Przejdź do treści
Strona główna

menu-top1

  • Blogerzy
  • Komentujący
  • Komentarze
User account menu
  • Moje wpisy
  • Zaloguj

Pytania, na które nikt nie chciał odpowiedzieć.

mjk1 11.09.2026

 W komentarzu pod jednym z wpisów zrobiłem rzecz, która, jak się okazuje, jest w naszym kraju znacznie bardziej ryzykowna niż obrażenie połowy sceny politycznej. Zadałem pytanie o pieniądz. Nie o Hitlera jako człowieka, nie o moralną ocenę nazizmu, nie o Auschwitz, nie o niewolnictwo, nie o grabież Polski, nie o to, czy wojna była dobra, ani nawet o to, czy gospodarka III Rzeszy była „lepsza” od gospodarki kapitalistycznej. Zadałem kilka bardzo konkretnych pytań dotyczących mechanizmu gospodarczego i pieniężnego. I stała się rzecz doprawdy pouczająca. Jeden z komentatorów odpowiedział mi wykładem o niewolnictwie na plantacjach bawełny. Drugi, pan doktor, odkrył we mnie „neomarksistowskiego trolla”, a następnie ruszył z odsieczą przez Wall Street, Roosevelta, radziecką Rosję, Ukrainę, Banderę i przyszłe książki jakiegoś Hong Binga czy Suttona. Tylko nikt nie odpowiedział na pytania. Ponieważ jednak człowiek jest stworzeniem upartym, spróbuję więc odpowiedzieć sobie sam. Może przy okazji okaże się, że pytanie wcale nie było takie głupie.

Najpierw była katastrofa.

 Żeby zrozumieć niemiecki eksperyment gospodarczy lat trzydziestych, trzeba cofnąć się do początku kryzysu. Niemcy weszły w Wielki Kryzys w wyjątkowo złej sytuacji. Ich gospodarka była silnie uzależniona od zagranicznego finansowania, zwłaszcza kredytów amerykańskich. Kiedy po krachu na Wall Street zaczęły być wycofywane zagraniczne pożyczki, niemiecki system bankowy znalazł się pod ogromną presją. Do 1932 r. liczba zarejestrowanych bezrobotnych sięgała około 5,6 mln, a produkcja przemysłowa spadła o około 40 proc. względem 1928 r. Banki traciły płynność. Państwo miało ograniczone możliwości działania. Niemcy były związane systemem międzynarodowych zobowiązań, a pamięć o hiperinflacji z 1923 r. powodowała wręcz obsesyjny lęk przed kolejnym załamaniem pieniądza. I właśnie w takim miejscu pojawia się Adolf Hitler. 30 stycznia 1933 r. zostaje kanclerzem. NSDAP nie dostała wtedy jeszcze magicznej różdżki. Dostała natomiast państwo z milionami bezrobotnych, niewykorzystanymi fabrykami, ogromnym potencjałem przemysłowym i gospodarką pracującą daleko poniżej swoich możliwości. I tutaj zaczyna się rzecz, której nie można sprowadzić do zdania:

„Hitler robił zbrojenia, więc gospodarka rosła”.

 To prawda, ale nie jest to odpowiedź na pytanie. Pytanie brzmi: jak państwo pozbawione wystarczających pieniędzy i kredytu zewnętrznego potrafiło uruchomić tak wielką część niewykorzystanych zasobów? To jest właśnie interesujące. Efekt był realny, ale nie ma potrzeby tworzyć nazistowskiego mitu gospodarczego. Wystarczy spojrzeć na liczby. Programy robót publicznych i zbrojenia rzeczywiście bardzo szybko zwiększyły zatrudnienie i produkcję. Badania oparte na analizie przepływów międzygałęziowych wskazują, że już w 1933 r. programy tworzenia miejsc pracy i zbrojenia odpowiadały za ponad milion miejsc pracy, a w latach 1934-1935 liczba osób zatrudnionych dzięki tym działaniom sięgała kilku milionów. Do 1936 r. produkcja przemysłowa wróciła mniej więcej do poziomu z końca lat dwudziestych, a do 1937 r. zatrudnienie osiągnęło poziom szczytowy. Do 1938 r. gospodarka rosła znacznie szybciej niż przed kryzysem. Jednocześnie trzeba jednak powiedzieć jasno: nie był to cud gospodarczy w sensie ekonomicznego raju. Wzrost był w ogromnym stopniu napędzany przez państwo i zbrojenia, płace pozostawały pod presją, a gospodarka była coraz bardziej podporządkowywana przygotowaniom wojennym. Niemieckie ministerstwo gospodarki samo opisuje proces przechodzenia od odbudowy po kryzysie do gospodarki coraz bardziej podporządkowanej wojnie. Czyli mamy paradoks. Mechanizm potrafił bardzo szybko uruchomić produkcję, ale państwo wykorzystało go przede wszystkim do budowy machiny wojennej. Jednak jedno nie wyklucza drugiego.

A teraz najważniejsze pytanie: skąd wziąć pieniądze?

 Tu dochodzimy do sedna całej historii. Co jest potrzebne, żeby zbudować dom? Ziemia, materiały, energia i praca. Co jest potrzebne do wyprodukowania samochodu? Fabryka, stal, aluminium, energia, części, wiedza i ludzie. A samolotu? Aluminium, silniki, paliwo, fabryka, technologia i praca. Żadnej z tych rzeczy nie można wyprodukować z samych pieniędzy czy złota. Złoto może być środkiem płatniczym, może być rezerwą, może być zabezpieczeniem, ale nie buduje fabryki, nie uprawia pola i nie spawa kadłuba samolotu. Produkcję wykonują ludzie przy użyciu realnych zasobów.

