|
|
Dark Regis Trzeba jednakowoż uczciwie zauważyć, że ktoś tych od Moczara celowo napuścił, zainstalował w państwie, nadał część władzy i logistycznie wspierał. Czyżby to nie byli Eskimosi? Problemem w Polsce jest właśnie to, że po 70 latach nadal nie możemy tego zbadać. Poszlaki są więc bezlitosne. |
|
|
Dark Regis Chyba niezbyt bezpiecznie byłoby wyłaniać pilotów samolotów pasażerskich za pomocą testu? Poza tym jak sprawdzić wiedze informatyka za pomocą testu, skoro każde praktyczne zastosowanie informatyki wymaga napisania jakiegoś programu lub skryptu długości trzech kilometrów? Jakieś pomysły? Po prostu w dziedzinach, w których istotne jest połączenie bardzo wielu umiejętności i wrodzonych zdolności, jak na przykład ta chirurgia, nie da wyłaniać dobrych kandydatów za pomocą samych szarad werbalnych. Podobnie jak w egzaminach na prawo jazdy musi być jakaś część praktyczna poprzedzona nauką praktyczną. Ponieważ uczelniom wyższym w Polsce nie można wierzyć za grosz, bo są żywotnie i finansowo zainteresowane przemycaniem do struktur państwa tłumów papierowego badziewia (marksistów), więc pozostaje trzecia droga - zabrać małpom brzytwy, czyli scedować proces oceniania przydatności człowieka do stanowiska lub zawodu na maszyny i sztuczną inteligencję. To tak jak z matematyką, sama znajomość twierdzeń nie wystarczy, zaś na dowody niektórych z nich nie wystarczy na egzaminie papieru. Pozostaje jeszcze twórcze myślenie. lotność, odwaga w formułowaniu nowych tez, pokora wobec porażek i pewien rodzaj wrodzonej zdolności do uporządkowanego myślenia i benedyktyńskiej pracy. Tego żadna uczenia nie nauczy, bo to każdy przynosi ze sobą z rodzinnego domu albo czasami w genach. Co by to było, gdyby w ten sposób wyłaniać papierami i pieczątkami "wielkich muzyków", "wielkich malarzy", albo "wielkich wynalazców"? A pozostałych zsyłać do PGR-u na traktory? Przecież to właśnie ludzkość przećwiczyła i GWno jej wyszło ;) Chodzi mi o odblokowanie takiego wolnego rynku w dziedzinie nauczania i nauki w ogóle, żeby ktokolwiek, kto będzie zdolny do nauczenia się mistrzowskiej obsługi instrumentu, co da mu sposobność wyrażenia własnej kreatywności, mógł sam się mianować na "mistrza muzyki" za pomocą instrumentów certyfikacji stworzonych przez państwo, w których woli innego człowieka jest jak na lekarstwo. Czy to utopia? Myślę, że stara maniera stale nas wiedzie w kierunku różnych utopii, czyli wyznaczania ludziom ich miejsca w życiu i w społeczeństwie przez aktywistów partyjnych. To jest gorsza i cuchnącą milionami trupów w dołach w ziemi utopia, niż takie choćby komputerowe egzaminowanie. Zabrać małpom brzytwy, a już będzie mniej szwów do zakładania. Ale władza tego bez nacisku nie zrobi, bo to przeczy jakiejkolwiek pragmatyce sprawowania władzy w light-komunizmie. Dalej będziemy zmuszeni taplać się w marksistowskim sosie, a sprytni panowie z wielkich uczelni z jednej strony będą wyganiać najzdolniejszych pracowników i studentów na banicję, zaś z drugiej pieprzyć o wysokich wymaganiach, widełkach czasowych, koniecznościach powtarzania całych studiów w przypadku wyjazdu na kilka lat za granicę, a potem rozdawać papiery podyplomowego magistra na zjazdach kawowych dla personelu szkół z Pipidów ze sprzątaczkami włącznie. Odruchowo sprawdziłem, kto na PW byłby aż tak hojny. Zgadnie Pan? |
|
|
Kredyt na studia przy zapisie w konstytucji o bezpłatności nauki? Nie, to trzeba inaczej, kilka pomysłów już tutaj na NB sygnalizowałem i powoli moja wersja rozwiązania się krystalizuje.
