie uszło. "Dziadek W" miał ciężką mocznicę. Oprócz zdjęcia i historii o wadze stwierdzania zgonu pozostawił w mojej pamięci dźwięk tarcia osierdziowego i opłucnowego. |
|
|
Izabela Brodacka Falzmann Szanowny Panie proszę znaleźć w sieci hasło OP Norkowski. Serdecznie pozdrawiam. |
|
|
gorylisko Szanowna Pani
dziękuję za ten wpis...ale ja wymiękam... niech nas Ręka Boska broni... za to co uczyniliśmy dawcom...
Ojcze nasz... i nie wódź nas na oddział transplantologii...
i zbaw nas od gwałtownej potrzeby przeszczepu...
|
|
|
Izabela Brodacka Falzmann Dzielenie się narządami ma sens w przypadku narządów parzystych albo takich z których bez uśmiercenia dawcy można pobrać część. na przykład płat wątroby. Sens ma również dzielenie się szpikiem kostnym. jego niewielka ilość może uratować życie chorego na białaczkę. Reszta to morderczy przemysł, gdzie człowiek jest przedmiotem handlu. Pozdrawiam serdecznie. |
|
|
rolnik z mazur Waldek Bargłowski To wszystko jest takie proste. |
|
|
Izabela Brodacka Falzmann To nie fikcja, praktyka sznurka z dzwoneczkiem była znana również w Anglii. Chodziło o to , że zdarzały się przypadki otwarcia trumny, której stan wskazywał na walkę o życie pochowanego przez pomyłkę . Wieko trumny było podrapane, zmarły nienaturalnie skręcony. Wtedy troszczono się, żeby przez pomyłkę nie pochować żywego teraz troszczą się żeby nie zmarnować narządów, które mają swoją wymierną cenę.Jeżeli sanitariusze w Łodzi podawali pacjentom pavulon aby uzyskać 300 złotych od przedsiębiorcy pogrzebowego, a lekarz w tym czasie spokojnie palił papierosa widać jak daleko jesteśmy od Anglii XIX wieku. Pozdrawiam serdecznie. |
|
|
Izabela Brodacka Falzmann Ja też serdecznie pozdrawiam. Podczas spotkania jeden z transplantologów powiedział, że każdy z nas kiedyś może potrzebować narządu choćby dla swego dziecka czy wnuka więc nie należy tak się odżegnywać od ich praktyk i standardów. Obecna na sali lekarz z CZD odpowiedziała, że to argument niegodny lekarza.Całkowicie się z nią zgadzam. Do głosu dopuszczono również jakąś kobietę, która płacząc powiedziała, że jej dziecko umarło bo nie było dla niego odpowiedniego serca a modliła się o cud. Czyli modliła się o śmierć innego dziecka w odpowiednim wieku.To wszystko jest bardzo trudne ale widać wyraźnie, że kryterium śmierci mózgowej jest po prostu kryminogenne. |
|
|
spike "Ktoś musi umrzeć żeby żyć mógł ktoś"
Z tym tytułem skojarzył mi się nie tak odległy przypadek.
Najbliższa mi osoba w rodzinie, pewnego dnia doznała zawału serca, a że była sama w domu, pozostali domownicy w pracy, więc wezwanie pomocy raczej trudne, czy niemożliwe, tym bardziej, że traciła przytomność. Tak się złożyło, że jeden z domowników był w tym samym czasie na pogrzebie swego szefa, który mimo, że leczył się na raka, zmarł na zawał serca. Po pogrzebie cała delegacja zakładowa, dostała wolne, więc dzięki temu, po przybyciu do domu, mogła wezwać pogotowie, a sytuacja była już na tyle poważna, że trzeba było przeprowadzić reanimację i to dwukrotnie.
Dzięki temu zbiegowi okoliczności, przypadkowi, który pewien nieżyjący już mnich ze św. Góry Athos nazywał przypadek, jako "drugie imię Boga", ta osoba przeżyła i już ma się całkiem dobrze.
Co do samej notki, dobitnym przykładem, jak to ze śmiercią kliniczną jest, pokazuje nam Fundacja Budzik, mają już na swoim koncie sporo wybudzeń.
Pamiętam historię jednego człowieka, który w śpiączce przeleżał 25 lat, co ciekawe dzięki temu, że z nim rozmawiała podczas odwiedzin cała rodzina, on wszystko o nich wiedział, bez trudu rozpoznał, a międzyczasie doczekał się wnuków, pomyśleć, że mógł pójść pod nóż, jak dawca.
Doczekaliśmy się czasów, gdzie człowiek nie jest podmiotem, a przedmiotem, na którym można się dorobić majątku. Przemysł farmaceutyczny, wszelkie kliniki szpitale, to miesce nie tyle służą człowiekowi, ale by na nim zarabiać, a to doprowadzi nas w końcu na kraj przepaści.
Pzdr. |