I właśnie tutaj zaczyna się najciekawszy problem ekonomiczny.

 Jeżeli państwo ma niewykorzystane fabryki, miliony bezrobotnych ludzi i dostępne surowce, to czy rzeczywiście jego możliwości produkcyjne są ograniczone ilością posiadanego złota? Georg Friedrich Knapp odpowiedział na to pytanie w sposób, który na początku XX wieku był dla tradycyjnej teorii pieniądza bardzo niewygodny. Knapp stwierdził, że pieniądz nie jest złotem Georg Friedrich Knapp, profesor ekonomii i rektor Uniwersytetu w Strasburgu, opublikował w 1905 r. „Staatliche Theorie des Geldes” - „Państwową teorię pieniądza”. Jego podstawowa teza była prosta i rewolucyjna jak na epokę złotego pieniądza: pieniądz jest tworem porządku prawnego. Knapp odrzucał pogląd, że istota pieniądza tkwi w jego materialnej zawartości. Jednostka pieniężna nie musi być kawałkiem złota, żeby pełnić funkcję pieniądza. Wartość pieniądza wiązał z systemem prawnym, instytucjami i jego akceptacją w rozliczeniach. To właśnie od Knappa wywodzi się tradycja nazywana chartalizmem. Współczesne opracowania jego teorii podkreślają, że pieniądz był przez niego ujmowany jako narzędzie ustanawiane przez porządek prawny, a nie jako towar posiadający samoistną wartość wynikającą z zawartości metalu. I tu proszę sobie wyobrazić reakcję przeciętnego komentatora internetowego. „Jak to? Papier bez złota może być pieniądzem?!” Może, pod warunkiem, że ludzie go akceptują, państwo ustanawia go środkiem płatniczym, a gospodarka ma zdolność dostarczania dóbr i usług. W końcu współczesny banknot nie jest bonem na kawałek złota. Jest zobowiązaniem funkcjonującym w systemie prawnym i gospodarczym. To nie znaczy oczywiście, że można drukować pieniądze bez ograniczeń. I właśnie tutaj zaczyna się druga część układanki.

Feder: pieniądz jako narzędzie gospodarki.

 Gottfried Feder był jednym z głównych ekonomicznych ideologów wczesnego NSDAP. Nie był jednak tym człowiekiem, który stworzył późniejszy mechanizm finansowania niemieckich zbrojeń. To ważne rozróżnienie. Feder rozwijał własną, skrajnie antykapitalistyczną i antybankową koncepcję gospodarczą. W 1919 r. opublikował manifest o „przełamaniu niewoli procentu pieniądza”, a później pisał o walce z tzw. wielką finansjerą. Hitler zetknął się z jego poglądami bardzo wcześnie, ale po dojściu nazistów do władzy rzeczywista polityka gospodarcza poszła niestety inną drogą. Feder, jako zdecydowwany przeciwnik wojny, tracił wpływy. W 1934 r. został odsunięty z kluczowego wpływu na politykę gospodarczą, a później jego znaczenie polityczne jeszcze bardziej malało. Zmarł w dośc młodym wieku i w do dzis niewyjaśnionych okolicznościach, w Murnau 24 września 1941 r. I dlatego nie należy robić z niego człowieka, który „wprowadził system finansowy III Rzeszy”. Nie wprowadził. Teoretyczne podstawy, to Knapp. Wczesna ideologia ekonomiczna NSDAP - Feder. Praktyczne finansowanie ekspansji gospodarczej i zbrojeń, to przede wszystkim Hjalmar Schacht. I właśnie Schacht prowadzi nas do tego, o co w moim pierwotnym pytaniu chodziło.

Weksel MEFO, czyli pieniądz, który nie chciał być państwowym długiem.

 W 1933 r. Hjalmar Schacht został prezesem Reichsbanku. Stanął przed problemem niebanalnym. Państwo chce wydawać, przemysł chce produkować, bezrobotni chcą pracować, armia chce sprzętu, ale oficjalne finanse państwa nie mogą po prostu pokazać światu: „Drodzy państwo, pożyczymy sobie gigantyczne pieniądze, a potem zobaczymy”. Trzeba było znaleźć konstrukcję, która pozwoli finansować produkcję, nie pokazując całego mechanizmu wprost w oficjalnym długu państwa. I powstały weksle MEFO. Mechanizm był genialnie prosty. Spółka Metallurgische Forschungsgesellschaft - MEFO - była specjalnie utworzoną spółką wykorzystywaną do finansowania zamówień zbrojeniowych. Wykonawca otrzymywał weksel. Weksel mógł być zdeponowany w banku, a bank mógł go następnie zdyskontować w Reichsbanku. Był oprocentowany na 4 proc. i objęty gwarancją państwa. I tutaj pojawia się rzecz, której moi polemiści jakoś nie zauważyli. To nie był pieniądz znikąd. To był mechanizm tworzenia zobowiązania, które mogło funkcjonować w gospodarce podobnie jak pieniądz a jednocześnie zobowiązanie to nie było od razu wykazywane jako zwykły dług państwa. Według opracowania Międzynarodowego Funduszu Walutowego weksle MEFO pokrywały ponad jedną trzecią niemieckich wydatków wojskowych w okresie od kwietnia 1935 do marca 1938 r. Ich stan wzrósł sześciokrotnie, a w marcu 1938 r. stały się największym składnikiem łącznego, oficjalnego zadłużenia. To jest właśnie moment, w którym trzeba przestać mówić o „drukowaniu pieniędzy” jak o magicznej drukarce. Mechanizm działał dlatego, że za pieniądzem stała realna produkcja. Państwo zamawiało, przemysł produkował, ludzie pracowali. Wypłacano wynagrodzenia, rosła produkcja, rosło zatrudnienie, rosły wpływy państwa. Część zobowiązań finansowych krążyła w systemie jako instrument, który można było zamienić na zwykłe pieniądze. To było finansowanie gospodarki poprzez przyszłą produkcję i zdolność państwa do regulowania zobowiązań, a nie poprzez posiadany wcześniej stos złota.