Raz - skorzystać z zapisu o możliwości odpłatności za niektóre usługi edukacyjne. Przejrzeć co wpada w tę definicję i zaproponować pokrycie ich kosztów przez państwo - pod warunkiem, że student podpisze odpowiednią lojalkę. Dwa - część rzeczy związanych z uzyskaniem zawodu / zdobycia kwalifikacji jest poza zapisem o bezpłatności nauki. Skończyłeś medycynę, teraz pora na LEP (Lekarski Egzamin Państwowy) i specjalizację. I znów - albo płacisz za to sam albo lojalka. |
|
|
Anonymous @ Jabe Nie wiemy ile kosztują studia bo nie ma rynku. Stop - się zagalopowałem. W Krakowie jest już drugi rok medycyny u Frycza-Majchrowskiego.
Nie sądzę aby nie dało się spłacić dyżurami. Ja chyba dawno spłaciłem skoro dodatek za pracę nocną był wyliczany. W procedurach administr. się zgadzało. Wynosił cenę biletu tramwajowego. Może być tylko lepiej. |
|
|
Anonymous @Imć Waszeć. Jestem zdania, że pacjent musi sam dokonać wyboru lekarza również pod względem predyspozycji psychofizycznych. Mogę sobie wyobrazić, że część chirurgów chciałaby pogwiazdorzyć w celach reklamowych i sama zainwestowałaby w taka procedurę. Występy w świetle lamp bezcieniowych to nie to samo ale zawsze...
Nie wiem co na to Losek ale ani gadanie przy operacji nie jest wskazane, ani zakaz rozładowywania stresu dowcipkowaniem lub kurwowaniem. Wprowadzenie rygorów ograniczy dostęp. Np. można wprowadzić tachografy a nawet wprowadzono i nie ma kto dyżurować.
Przypomniał mi się z dawnych lat 70-letni ortopeda, który normalizował sobie ciśnienie terroryzując wszystkich na sali operacyjnej. I przepływy mózgowe funkcjonowały, i zespół funkcjonował. Narzekali ale wiedzieli, że to dobra szkoła. Jest zresztą czas kotów i czas kadry. Póki każdy ma alternatywę jest OK. Obecnie tej alternatywy nie ma. Ani dla kotów ani dla kadry. |
|
|
Jabe Jakie będą musiały być pensje, żeby opłacało się te studia spłacać? |
|
|
Izabela Brodacka Falzmann Młodzi po kosztownych ufundowanych im studiach medycznych wyjeżdżają do Anglii. Braki kadrowe liczone są w tysiące ale nikt nie ośmieli się powrócić do komunistycznego nakazu pracy. To może jak w USA nazwać go kredytem na studia który trzeba spłacić albo odpracować.Jak się zwał tak się zwał. Fundujemy również bezpłatne studia prawnikom, którzy specjalizują się w obdzieraniu nas ze skóry przy każdej okazji. |
|
|
Izabela Brodacka Falzmann Fakt przedtem byli pryszczaci, którzy z naganami uczyli niedobitki przedwojennej profesury zasad marksizmu. Gdy się sami trochę wyedukowali i znudzili marksizmem trzeba było wykonać selekcję w stylu towarzysza Moczara. Brano wtedy do nauki od pługa jak przedtem spośród oficerów politycznych armii zwanej kościuszkowcami.Czy wśród politycznych byli sami Eskimosi nie wiem. Ci od Moczara byli jeszcze gorsi i głupsi. |
|
|
