Zupełnie niesłusznie starożytna rzymska maksyma "Chleba i igrzysk" doczekała się odium, jakby przedstawiała sobą coś niewłaściwego. Jakby ludziom trzeba było czegoś innego, czegoś więcej, czegoś... właściwie trudno powiedzieć czego, bo... czego... ty... chcesz? I ten drugi? I ta trzecia? Jeśli nie tego właśnie - zabezpieczenia twoich potrzeb oraz igrzysk, rozrywki, rozgrywki!
Te wspaniałe igrzyska jakie obecnie oferuje nam świat, może dokładniej Gianni Infantino, dostajemy ile dusza zapragnie i to w 4D. To znaczy w 4K, kto by spamiętał te skróty. Mamy cudownych gladiatorów, geniuszy, bohaterów toczących na naszych oczach - w świetle kamer, w otoczeniu telebimów, na zielonej nawierzchni przypominającej trawę - swoje boje. Kto wygra? Który naród? Kto będzie królem!? Choćby strzelców. Ale zawsze.
Stare zrzędy będą marudzić, że człowiekowi potrzeba czegoś więcej. Na przykład pójść do filharmonii albo poznawać prędkość światła, albo mądrość wszelaką, którą poznali i Sokrates i Kohelet, i Ockham, i Foucault, który niósł kaganek wolności nieletnim chłopcom w PRLu, aż go komunistyczna bezpieka wywaliła z kraju.
Więc Biblia mówi jasno: "w wielkiej mądrości - wiele utrapienia, a kto przysparza wiedzy - przysparza i cierpień". Tylko głupiec chce utrapienia i cierpienia ponad to, co i tak musi doświadczyć. Więc czego tak naprawdę ma chcieć człowiek? Majątku? Ale majątek dzisiaj rodzi się wyłącznie z nieprawości. Małej albo wielkiej, nie ważne, "Ucz się i pracuj a garb sam ci wyrośnie" - drzewniej się słyszało albo "Ziarnko do ziarnka i tak z tego g*wno'. A biblijna księga i to uznaje za marność i pogoń za wiatrem.
Więc tak naprawdę ludzie chcą chleba i igrzysk, i świat nam to zapewnia. Nie tylko igrzyska sportowe. Mamy też igrzyska polityczne, pandemiczne, demokratyczne i wszelkie inne, szczególnie w internecie, gdzie każdy, naprawdę każdy niezależnie od swoich zasobów kulturowych i intelektualnych, osobowościowych i mentalnych, może zostać zwycięzcą w niezliczonej ilości bojów, na które może wyzwać każdego innego. Czepić się go jak rzep psiego ogona, unurzać w błocie toksycznego prymitywizmu, którego na ten użytek pozbędzie się taki zawodnik z własnego wnętrza i szafa gra, i teleturniej, i walki na słowa i sława, co dawniej politycy i aktywiści, a tera melodia jest nowa i można razem śpiewać, jak to się jest patriotycznym, a patriotyzm polega na tym, na czym wcześniej polegało rezonowanie z narracją kagiebe.
Więc oferta igrzysk jest przeogromna i to bardzo dobrze. Kalorii nie brakuje i z głodu nikt nie da rady umrzeć, chyba że jest tym no, na terrr albo taki terrrr gdzieś tam przechodził koło niego, albo mógł przechodzić, albo mógł pomyśleć, że przechodził i wtedy, ale my spoko, micha jest pełna, choć premier od Izery widział w niej dla nas tylko ryż, a tu... i masło po 2,99 i cukier po 0,99 za kilogram.
Więc zdobądźmy się na szczerość i powiedzmy sobie prawdę, chcemy chleba i igrzysk! "Jawohl, jawohl Ich liebe alkohol" - śpiewał proroczo nasz narodowy bard. Inny mu wtórował "Chop szklankę piwa!". I kto wie, może tacy ludzie to ostatnie ostoje człowieczeństwa i normalności, gdy niektórym odbija zanadto i igrzyska zaczynają traktować na serio zamiast jako rozrywkę i wyciągają te swoje pięści by kciuk, który może nieść łaskę i przyszłość, obróć w dół, żądni krwi, kary i wojny, choćby w tej nie kończącej się wersji igrzyskowej.