I tu zaczyna się zasadnicze nieporozumienie.

 Moi polemiści mówią: „Ale przecież Hitler robił zbrojenia!” Oczywiście. „Ale przecież Niemcy rabowały podbite państwa!” Oczywiście. „Ale przecież były przymusowa praca i niewolnictwo!” Oczywiście. „Ale przecież system skończył się katastrofą!” Oczywiście, tylko że żadne z tych zdań nie odpowiada na pytanie o mechanizm pieniężny. To tak, jakby zapytać: „Jak działa silnik Diesla?” a odpowiedzieć: „Samochody powodują wypadki”. Zgoda, tylko co to ma wspólnego z silnikiem?

Czy zatem III Rzesza odkryła cudowny system?

 Nie i tutaj dochodzimy do miejsca, w którym warto zdjąć z oczu ideologiczne okulary. Mechanizm finansowania przez państwo niewykorzystanych zasobów może działać bardzo dobrze w sytuacji, gdy istnieją niewykorzystane zasoby produkcyjne. Jeżeli masz sześć milionów bezrobotnych ludzi, puste fabryki i ogromny popyt inwestycyjny, zwiększenie wydatków może gwałtownie zwiększyć produkcję. Kiedy jednak gospodarka dochodzi do granicy możliwości produkcyjnych, sytuacja się zmienia. Wtedy pojawia się konkurencja o surowce. Pojawiają się ograniczenia walutowe. Pojawia się problem importu. Pojawia się inflacja. I właśnie dlatego finansowanie państwa nie jest magiczną sztuczką. Pieniądz może mobilizować zasoby, ale pieniądz nie zastąpi zasobów. Jeżeli mamy 100 ton stali i stworzymy 200 mld jednostek pieniądza, nie otrzymamy 200 ton stali. Otrzymamy więcej pieniędzy konkurujących o te same 100 ton stali. I dlatego właśnie odpowiedzialna polityka pieniężna musi rozumieć granicę między mobilizowaniem niewykorzystanych możliwości a przegrzewaniem gospodarki. To jest różnica między ekonomią a bajką o drukarce. A Hitler? Tutaj także warto rozdzielić dwie rzeczy. Mechanizm pieniężny nie był Hitlerem. Hitler nie wymyślił państwowej teorii pieniądza. Nie wymyślił też weksli MEFO. Nie był ekonomistą. Jako dyktator posiadał jednak coś, czego żaden normalny demokratyczny rząd nie posiada w takim zakresie: możliwość podporządkowania całego państwa jednemu celowi. I właśnie tę możliwość wykorzystał. W 1933 r. rozpoczęto programy robót publicznych i masowej mobilizacji gospodarczej, ale bardzo szybko zbrojenia stały się dominującym motorem gospodarki. Mechanizm, który mógłby służyć odbudowie infrastruktury, przemysłu i zatrudnienia, został w ogromnym stopniu podporządkowany przygotowaniu do wojny i dlatego nie trzeba wybielać nazizmu, żeby analizować jego gospodarkę. Wręcz przeciwnie. Trzeba ją analizować właśnie dlatego, żeby zrozumieć, jak potężnym narzędziem jest pieniądz w rękach państwa.

Ciekawostka, która powinna dać do myślenia.

 2 stycznia 1939 r. magazyn TIME ogłosił Adolfa Hitlera „Człowiekiem Roku 1938”. I tutaj znowu zaczyna się polska produkcja intelektualnego zamieszania. Nie, TIME nie przyznał Hitlerowi pokojowej nagrody za zasługi. „Człowiek Roku” nie był wtedy nagrodą moralną. Chodziło o człowieka, który najbardziej wpłynął na wydarzenia mijającego roku - pozytywnie albo negatywnie. Sam TIME bardzo krytycznie opisywał Hitlera, a okładka przedstawiała go w jednoznacznie złowrogim kontekście.

 Jeszcze zabawniejszy jest drugi fakt. W 1939 r. szwedzki parlamentarzysta Erik Gottfrid Christian Brandt rzeczywiście zgłosił Hitlera do Pokojowej Nagrody Nobla, tyle że nominacja została wycofana 1 lutego 1939 r., a sam Brandt był antyfaszystą i - jak podaje archiwum Nobla, nie zamierzał traktować nominacji poważnie. Czyli nawet tutaj historia okazuje się bardziej skomplikowana niż internetowy mem: Hitler został „Człowiekiem Roku”, ale nie był to medal za dobroć. Został zgłoszony do Nobla, ale była to prowokacja. Historia jest jednak trochę bardziej wymagająca niż obrazek z Facebooka.

I teraz dochodzimy do pytania najważniejszego.

 Przecież nie po to przypominam tę historię, żeby zachwycać się III Rzeszą. Chodzi mi o coś zupełnie innego. Istnieje ogromna różnica między pytaniem: „Czy nazizm był dobry?” a pytaniem: „Czy państwo posiadające własną walutę może wykorzystać swój system pieniężny do uruchamiania niewykorzystanych zasobów gospodarki bez wcześniejszego zgromadzenia odpowiedniej ilości złota czy zagranicznego długu?”