Anonymous @Imć Waszeć. Jest LEP, są egzaminy "europejskie". Nie znam tego tematu. Do testu nie trzeba raczej dużej mocy obliczeniowej. Istotne co się testuje. |
|
|
Anonymous Ma Pani rację. Lekarze się boją. Są straszeni od zawsze. "Za komuny" byli straszeni prokuratorem. Teraz są straszeni przez ekspertów wykładającym jak występują przeciw kolegom, którzy popełnili błąd, błąd domniemany albo się potknęli o procedurę. Na konferencjach lekarskich występują też eksperci praw, którzy potrafią zacząć wykład słowami "Widzę, że towarzystwo się nie boi ale to się zmieni." albo "Ci lekarze, którzy przegrali w sądzie sprawę o odszkodowanie też myśleli, że ich to nie spotka.", albo tylko zasypują casusami jak np. ten:
Do pediatry zgasza się matka z 3-letnim dzieckiem, którego dotąd nie potrafiono wyleczyć. Pediatra przepisuje lek dla dzieci 5-letnich i starszych (wg procedury). Dziecko zdrowieje. Nie występują żadne objawy uboczne. Matka wytacza sprawę o odszkodowanie za narażenie na ryzyko poniesienia utraty zdrowia (prawnicy mogą mnie tu poprawić). Sprawę wygrywa. Sąd zasądza odszkodowanie w wysokości nie tylko nieadekwatnej do zysku z leczenia pacjenta lub miesięcznych zarobków lekarza ale w kwocie rujnującej go finansowo.
Uzasadnieniem jest doktryna prawna, która opiera się na prawach niezbywalnych. W tym wypadku na prawach niezbywalnych pacjenta, które skutkują ograniczeniem wolności wyboru leczenia. Efektem jest przymus stosowania metod wybranych przez ekspertów i urzędników oraz wyższe koszty leczenia i ubezpieczeń.
Powstaje pytanie czy chorzy chcą się u lekarza leczyć czy z nim sądzić? Czy przerzucać koszty leczenia i ubezpieczenia na innych? Czy może nie chcą się leczyć u lekarza tylko u urzędnika?
Lekarze reagują adekwatnie do sytuacji, która jest organizowana. Nie ma w tej planowanej rzeczywistości miejsca dla doktora Leśkiewicza, bo ma być zastąpiony administratorami systemu zbierającymi dane. Średni wiek specjalistów w Mazowieckiej OIL - o i l pamiętam - jest w przedziale 55-61 i to nie jest wyjątek. W tej sytuacji biurokratyzacja i cyfryzacja marnuje czas pracy lekarzy a zwłaszcza lekarzy starszych, którzy nie mają już elastyczności dostosowania się do kolejnej w życiu reformy. Przyszłością są więc młodzi. Trzeba ich tylko wyprodukować na miarę totalnego systemu. |
|
|
megalampus Sam fakt ,ze o tym sie mysli i rozwaza taka mozliwosc budzi obawy..O tym dziwnym sposobie "upodmiotowaniu" Narodu i Polski najlepiej wyrazil sie "Jabe' :Właściwie upodmiotowiony został tylko aparat partyjno-państwowy, który w czasie III RP miał złą prasę, a teraz stał się podporą państwa, motorem gospodarki i esencją polskości. Może więc to są ci „Polacy”, co to odzyskali podmiotowość."..Wszystko to zaczyna mi przypominac przedwojenne dzialania Sanacji..
Nie wiem jak zakwalifikowac te dzialania..przypadek wynikajacy z dynamik politycznych czy swiadomy zamiar ?
