Pierwsze dwa teksty z tego cyklu dotyczyły dyskusji. Nie polityki, nie wyborów, nie sondaży. Zwykłych rozmów pod wpisami. Obserwowałem, jak temat znika po kilku komentarzach. Jak rozmowa o strategii zamienia się w rozmowę o Ukrainie. Potem o pandemii. Potem o Wołyniu. Następnie o Hitlerze, Chinach, bankach, transhumanizmie albo starożytnych Sumerach. Coraz bardziej dochodziłem jednak do wniosku, że to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest coś innego. Coraz częściej nie rozmawiamy już o tym, czy ktoś ma rację. Rozmawiamy o tym, czy wolno mu ją mieć. I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy problem.
Kilka dni temu pod jednym z wpisów padło pytanie, czy Donald Tusk oddał polskie emerytury pod kontrolę Deutsche Banku. Brzmiało poważnie. Jeżeli ktoś przeczytał tylko pytanie, mógł odnieść wrażenie, że właśnie wydarzyła się jedna z największych afer ostatnich lat. Postanowiłem sprawdzić. Okazało się, że chodzi o zmianę banku depozytariusza w dobrowolnym funduszu DFE PZU. Nie o ZUS. Nie o emerytury wszystkich Polaków. Nie o przejęcie pieniędzy przez Niemców. Po prostu o techniczną zmianę banku obsługującego jeden z dobrowolnych funduszy. Napisałem o tym.
I wtedy wydarzyło się coś bardzo charakterystycznego. Nie usłyszałem: „Masz rację.” Nie usłyszałem: „Sprawdziłem. Faktycznie.” Nie usłyszałem nawet: „Nie zgadzam się, bo...” Usłyszałem natomiast, że nic nie zrozumiałem, że powinienem wrócić do początku, że źle czytam, że mam zapytać swojego „consigliere”. Temat zniknął. Pozostał rozmówca. Pomyślałem wtedy, że przecież to już kiedyś widziałem i to wielokrotnie. Za każdym razem, gdy próbowałem napisać, że PiS popełnił konkretny błąd, rozmowa wyglądała niemal identycznie. Nigdy nie zaczynała się od pytania: „Który błąd masz na myśli?” Albo: „Dlaczego uważasz, że to był błąd?”
Najczęściej zaczynała się od czegoś zupełnie innego. „Jesteś zwolennikiem Tuska.” „Atakujesz PiS.” „Bronisz KO.” „Piszesz pod dyktando.” Nie odpowiadano na argument, lecz oceniano autora. A przecież można uważać, że Donald Tusk jest fatalnym premierem, jednocześnie krytykując decyzje Jarosława Kaczyńskiego. Można uważać, że obecny rząd zostawia po sobie gospodarcze zgliszcza, a jednocześnie pytać, dlaczego opozycja nie potrafi tego wykorzystać. Można krytykować Lex TVN. Można krytykować sposób przeprowadzenia reformy sądownictwa. Można uważać, że Mateusz Morawiecki był lepszym kandydatem na premiera niż jest nim dziś Jarosław Kaczyński jako faktyczny kierownik obozu. To nie oznacza automatycznie przejścia do przeciwnego obozu. W naszych rozmowach bardzo często właśnie tak to wygląda. Nie istnieje już kategoria: „krytyczny sojusznik”. Istnieje tylko: „swój” albo „obcy”.
Najbardziej niepokoi mnie jednak coś jeszcze. Coraz częściej próbuje się przekonywać ludzi, że nie widzieli tego, co widzieli. Przykładów można znaleźć wiele. Jedni twierdzą, że prowokacja była napaścią. Drudzy, że napaść była prowokacją. Jedni pokazują fragment nagrania. Drudzy inny fragment a przeciętny człowiek patrzy na całość i zaczyna się zastanawiać, czy naprawdę wszyscy próbują mu wmówić, że jego własne oczy są mniej wiarygodne od partyjnej interpretacji. To bardzo niebezpieczny moment, bo wyborca może wybaczyć politykowi wiele. Niekompetencję. Nietrafioną decyzję. Nawet obietnicę bez pokrycia, ale bardzo źle znosi sytuację, kiedy ktoś próbuje mu udowodnić, że nie widział tego, co właśnie zobaczył.
I wtedy zrozumiałem coś, czego wcześniej nie dostrzegałem. Problemem nie jest to, że politycy kłamią. Politycy kłamali zawsze. Problemem nie jest nawet to, że manipulują. Manipulowali od czasów starożytnego Rzymu. Problem zaczyna się wtedy, gdy przestają bać się własnych wyborców. Polityk nie boi się przeciwnika. Przeciwnik i tak na niego nie zagłosuje. Boi się własnego elektoratu. To własny elektorat może powiedzieć: „Tym razem przesadziłeś.” „Tutaj popełniłeś błąd.” „To trzeba było zrobić inaczej.” Jeśli jednak za każdym razem znajdzie się ktoś, kto odpowie: „A Tusk?” „A Platforma?” „A TVN?” „A Niemcy?” „A przecież tamci są gorsi.”, to polityk dostaje bardzo prosty sygnał.
Mogę zrobić wszystko. I tak mnie obronią.
Dlatego nie jestem już przekonany, że największym problemem polskiej polityki jest Donald Tusk. Nie jestem też przekonany, że największym problemem jest Jarosław Kaczyński. Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że największym problemem jesteśmy my sami, bo przestaliśmy wymagać od własnych polityków tego, czego wymagamy od przeciwników. Przeciwnikom nie wybaczamy nic. Swoim zaś wybaczamy wszystko a to najkrótsza droga do politycznej bylejakości. Może właśnie dlatego tak często słyszymy dziś pytanie: „Dlaczego oni mogą sobie na to pozwolić?” Odpowiedź wydaje mi się zaskakująco prosta.
Bo mogą.
Bo wiedzą, że najwierniejsi wyborcy nie zapytają: „Dlaczego popełniłeś ten błąd?” Zapytają raczej: „Dlaczego znowu atakujesz naszych?” I wtedy rozmowa kończy się dokładnie tak samo, jak pod internetowym artykułem. Nie analizujemy już decyzji. Analizujemy autora. Nie rozmawiamy o błędach. Rozmawiamy o lojalności. Nie szukamy prawdy. Szukamy zdrajcy. A kiedy społeczeństwo zaczyna bardziej pilnować własnych krytyków niż własnych polityków, politycy przestają bać się wyborców. I właśnie wtedy demokracja zaczyna przegrywać nie dlatego, że źli ludzie dochodzą do władzy. Przegrywa dlatego, że dobrzy obywatele przestają zadawać niewygodne pytania własnym politykom, bo od tego momentu nie są już wyborcami.
Stają się kibicami.