 Na pierwsze pytanie odpowiedź jest oczywista. Na drugie odpowiedź również istnieje i właśnie tę drugą odpowiedź przez cały czas próbowałem wydobyć z moich szanownych polemistów. Bezskutecznie a przecież współczesny świat zna taki model Nie chodzi oczywiście o kopiowanie III Rzeszy. Chodzi o znacznie bardziej podstawową zasadę: państwo posiadające własną walutę, własny bank centralny, własny system bankowy i potężny sektor przemysłowy może prowadzić aktywną politykę kredytową i inwestycyjną, kierując środki finansowe do produkcji, infrastruktury i przemysłu. Istnieje dziś wielkie państwo, które właśnie w ten sposób połączyło własną walutę, silną kontrolę państwa nad sektorem finansowym, ogromne inwestycje infrastrukturalne, kredyt kierowany do przemysłu i długoterminową politykę przemysłową. I robi coś, czego zachodni dogmatycy przez lata nie potrafili zrozumieć: nie pyta najpierw, czy państwo ma wystarczająco dużo pieniędzy, tylko jak wykorzystać pieniądz do uruchomienia realnych zasobów gospodarki. Nie jest to oczywiście kopia Niemiec z lat trzydziestych. I bardzo dobrze. Nie ma potrzeby kopiować ustroju politycznego, ideologii, represji ani militaryzmu, żeby zrozumieć mechanizm finansowania rozwoju. Można wziąć z historii mechanizm i odrzucić zbrodniczy cel, do którego został wykorzystany. Tak samo jak można używać energii jądrowej bez budowania bomby atomowej.

No i zostało ostatnie pytanie.

 I właśnie dlatego w moim pierwotnym wpisie zadałem jeszcze jedno pytanie. Najważniejsze.

Który polski polityk dzisiaj proponuje rozwiązanie choćby zbliżone do idei wykorzystania własnego pieniądza i możliwości banku centralnego do finansowania strategicznych przedsięwzięć państwa zamiast automatycznego sięgania po zagraniczny kredyt?

 I tutaj zaczyna się problem, bo odpowiedź nie brzmi: Tusk, nie brzmi: Lewica, nie brzmi: PiS i - ku rozczarowaniu niektórych, nie brzmi też Braun. Najbliższym aktualnym przykładem jest propozycja prezydenta Karola Nawrockiego i prezesa NBP Adama Glapińskiego dotycząca tzw. „Polskiego SAFE 0 proc.”, czyli wykorzystania potencjału NBP i wzrostu wartości rezerw złota do krajowego finansowania wydatków obronnych zamiast zaciągania unijnej pożyczki. W przedstawionej koncepcji mowa była o wykorzystaniu zysku wynikającego ze wzrostu wartości złota i przekazaniu środków do funduszu przeznaczonego na bezpieczeństwo. To nie jest system MEFO. Nie jest to też kopia teorii Knappa i nie należy udawać, że jest. Jest to jednak ważny sygnał: po raz pierwszy od dawna w polskiej debacie politycznej pojawia się na poważnie pytanie, czy część strategicznych wydatków państwa musi być finansowana wyłącznie przez kolejne emisje długu oprocentowanego przez rynek lub instytucje zagraniczne. I właśnie dlatego warto tę propozycję analizować, zamiast ją wyśmiać. Można mieć do niej zastrzeżenia prawne. Można mieć zastrzeżenia księgowe. Można pytać o wpływ na inflację. Można pytać o granice kompetencji banku centralnego. Można pytać, czy rewaluacja złota rzeczywiście daje środki, czy tylko zmienia zapis księgowy. To wszystko są prawdziwe pytania ekonomiczne. Natomiast odpowiedź: „Nie ma darmowych pieniędzy!” jest mniej więcej tak odkrywcza jak stwierdzenie: „Nie ma darmowych obiadów”. Oczywiście, że nie ma. Problem polega na tym, kto, komu, na jakich warunkach i w jakiej formie finansuje inwestycję oraz co dzięki temu powstaje w realnej gospodarce.

I właśnie tutaj jest polski problem.

 Przez lata polskiej polityki gospodarczej nauczyliśmy się jednej rzeczy: pieniądz ma przyjść z zewnątrz. Pożyczka, fundusz, dotacja, kredyt, obligacja, środki europejskie inwestor zagraniczny, zagraniczny bank a jeżeli państwo chce zrobić coś większego, natychmiast pada pytanie: „A skąd weźmiemy na to pieniądze?” Otóż czasami trzeba postawić pytanie odwrotne: „Czy mamy ludzi, fabryki, technologię, surowce, energię i możliwości produkcyjne, żeby to zrobić?” Jeżeli odpowiedź brzmi „tak”, dopiero wtedy trzeba zastanawiać się, jak skonstruować system finansowania, który nie zniszczy gospodarki inflacją, ale pozwoli wykorzystać jej niewykorzystane możliwości. To jest właśnie istota problemu. Nie pieniądz sam w sobie. Realna gospodarka.

I dlatego tak bardzo rozbawiła mnie ta dyskusja.

 Dostałem od komentatorów całą serię odpowiedzi na pytania, których nie zadałem. Jeden opowiedział mi o niewolnictwie. Drugi o Wall Street. Trzeci zapewne za chwilę wyjaśni mi, że Hitler był zły. Nie mam jednak najmniejszego zamiaru z tym polemizować. Był, ale to jest wiedza z poziomu szkoły podstawowej. Mnie interesuje wiedza o poziom wyżej. Jak działał system? Kto go wymyślił? Jak działał pieniądz? Jak finansowano inwestycje? Dlaczego gospodarka mogła tak szybko uruchomić produkcję? Gdzie przebiegała granica tego mechanizmu? Dlaczego ten sam mechanizm doprowadzony do skrajności musiał się zderzyć z ograniczeniami surowcowymi, walutowymi i produkcyjnymi? I wreszcie: czy można wykorzystać suwerenny pieniądz do rozwoju pokojowej gospodarki zamiast do wojny? To jest pytanie, na które warto odpowiadać, bo pieniądz nie jest gospodarką i może właśnie to jest najważniejsza lekcja.