W jednym czy drugim przypadku szkodliwy ... |
|
|
Dark Regis Może wyjaśnię jeszcze to ostanie pojęcie. Korupcja dyplomowa jest w Polsce zjawiskiem powszechnym. Można do tego zaliczyć utrudnianie karier naukowcom, którzy zdobyli dyplomy na innych uczelniach, wypychanie zdolniejszych od dziekanów na margines itp. Ale jest inny, jeszcze bardziej ewidentny jej przejaw. Są to studia podyplomowe. Zamiast pisać dużo górnolotnych słów podam jeden konkretny świński przykład, który już opisywałem tu kilkakrotnie. W mojej szkole pewnego dnia zjawił się taki sprytny fircyk z PW i zaproponował dyrektorowi, że "bez żadnych problemów" wysłani przez niego na studia podyplomowe nauczycie porobią sobie magisterki z informatyki. Oczywiście sam dyrektor osobiście też. Chodziło o dostęp do intratnych wieloletnich szkoleń finansowanych przez państwo, więc wystawienie trochę badziewnej bibuły dla frajerów z prowincji wydało się panu doktorowi politechniki niewielkim kosztem. Sprawy papierowe załatwił bardzo szybko i już od jesieni około dwudziestu osób rozpoczęło "studia z "informatyki" na PW. Był to dyrektor we własnej osobie, wicedyrektor, nauczyciele polonistyki, innych przedmiotów ogólnych, aż po przedmioty zawodowe, czyli ludzie z papierami na "przemysłowe dojenie byków". Do zacnego grona załapała się też sekretarka dyrektora, kadrowa, czy księgowa. Wszyscy oni w latach 200X uczestniczyli w hucpie pod nazwą "Studia podyplomowe z informatyki na PW". Wyglądało to w ten sposób, że trzeba było pojechać na kilkanaście lub może trochę więcej zjazdów kawowych do Warszawy, gdzie w miłej atmosferze gadano o tym i o siamtym, a potem złożyć "pracę" magisterską z informatyki. Osoba mi znana otrzymała temat pracy "Stworzenie strony internetowej w HTML-u". Nie wiem, może było tego ze dwie strony A4. W każdym razie takie same "tematy magisterek" robili już uczniowie gimnazjów w Warszawie. W każdym razie żadna to informatyka, a zwyczajny przekręt dyplomowy. Najgorsze w okolicy zaczęło się po skończeniu tych "studiów". "Absolwenci" "informatyki" zaczęli obsiadać ważne funkcje i stołki w powiecie, w tym ARiMR, komisje skrutacyjne, kursy i szkolenia, chyba nawet w PUP, administracje serwerami i zajęcia dydaktyczne z "informatyki" w szkołach. Czysta korupcja i eksplozja niekompetencji zakończona szwindlem na wielką w skali powiatu skalę. Tak wygląda właśnie w praktyce pilnowanie spraw poziomu i wiedzy absolwentów przez czołowe uczelnie w Polsce. Kaczyński z Gowinem chce to właśnie świństwo przyklepać na wieki, żeby nikt nawet nie miał prawa spojrzeć na to krzywym okiem. |
|
|
megalampus Obserwuje na YOU TUBE blog lekrskiego malzenstwa z Ukrainy ktorzy przyjechali do Polski i staraja sie znalezc prace w swoim zawodzie..Mezowi po 2 latach staran i roznych kursach udalo sie dostac prace w Tychach jako " technik sterylizacji narzedzi medycznych'...Lekarz z 10 letnim stazem i specjalizacja ginekologa na Ukrainie..Zona nadal walczy ale bez sukcesu ..mysla o powrocie na Ukraine..Pzdr.. |
|
|
