Wczoraj zakończyłem swój jednodniowy post po raz 35, to mogę spojrzeć na ten okres czasu i jakoś go podsumować, ocenić. Więc po pierwsze, przez długi czas ten post jakby nie istniał. Nie było typowego zmagania się ze sobą, z warzywkami. Nie było problemów ani strachu. Wszystko było jak gdyby nigdy nic, tyle, że warzywka. Poza tym – „Proszek Jurand” – czyli nie widzę żadnej różnicy.
Aż do połowy 4 tygodnia. Chyba przedawkowałem z jabłkami. Poczułem wtedy jak glukoza mi idzie do głowy. Zerwałem się i dawaj – kilometry. Potem? Potem waga stanęła w miejscu na 3 dni. A potem w 5 tygodniu miałem cofkę energetyczną taką, że przez 2 dni byłem nie do życia, a drugie 2 taki trochę pół do życia. A może sobie zmyślam z tymi jabłkami? Może to inna przyczyna?
Dojechałem na przekór wszystkiemu do dnia nr 35. Dziś jest 36 i tak w miarę, choć bez szaleństw. Waga od nowa umiarkowanie spada. Aktywność i energia troszkę wyżej. W sumie to coraz bardziej zauważam psychologiczny i duchowy aspekt postu. To nie przypadek, że religie zawsze przywiązywały wagę do tej praktyki. Założę się, że kiedyś będzie się leczyć pewne psychiczne dolegliwości – właśnie postem. Post ma dziwny wpływ i nie w pełni dookreślony.
Na początku poprawia nastrój. Oczywiście po przejściach z dostosowaniem. Potem jest dosyć dziwnie. Na pewno jest większy dystans do rzeczy, które dawniej wydawały się palące albo bolące. Jakby samoczynnie przechodzi człowiek do zwrócenia uwagi na to, co ważne jest realnie i na co może jakoś oddziaływać aniżeli na to, co takie pilne i gwałtownie ważne w komórce, na ekranie, w powodzi strumienia tzw. wiadomości. Nagle łapię się, że ten tekst, to wideo, jest zrobione wyłącznie po to aby schwytać moją, twoją, uwagę. I tyle. To nieuczciwe. I tyle. Większość materiałów takich jest i nawet jeśli ktoś zaczynał ze szlachetnymi intencjami, to ten system zmienia większość jego uczestników w automaty do koszenia ludzkiej uwagi. Bo… czemu właściwie nie?
Post ma jeszcze inny, jednocześnie głębszy ale i subtelniejszy wymiar duchowo-psychologiczny. Jakby zmieniał trochę pracę mózgu. Nie jest to łatwo uchwytne, ale jest. Zmieniał na co? No cóż… może nie jesteśmy do końca tym, kim nam się wydaje, że jesteśmy? Może to tylko wersja nas, wcale nie najlepsza. Żyjąc normalnie trochę wpadamy w koleiny, potem w tych koleinach zamieszkujemy i nic już poza nimi jakby nie znamy. Post nas z tych kolein wyrywa i czasem orientujemy się, że może być inaczej, czasem próbujemy trochę inaczej, czasem życie do nas przychodzi z inną ofertą. Lepszą, inną. Wiem – nieprecyzyjnie.
Marzę o normalnym jedzeniu. Wymyślam nawet czasem kulinarne ekscesy i konsumpcję tego, co zakazane. Ale wracam na ziemię i widzę – babie lato. Nici unoszące się w słońcu. Kwiaty trzepoczące płatkami w tym słońcu. Zaskrońca przemierzającego ścieżkę w poprzek. I to słońce, spadające spomiędzy liści, mrugające do nas, jakby chciało powiedzieć – chłopie – wszystko jest ok. Bo jest. Jest?
-------------
Inne wpisy z tegorocznego postu {TUTAJ}