Pieniądz jest biletem do realnych zasobów.

 Jeżeli gospodarka ma niewykorzystanych ludzi, fabryki i możliwości produkcyjne, dodatkowy popyt może uruchomić produkcję. Jeżeli gospodarka pracuje na granicy możliwości, ten sam dodatkowy pieniądz może przede wszystkim podnieść ceny. Jeżeli państwo pożycza pieniądze na inwestycje, które zwiększają przyszłą produkcję, dług może być narzędziem rozwoju. Jeżeli pożycza na konsumpcję, która nie tworzy żadnego przyszłego dochodu, dług staje się kulą u nogi. Jeżeli państwo ma własną walutę, nie oznacza to, że może finansować wszystko bez ograniczeń, ale oznacza coś bardzo ważnego: nie jest finansowo skazane na zachowywanie się jak gospodarstwo domowe, i tego właśnie ogromna część naszych polityków, ekonomistów i - niestety, wyborców nie rozumie.

Największym problemem Polski nie jest brak pieniędzy.

Największym problemem Polski jest brak zrozumienia, jak pieniądz ma pracować dla realnej gospodarki. Dlatego wyborca dostaje kolejne obietnice. Tusk obiecuje. Lewica obiecuje. PiS obiecuje. Konfederacja obiecuje. Braun obiecuje a wyborca siedzi, słucha i wybiera tego, kto obieca mu więcej. Pięćset, pięćset plus, dopłatę, mieszkanie, kredyt, emeryturę, tarczę, dotację. I prawie nikt nie pyta: „Dobrze, ale jaki jest mechanizm gospodarczy, który to wszystko sfinansuje?”, bo to jest pytanie trudne i nudne. Nie ma w nim emocji, nie ma flagi, nie ma wroga, nie ma „zdrady”, nie ma „lewactwa”, nie ma „pisiorów”, nie ma „tusków”, nie ma nawet Brauna. Jest tylko ekonomia a ekonomia jest niestety bezlitosna. Można ludziom opowiadać dowolne bajki. Można nazwać przeciwnika neomarksistą. Można nazwać go nazistą. Można nazwać go neoliberałem. Można nazwać go ruskim agentem albo europejskim zdrajcą. Można nawet napisać trzydzieści akapitów o niewolnictwie, kiedy ktoś pyta o system pieniężny, ale na końcu zawsze pozostaje jedno pytanie: Kto ma wyprodukować to, co obiecaliście? I dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa polityka gospodarcza. Dlatego moje pytanie do komentatorów nadal pozostaje aktualne. Nie: „Czy Hitler był dobry?” Nie: „Czy nazizm był moralny?” Nie: „Czy niewolnictwo jest dobre?” To są pytania dla grzecznych dzieci. Moje pytanie brzmi: Czy państwo posiadające własny pieniądz może wykorzystać go do uruchamiania realnych zasobów gospodarki, finansowania inwestycji i budowy własnego potencjału produkcyjnego bez uzależniania się od zagranicznego kredytu? Niemcy lat trzydziestych pokazały, że można. Pokazały również, że można wykorzystać ten mechanizm do budowy gospodarki wojennej i doprowadzić go do granic wytrzymałości. Współczesne państwa pokazują, że można wykorzystać państwowy system pieniężny i kredytowy do długofalowego rozwoju przemysłu bez kopiowania nazistowskiego systemu politycznego.

A Polska?

 Polska nadal przede wszystkim pożycza. I dlatego właśnie moje ostatnie pytanie jest najważniejsze: Czy znajdzie się w Polsce polityk, który zamiast pytać najpierw „od kogo pożyczymy?”, zacznie pytać „co możemy sami wyprodukować, jakie mamy zasoby i jak zbudować własny system finansowania rozwoju?” Dziś pewien krok w tę stronę próbuje postawić Karol Nawrocki razem z Adamem Glapińskim poprzez koncepcję „Polskiego SAFE 0 proc.”. Czy jest to rozwiązanie dobre, to już jest osobny temat i wymaga poważnej analizy, ale przynajmniej postawiono właściwe pytanie. I może właśnie tego najbardziej brakuje nam w Polsce. Nie pieniędzy. Pytań, bo wyborca, który nie rozumie gospodarki, nie wybiera polityka według tego, jak działa jego program, tylko według tego, jak dobrze brzmią jego obietnice. A potem przez cztery lata dowiaduje się, że pieniędzy jednak zabrakło. I wybiera następnego. Ten obieca więcej.

A gospodarka, jak zwykle, wystawia rachunek.

  • Zaloguj lub zarejestruj się aby dodawać komentarze
  • Odsłony: 186
Zbyszek_S

Zbyszek

12.09.2026 08:50

Dobry, ciekawy tekst.

Dla mnie to istnieje zakres "dóbr", który chcą mieć ludzie i istnieje zakres dóbr który są gotowi w zamian za nie zaoferować. Popyt i podaż. Przecięcie tych dwóch sfer to potencjalny rynek. Żeby mogli się wymienić - jeden wyspiarz z drugim na drugiej wyspie - jabłkami na pomarańcze, potrzebny jest środek wymiany, łódki, którymi się te owoce przetransportuje, bo bez środka wymiany jeden zostanie z pomarańczami, a drugi z jabłkami i żaden nie będzie sadził nowych drzew bo i po co, tyle co na własne potrzeby, a nie potrzeby tego drugiego.