Dark Regis @Marek1taki. Powinny zatem istnieć dwa nurty, niekoniecznie niezależne. Pierwszy oficjalny państwowy, zaś drugi prywatny, czyli rynkowy. Nie ma przecież powodu, żeby lekarz wykształcony za granicą musiał stawać przed komisją w ministerstwie, prawda? W wielu państwach świata i na zachodzie przecież wystarczy do tego pracodawca. To nie droga do certyfikacji ani sama certyfikacja powinna być reglamentowana, tylko powinien istnieć jeden zestaw kryteriów potwierdzających wiedzę i umiejętności kandydata do zawodu, który jest niezależny od obu nurtów. Ta znaczy ani nie będzie tu konieczna dobra wola urzędnika, ani wysyp pieniędzy z wora. Jak to zrobić? A jak robi się dziś egzaminy na prawo jazdy albo egzaminy z języków obcych? Nie mówię tu o prostych, błyskotliwych czy koślawych testach, bo to GWno, które nic naprawdę nie sprawdza oprócz łutów szczęścia. Ja osobiście upatruję tu rolę dla sztucznej inteligencji, czyli po prostu algorytmu klasyfikacji, który nie zależy od tego, że jakiś wielki członek komisji nie może patrzeć na krzywą gębę kandydata. Trzeba tylko napisać program (tylko jak hehe jak szkoły nie uczą programowania ani logiki, tylko formułek;). Podobno w Polsce mamy już kilka superkomputerów, więc z działaniem takiego systemu nie byłoby problemu. W Warszawie Nautilus, we Wrocławiu Bem i Nova, w Trójmieście Galeon, Galera i Tryton, w Krokowie w Cyfronecie największy Prometheus i Zeus, ... A będzie z tym tylko lepiej, bo musi. Wszyscy na świecie na to stawiają. Na przykład Chiny wyprzedziły USA i mają 202 superkomputery vs 143 amerykańskie. Przez wiele lat były liderem i dopiero stworzenie ostatniego dzieła IBM pozwoliło USA wyjść na prowadzenie. Są to już komputery kwantowe, czyli wykonujące obliczenia na qbitach z wykorzystaniem praw mechaniki kwantowej. U nas też w końcu taki powstać musi. Program ta takim komputerze byłby w stanie prześwietlić kandydatów do skarpetek, zaś wszystkie dane można wprowadzać przez klasyczne końcówki. Na przykład co stoi na przeszkodzie, żeby chirurgów klasyfikować na podstawie tego, co robią konkretnie przy stole operacyjnym, czy nie myślą o d Maryni i nie rozpraszają się przy operacji. Sprawdzić ich tak, jak pilotów odrzutowców. Są do tego kamery, roboty chirurgiczne, *tfu* procedury. Całe morze danych przetworzy w kilka sekund jakiś monster komputer i mamy wynik OBIEKTYWNY, niezależny od humoru urzędnika lub wykładowcy. Co więcej, winda zawodowa powinna kursować nie tylko w górę, ale także w dół. Ludzie się zużywają i wykrzywiają - moralnie, etycznie, zaczyna brakować im aktualnej wiedzy, a w przypadku chirurgów mogą zacząć trząść się im ręce z przepicia. Takich decyzji jak odsunięcie od niebezpiecznych operacji nie powinien podejmować drugi człowiek, bo to też jest nieetyczne, zaś solidarność w kaście jest naprawdę silna. Podobnie w zawodzie nauczyciela i wykładowcy. Trzeba rozdzielić do chol... funkcje naukowca i dydaktyka oraz nie zmuszać ludzi do szukania wiedzy tylko na uczelni (korupcja dyplomowa). |
|
|