Tak z pieniądzem, który jest środkiem wymiany. Jak go nie ma, to do wymiany nie dochodzi i produkcja się minimalizuje do autarktycznych potrzeb.To był właśnie powód rewolucji Amerykańskiej a nie herbata w Bostonie. Stany chciały po prostu emitować własny pieniądz w miejsce opartego na złocie pieniądza angielskiego, bo ilość tamtego była za mała, żeby życie się rozwijało.

Ale są procesy, który wymagają włożenia zasobów w postaci pracy i materiałów - które ktoś musi dać, zaś w zamian zaoferują coś dopiero po dłuższym czasie. Tu właśnie wchodzi kredyt, który jest przyszłą konsumpcją zamrożoną na pewien czas. Jest to niezbędne i dość jasne. Jeśli po upływie tego czasu efekt inwestycji znajdzie nabywców, kredytobiorca oddaje "pożyczoną konsumpcją", a ona jest realizowana na jego produktach. Jednak ponieważ powstało nowe, dodatkowe źródło dóbr powszechnie chcianych i produkowanych to gospodarka wzrosła, zaś powinna wystąpić dodatkowa emisja pieniądza pokrywająca ów dodatkowy wzrost.

Jeśli produkt inwestycji nie znajdzie nabywców, to "zamrożona konsumpcja" w postaci kredytu nie zostanie zrealizowana, zatem wszyscy stracą w jakiejś tam części na tym, w zależności od mechanizmu kredytu lub pożyczki, z zaznaczeniem, że pożyczka jest konkretną konsumpcją - bo to pieniądze już istniejące, a kredyt odłożoną w czasie, bo to pieniądze wytworzone na potrzebę inwestycji.

Przejście do realnie dziejącej się polityki nie jest dobre. W tej rzeczywistości działają mechanizmy, o których możemy nie wiedzieć i takie, o których się nie mówi czy nie wypada mówić. Chodzi mniej więcej o to, że Bank Rozliczeń Międzynarodowych w Bazylei nie podlega... i teraz uwaga... jurysdykcji ŻADNEGO PAŃSTWA. Resztę można sobie "dośpiewać".

Kluczowe dla gospodarki jako takiej są:

  • trafne, a nie chybione inwestycje - to wybór między wzrostem a upadkiem
  • stwarzanie pola do aktywności najbardziej twórczych i merytorycznych osób, ze zbioru obywateli

Problemem państw komunistycznych było to drugie, czy się stoi czy się leży i ten Polak od komputerów, co zaczął świnie hodować. To samo mamy dzisiaj, gdzie miernoty obsiadają szczyty drabiny społecznej, gdzie selekcja w górę jest negatywna i to praktycznie w większości przestrzeni społecznych, więc pole dla aktywności najlepszych jest wąskie.

Kwestie polityki kredytowej i pieniężnej są wrażliwe na wpływy zewnętrzne - nawet Hitler ukrywał wewnętrzne kredytowanie. W Polsce dość rozsądnie - choć nie ze wszystkim trzeba się zgadzać - wypowiada się prof. Kołodko, były wicepremier i minister finansów za czasów SLD. Ale on nie jest politykiem, za to bywa zapraszany do państwa o nazwie Chiny.

Mamy mały wpływ na to, co w tej dziedzinie, chyba że jako ćwiczenia intelektualne. Ważniejszy jest kapitał społeczny i realny zakres wartości. Wymieramy jako ludność, bo następne pokolenie będzie połową obecnego (kobieta rodzi ok 1 dziecka). No ale warto się pogimastykować.

Zbyszek_S

Zbyszek

12.09.2026 08:54

I co "Hitlera", on pożyczył od Niemców ich konsumpcję na zbrojenia. Gdyby nie poszedł na wojnę, to by się okazało, że na produkt - "czołgi" nie ma zapotrzebowania wśród Niemców, więc trzeba by im ująć z tego, co jest. Wszystkie ich oszczędności i majątki stałyby się "zastawem". To była droga w jedną stronę. Smutną i tragiczną. Ale im wszystkim odbiło, więc słusznie zostali pokarani.

mjk1

mjk1

12.09.2026 10:58

W odpowiedzi do: Zbyszek

Chyba pierwszy raz Panie Zbyszku na tym portalu ktoś rzeczywiście odpowiedział na pytania, które zadałem, zamiast odpowiadać na własne. Szczególnie cenię uwagę o Bazylei. Rynek to jedno, a reguły, według których ten rynek działa, to drugie. BIS nie ustala wprawdzie kursów walut, ale środowisko Bazylei ma ogromny wpływ na międzynarodowe reguły finansowe. I mam wrażenie, że jest Pan jedną z nielicznych osób tutaj, które naprawdę wiedzą, jak to działa.

Zgadzam się też z pańską najważniejszą tezą: problemem nie jest samo tworzenie pieniądza, lecz na co ten pieniądz zostanie skierowany. Trafna inwestycja zwiększa przyszłą produkcję i pozwala spłacić finansowanie. Chybiona - zostawia rachunek. I właśnie tu widzę ogromną przewagę Polski. Nasze położenie daje nam całe sektory, w których przyszły popyt jest niemal wpisany w geografię: transport i kolej, porty, energetykę i sieci, magazyny, mieszkania, przemysł maszynowy, przetwórstwo, elektronikę czy nowoczesne technologie.

Co do Hitlera - pełna zgoda. Pożyczył przyszłą konsumpcję Niemców, żeby finansować wojnę, ale gdyby tę samą zdolność finansowania skierował na mieszkania, domy, samochody i dobra konsumpcyjne, historia gospodarcza wyglądałaby zupełnie inaczej. Człowiek nie potrzebuje trzech Messerschmittów ani dwóch czołgów. Drugiego mieszkania, domu czy samochodu - owszem.