Izabela Brodacka Falzmann Lekarze uciekli w procedury boją się odpowiedzialności. Lekarz nie słucha i nie bada pacjenta, ogląda wyniki badań laboratoryjnych i pisze w komputerze. Wspomnę tu niezastąpionego doktora Leśkiewicza. Jestem jego wielbicielką choć nie był zbyt miły dla kobiet. Był świetnym diagnostą i nie zwracał uwagi na procedury. Gdy kiedyś zapytałam czy mam podawać jakiś lek dziecku odpowiedział;: "jeżeli to pani pomoże na głowę to może pani podać".Zrozumiałam i dałam spokój.Moja znajoma zgłosiła się do niego z dzieckiem podejrzewanym o ziarnicę.Miało skoki temperatury. Leśkiewicz zapytał: "czy nie ma pani jakiegoś faceta,który przełożyłby panią przez kolano i jej wlał?. Jeżeli nie to ja to zrobię".Wydusił z niej przyznanie się, że mierzyła dziecku temperaturę co pół godziny. Na pytanie co ma zrobić powiedział, że wyrzucić termometr. I miał rację, dziecko było zdrowe. W lipcowy upalny dzień wyrzucił becik niemowlęcia przez okno. Legendy o nim krążyły latami. |
|
|
NASZ_HENRY Marcowi docenci to czarny eskimoski pijar ;-)
|
|
|
Jabe
Rządy PO-PSL [...] zupełnie nie zauważały potrzeb emerytalnych artystów... – A artystą jest absolwent albo zatwierdzony przez ministerialną komisję. Z pieczątką na tyłku. Ta pieczątka daje prawo do zaspokajania potrzeb na koszt ludu. |
|
|
Izabela Brodacka Falzmann To ciekawe co Pan pisze. Zabawne, że egzaminu nie zdałaby większość tak czy owak popularnych wykonawców. Osobnym problemem jest kwestia kryteriów. Tak się składa, że choć nie śpiewam ( w mojej muzykalnej rodzinie mam zakaz śpiewania nawet przy klejeniu pierogów) mam bardzo dobry słuch ( z dyktand muzycznych zawsze dostawałam najwyższe noty) . słyszę więc jak potwornie fałszują popularni wykonawcy. Pewna popularna piosenkarka ( nie będę robić jej czarnego PR) każdą kolejną zwrotkę przesuwa o pół tonu. To dla akompaniatora kłopot,musi być czujny jak muszka bo inaczej nawet głuchy słyszy potworny kiks. Czy pomogą egzaminy przeprowadzane przez zblazowanych byłych mistrzów? Czy publiczność ma głosować nogami? Czy pomogą różne konkursy? Nie wiem. |
|
|
Jabe Pytanie, co siedzi w głowie tego, co te regulacje wymyślił. Z pewnością jest to człowiek młody i naiwny, nieznający uroków komuny. |
|
|
W ten kraj bardzo łatwo według mnie zweryfikować kto jest dziennikarzem a kto najmimordą szukając nazwisk w wydaniach"Dziennika" gdy ten pojawił się na naszym rynku w odpowiednim czasie dla pewnego wydarzenia polityczno -biznesowego
Pisali tam wszyscy i ci prawowici i lewactwo -wszyscy którzy mniemali ,że są dziennikarzami alb o tak ich oceniał niemiecki płatnik.pisali o wszystkim a płacił bogato.
Pisali o wszystkim co im w duszy grało bez żadnej cenzury redakcyjnej a mnie zdumienie ogarniało coraz większe no bo jakże to tak pozwala niemiec na bezhołowie !Otóż nie pozwalał bo jeden temat był tabu i o tym tabu pismaki wiedzieli -tym tabu była rura na dnie Bałtyku ,cicho sza ani dobrze ani żle...!
Dolce vita zakończyło się nagle i boleśnie dla najemników gdy ogłoszono na łamach tegoż szmatławca niemiecko -kacapskiego ,że temat rury już nie istnieje bo wszystko zaklepane i oni z od tego dnia zostali odcięci od kasiory a ich miejsce zajęli wcześniej przygotowani pracownicy którzy wiedzieli do czego ich przygotowywano i czego się oczekuje.
Plunąć w ryja to za mało gdy dziś popiskują o drugiej rurze.!
Tej grupy nie poprawi żadne ocenianie przez jakieś komisje ale tylko sprawnie działający wymiar sprawiedliwości ,bowiem tylko wizja zostania nędzarzem czy upadek redakcji zatrzyma przed napisaniem tekstu ,obrazu które podszyte są kłamstwem i mają jedynie na celu wyeliminować przeciwnika z życia publicznego.