I chyba właśnie tu tkwi sedno całej dyskusji: pieniądz sam w sobie nie buduje ani dobrobytu, ani wojny. Buduje je dopiero to, co za jego pomocą finansujemy. Dlatego ważniejsza od pytania „ile pieniędzy stworzyć?” jest odpowiedź na pytanie: „kto potrafi wskazać, gdzie je skierować, żeby za kilka lat było czegoś więcej, a nie tylko więcej długu?”.

u2

u2

12.09.2026 18:36

"Tusk obiecuje. Lewica obiecuje. PiS obiecuje. Konfederacja obiecuje. Braun obiecuje a wyborca siedzi, słucha i wybiera tego, kto obieca mu więcej."

Politycy grają na emocjach. Im silniejsze emocje tym lepiej oddziaływują na wyborców. Obiecywać trzeba umieć. Akurat Mentzen i Braun obiecują państwo minimum, jak rasowi liberałowie- aferałowie. Taki program miał również Tusk jak doszedł po raz pierwszy do władzy. 

Tyle, że obiecanki-cacanki, a głupiemu radość. Tusk jest mistrzem w obiecywaniu, nikt mu w tym nie dorównuje na polskiej scenie politycznej. Obiecywał np. likwidację Senatu w 2008. Ale jak już doszedł do władzy, to stwierdził, że Senat to bedzie miejsce, w którym umieści swoich zasłużonych partyjnych kumpli na intratnych posadkach

Obecnie Tusk doszedł do władzy obiecując 100 konkretów w 100 dni i obiecując rozliczenia PiS i Kaczyńskiego za rzekome złodziejstwa. Jakoś topornie mu te rozliczenia idą i dlatego nawet się pokajał, co zdarza mu sie niezwykle rzadko. Zwykle gra faceta, który nigdy się myli. 

Tusk ma do pomocy usłużne merdia typu TVN, założone z ITI Panama i krwawej kasy ukradzionej Polakom w aferze FOZZ. Tusk ma zdobyte TVP w fałszywej likwidacji, które obiecał zlikwidować, ale dotuje je jeszcze więcej niż Kaczyński. Dzisiaj obejrzałem kawałek TVP Info przed 18-tą i tam leciał non-stop atak na ministra Ziobro, prezesa Kaczyńskiego, posłów PiS, zwłaszcza Michała Moskala. No i oczywiście na prezydenta Nawrockiego. Zrobił się taki gówniany tuskowy antypolski ściek.

PS. Co do polityki pieniężnej Hitlera to nie był cudotwórcą. Miał kredyty u bankierów, nie tylko niemieckich, które wykorzystał na zbrojenia. Kredytów nie zamierzał spłacać, więc poszedł na wojnę z całym światem. Gdyby nie ta wojna z Rosją, to by opanował całą Europę i by rządził dużo dłużej. Problem hitlerowskich  Niemiec polegał na braku surowców. Wystarczy poczytać w jaki sposób pozyskiwali paliwo lotnicze. W sumie 2 wojna światowa to była wojna o surowce. Niemcy postawili również na pracę niewolniczą, to był tylko gwóźdź do trumny Hiltera, bo z niewolnika nie ma pracownika :)

mjk1

mjk1

12.09.2026 20:52

W odpowiedzi do: u2

Znowu nie zrozumiałeś wpisu U2, ale nie przejmuj się, tu większość tak ma i na razie tylko Pan Zbyszek, zrozumiał niestety. Nie chodziło mi o to, kto więcej obiecuje. Z tym się nawet zgadzam - obiecują wszyscy, a Tusk rzeczywiście doprowadził tę sztukę do wysokiego poziomu profesjonalizmu. Problem jest wcześniejszy i znacznie poważniejszy: czy wyborca rozumie, co właściwie obiecuje mu polityk i jaki mechanizm gospodarczy stoi za tym programem? Można obiecać 800+, można obiecać niższe podatki, można obiecać państwo minimum, można obiecać mieszkania i można obiecać inwestycje. Tyle że są to zupełnie różne modele państwa. I właśnie dlatego we wpisie pojawia się Nawrocki. Nie dlatego, że „obiecuje więcej”, ale dlatego, że w jego otoczeniu pojawiła się próba postawienia pytania, czy państwo posiada własne narzędzia finansowania strategicznych inwestycji, zamiast za każdym razem iść po pieniądz do zewnętrznego wierzyciela. Jeżeli wyborca tego nie rozumie, to rzeczywiście głosuje jak klient supermarketu: „Ten daje 500, ten 800, a ten obniży podatek - biorę tego trzeciego”.

I to właśnie było sednem mojego wpisu!!!

Co do Hitlera, tu również powtarzasz dość popularny mit, że „bankierzy dali mu kredyty na zbrojenia, których nie zamierzał spłacić”. To jest tylko część obrazu. Niemcy miały oczywiście zagraniczne zobowiązania, szczególnie odziedziczone po okresie Republiki Weimarskiej, ale mechanizm finansowania ogromnej części zbrojeń po 1933 roku był przede wszystkim wewnętrzny. Schacht stworzył system weksli MEFO - formalnie wystawianych przez podstawioną spółkę, faktycznie gwarantowanych przez państwo, przyjmowanych przez niemieckie przedsiębiorstwa i banki oraz możliwych do zamiany na pieniądz w Reichsbanku. Czyli nie wyglądało to tak, że Hitler poszedł do zagranicznych bankierów, pożyczył pieniądze i kupił czołgi. Bardziej tak, że państwo stworzyło wewnętrzny mechanizm kredytowy, którym uruchomiło niewykorzystane moce produkcyjne Niemiec i skierowało je na zbrojenia. I tu właśnie zaczyna się ciekawy fragment tej historii, bo problemem nie było samo stworzenie tego finansowania. Problemem było to, co za nie produkowano. Jeżeli uruchamiasz hutę, fabrykę, ludzi i maszyny po to, żeby budować mieszkania, elektrownie, samochody, kolej czy urządzenia przemysłowe, powstaje majątek, którego później używa społeczeństwo. Jeżeli uruchamiasz dokładnie te same zasoby, żeby produkować tysiące czołgów i samolotów bojowych, powstaje gospodarka, która wcześniej czy później potrzebuje wojny. Przeciętny Niemiec mógł kupić samochód. Mógł kupić dom. Mógł kupić meble, ale raczej nie planował kupić sobie Messerschmitta i postawić go obok garażu.