Nie tylko lekarze powinni być okresowo sprawdzani ale wiele innych zawodów od wiedzy których zależy bezpieczeństwo zbiorowe a gardzenie mistrzami z popieraniem popaprańców mnie zdumiewa bo wolę aby mój dom budował ten co się na tym zna i ma na to papiery niż taki co ma za sobą kursy nauki zawodu gdy był na bezrobociu,wolę mieć buty uszyte przez mistrza niż chiński chłam ...itd,itd .
|
|
|
Anonymous W wypadku lekarzy sprawa jest prosta. Dyplom wyższej uczelni medycznej jest deprecjonowany, a stanowi dość oczywiste kryterium. Stwarzanie kolejnych progów administracyjnych prowadzi to sytuacji, że lekarze są "młodzi", w sensie niesamodzielni, po czterdziestce. System broni pacjentom samodzielnego wyboru oczekiwania w kolejce do lekarza utytułowanego i ze ścianami obwieszonymi dyplomami, specjalizacjami i certyfikatami a dostępem do prostego lek.meda bez kolejki. Nie byłoby problemu kolejki, ale co system by reformował jakby kolejek nie było?
Jedyne ale to kto obsadzi ostre dyżury, tu system "ratuje" sytuację wsadzając lekarzy podyplomowych i specjalizujących się w kamasze dyżurnych. |
|
|
wielkopolskizdzichu
Obecnie władzę trzyma resort pochodzący z Pani sortu zwanego lepszym i jak widać po działaniach w mediach, ma przemożne pragnienie formatowania mózgów wedle swych wyobrażeń.
|
|
|
Lech Makowiecki W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych uprawianie zawodu muzyka czy piosenkarza możliwe było tylko po ukończeniu studiów muzycznych (lub przynajmniej szkoły muzycznej II stopnia). Reszta traktowana była jako "amatorzy", którym przysługiwała stawka 150 zł za koncert. Furtką dla "amatorów" był egzamin przed państwową komisją Ministerstwa Kultury. Dostawało się ministerialną legitymację piosenkarza czy muzyka kat. B (stawka rosła do 400zł), z czasem - kat. A (700zł) lub - "za zasługi" - kat. S (2,5 tys. zł za koncert; posiadała ją m.in.Maryla Rodowicz i ... Jacek Kaczmarski) ... Miałem to "szczęście" zdawać taki egzamin przed piętnastoosobową komisją (zapamiętałem tylko przewodniczącego - prof. Aleksandra Bardiniego i aktorkę - Alinę Janowską). Na egzaminie praktycznym trzeba było wykonać 4 zróżnicowane piosenki i wyrecytować dwa wiersze (dykcja!). Teoria obejmowała zakres średniej szkoły muzycznej (plus solfeż itp.). Pomimo, że zaprezentowałem repertuar autorski, sam sobie akompaniowałem i wygłosiłem własne wiersze - Bardini był na "nie"... Główny zarzut? Byłem świeżo upieczonym magistrem inżynierem, a moje studia kosztowały ludową ojczyznę tak dużo, że powinienem pójść nie na estradę, lecz do stoczni! Udało mi się wybronić dopiero na egzaminie ustnym. Większość komisji była za mną, więc i profesor wyraził łaskawie zgodę. W tym samym czasie niejaki Czesław Niemen trzy razy podchodził do egzaminu (przewodniczący - aktor Rudzki) i trzy razy oblewał... A to za hippisowskie szatki, zbyt długie włosy, "arogancję", "wycie" itp.) Dziś Czesław Niemen wygrywa we wszystkich rankingach na powojennego polskiego piosenkarza!!! Czyli komisja baaardzo się pomyliła... PS Dziś takich egzaminów nie zdałby Muniek Staszczyk (dykcja!) czy Robert Gawliński i Edyta Górniak (brak matury)... Czy o to naprawdę nam chodzi??? Z drugiej strony trzeba jakoś uregulować sprawy emerytalne artystów estradowych i in. Dzięki zdobytym wtedy uprawnieniom (i regularnemu płaceniu składek) dostaję dziś emeryturę... Rządy PO-PSL nie dość, że podniosły twórcom podatki, to zupełnie nie zauważały potrzeb emerytalnych artystów... |