I właśnie dlatego napisałem ten wpis.

Nie po to, żeby udowadniać, że Hitler był cudotwórcą, tylko po to, żeby pokazać, że system pieniężny jest narzędziem, a najważniejsze pytanie brzmi: kto tworzy pieniądz, komu go udostępnia i na co zostaje on skierowany?

Dopóki wyborca tego nie rozumie, może znać wszystkie afery Tuska, wszystkie afery PiS, wszystkie przemówienia Brauna i wszystkie wykłady Mentzena a nadal nie będzie wiedział, dlaczego właściwie na któregoś z nich głosuje.

I to jest znacznie poważniejszy problem niż same „obiecanki-cacanki”.

u2

u2

12.09.2026 21:12

W odpowiedzi do: mjk1

"I to właśnie było sednem mojego wpisu!!!"

No i po co się tak gorączkujesz? Ja się odniosłem do interesującego mnie fragmentu. Mam własne poglądy, które niekoniecznie są zbieżne z twoimi. Dlatego je prezentuję, a nie tylko potakuję.

Pieniądze to pewna forma wirtualnej energii, za pomocą której ludzie wchodzą w różne interakcje i powodują określone skutki. Hitler postanowił się zemścić za rzekome, a może nawet rzeczywiste upokorzenie, którego doznał podczas 1 wojny światowej. Tutaj nakierował swoją energię i energię Niemców, czy Austriaków. Podobnie Lenin i Trocki, którzy mieli kredyty z Niemiec i z USA i nakierowali tę energię przeciwko caratowi i całkiem przypadkowym ludziom, którzy byli niechętni rewolucji bolszewickiej, która polegała na masowym mordowaniu wszystkich, którzy się nie zgadzali na władzę bolszewików.

Co do Polski, to PIS, czyli Program Inicjatyw Strategicznych, jest torpedowany przez ferajnę Tuska.Takie są uroki demokracji i rządów które trwają jedna, góra dwie kadencje parlamentarne.Tuskowi wystarcza bycie wasalem Niemiec. Taka jest jego rola i wyżej swoich 4 liter nie podskoczy :)

mjk1
Zawód:
mjk1

Statystyka blogera

Liczba wpisów: 242
Liczba wyświetleń: 307 142
Liczba komentarzy: 4 716

Ostatnie wpisy blogera

  • Elektoraty na ławie oskarżonych. Dużo wiary, mało rozumu.
  • BRAUN I JEGO WYZNAWCY: DUŻO GNIEWU, MAŁO ODPOWIEDZI
  • Braun chce naprawić Polskę. Tylko jak konkretnie?

Moje ostatnie komentarze

  • Twój wpis jest bardzo efektowny Grzesiu. Piszesz o niewolnictwie, żeby dowieść, że fakt, iż jakiś system potrafi generować zysk czy wzrost produkcji, nie oznacza jeszcze, że jest dobry. Oczywiście.…
  • Znowu nie zrozumiałeś wpisu U2, ale nie przejmuj się, tu większość tak ma i na razie tylko Pan Zbyszek, zrozumiał niestety. Nie chodziło mi o to, kto więcej obiecuje. Z tym się nawet zgadzam -…
  • Chyba pierwszy raz Panie Zbyszku na tym portalu ktoś rzeczywiście odpowiedział na pytania, które zadałem, zamiast odpowiadać na własne. Szczególnie cenię uwagę o Bazylei. Rynek to jedno, a reguły,…

Najpopularniejsze wpisy blogera

  • Wotum zaufania
  • Jakiego Państwa tak naprawdę chcemy?
  • Czy za rządzenie odpowiedzialny jest rząd?

Ostatnio komentowane

  • u2, "I to właśnie było sednem mojego wpisu!!!"No i po co się tak gorączkujesz? Ja się odniosłem do interesującego mnie fragmentu. Mam własne poglądy, które niekoniecznie są zbieżne z twoimi. Dlatego je…
  • mjk1, Znowu nie zrozumiałeś wpisu U2, ale nie przejmuj się, tu większość tak ma i na razie tylko Pan Zbyszek, zrozumiał niestety. Nie chodziło mi o to, kto więcej obiecuje. Z tym się nawet zgadzam -…
  • u2, "Tusk obiecuje. Lewica obiecuje. PiS obiecuje. Konfederacja obiecuje. Braun obiecuje a wyborca siedzi, słucha i wybiera tego, kto obieca mu więcej."Politycy grają na emocjach. Im silniejsze emocje…

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2008 - 2026, naszeblogi.pl

Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | tvrepublika.pl | albicla.com

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Do czego są one potrzebne może Pan/i dowiedzieć się tu. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek. | Polityka Prywatności

Footer

  • Kontakt
  • Nasze zasady
  • Ciasteczka "cookies"
  • Polityka prywatności