Tak właśnie brzmi oficjalny refren, który obiegł stolice od Waszyngtonu po Pekin, od Sztokholmu po Tel Awiw. Rosyjski Ch-101, który o 3.40 wleciał w polską przestrzeń, przeleciał prawie sto kilometrów i wybuchł na polu pod Tarnawą-Kolonią, zostawiając dziesięciometrowy lej, stał się w oczach świata jedynie „ubocznym skutkiem” masowego ataku na Ukrainę.
Prasa rosyjska, z TASS na czele, szybko podchwyciła słowa Tuska, że Polska nie była celem, i z lubością podkreśliła, że premier nazwał obiekt „rosyjską rakietą” jeszcze przed zakończeniem ekspertyzy – „jakoby”, dodając swój ulubiony dystans. Chińskie media, jak CGTN, odezwały się krótko i faktograficznie: podejrzewany rosyjski pocisk, trwają badania, bez większych emocji. Indyjskie tytuły – Times of India i The Hindu – relacjonowały spokojnie: upadek, scramble NATO, ofiary w Ukrainie, zero eskalacyjnej histerii. Izraelski Jerusalem Post dodał nutę niepokoju o serię naruszeń wschodniej flanki, ale też bez paniki. Amerykańskie NYT, CNN i Reuters skupiły się na reakcji sojuszu: Rutte nazwał to „lekkomyślnym aktem”, generałowie rozmawiali, obrona aktywowana, lecz nikt nie mówił o artykule piątym. Skandynawowie, z premierem Szwecji na czele, potępili naruszenie i zapewnili o solidarności. Włoskie i hiszpańskie media powtórzyły Tuska i NATO, nazywając incydent „imprudentnym”. Al Jazeera i media bliskowschodnie ostrzegały przed spilloverem, francuskie (France 24, Le Figaro) cytowały Macrona potępiającego ataki i naruszenie przestrzeni, a niemieckie – z komentarzem Merza o rosyjskiej gotowości do eskalacji – pytały o artykuł czwarty. Ukraińskie tytuły, jak Ukrainska Prawda, były najbardziej zdecydowane: to Ch-101, naruszenie NATO, czas na więcej systemów obrony powietrznej dla Kijowa.
Wszędzie to samo: jedna rakieta wojny nie czyni. NATO potwierdziło, że to rosyjski pocisk. Mark Rutte nazwał to „lekkomyślnym aktem”. Donald Tusk zapewnił, że wojsko było gotowe zestrzelić pocisk, gdyby tylko kontynuował lot. F-16 poderwał się, radary działały, procedury wojskowe zadziałały. Wszystko w porządku.
Tylko że o 3.46 obiekt zniknął z ekranów, a syreny w Lublinie i okolicach odezwały się dopiero około 3.50. Albo później. Albo wcale – w zależności od tego, kogo się zapyta. Mieszkańcy mówią o huku, który wytrząsnął okna, o samolotach nad głową i o tym, że nikt ich nie ostrzegł. Media dostały informacje z opóźnieniem. Aplikacja? Żadnej. Wzorem Ukraińców, którzy od lat mają w telefonach system ostrzegania o zagrożeniu rakietowym, my wciąż czekamy. Bo przecież „jedna rakieta wojny nie czyni”.
Wojskowi byli gotowi. To nie ulega wątpliwości. Systemy radiolokacyjne złapały obiekt, myśliwiec poszedł w powietrze, gotowość obrony powietrznej podniesiono. Gdyby pocisk leciał dalej, w kierunku zabudowań, zostałby zestrzelony. Tak twierdzi premier, tak twierdzi MON. I nie ma powodów, by im nie wierzyć. Problem leży gdzie indziej – w obronie cywilnej, która nie zareagowała na czas. Kto nie uruchomił syren wcześniej? Kto nie przekazał ostrzeżeń do mediów? Kto nie zadbał, by mieszkańcy wschodniej Polski wiedzieli, że coś leci, zanim huk rozniósł się po polach?
Pytania wiszą w powietrzu jak dym nad kraterem. Czy ktoś odpowie? I kto powinien? Wojewoda? Rządowe Centrum Bezpieczeństwa? MON? A może wszyscy po trochu, bo system ostrzegania ludności wciąż wygląda jak relikt z czasów, gdy zagrożenie oznaczało głównie powódź albo śnieżycę. Ukraina, żyjąc w stanie ciągłego ataku, stworzyła mobilną aplikację, która w sekundach informuje o zbliżającym się niebezpieczeństwie. My wciąż polegamy na syrenach, które czasem grają z opóźnieniem, i na komunikatach, które docierają, gdy już po wszystkim.
Czy wyciągniemy wnioski? Czy wreszcie powstanie polski odpowiednik ukraińskiego systemu ostrzegania, zintegrowany z aplikacją, z mediami, z lokalnymi służbami? Czy inwestycje w obronę cywilną przestaną być traktowane jak niechciany dodatek do budżetu wojskowego? A może – jak zwykle – skończy się na obarczaniu winą opozycji, a opozycja obarczy winą rządzących? Jedni powiedzą: „To przez poprzedników, że system nie działa”. Drudzy: „To przez obecnych, że nie zareagowali”. I tak w kółko, aż do następnej rakiety, która – miejmy nadzieję – też spadnie na puste pole.
Bo świat reaguje spokojnie. Jedna rakieta wojny nie czyni. Ale jedna rakieta wystarczy, by pokazać, gdzie kończy się gotowość wojska, a zaczyna luka w ochronie zwykłych ludzi. I jeśli z tego incydentu nie wyniknie nic poza partyjnymi przepychankami, to następnym razem możemy już nie mieć luksusu spokojnej reakcji.
Jarosław Banaś
Po prostu natłok wiadomości światowych powoduje że każda kolejna okazuje się tą ,,gorszą''. Teraz dystans wobec rakiety pod Lublinem przykryły wiadomości z Ceuty. Wcale też nie jest powiedziane, ze i ten problem nas nie dotknie.
Jest nagranie z centrum operacyjnego :
- Jasiek patrz na monitor, coś leci
- Jprd, faktycznie leci
- Zawołaj szefa
- Szefie, tu kurwa coś leci!
- Jprd, faktycznie. Kto ma naładowaną komórkę?
Dawaj. Halo, panie pułkowniku, melduję, że leci to,
co mówiliście, że nie doleci.
- Dzwoń do generała i nie mów, że ze mną rozmawiałeś.
- Panie generale, to leci.
- Co leci?
- Kryptonim: bocian.
- Jprd! Macie numer do Kosiniaka lub do Kamysza?
- Ja nie mam, ale chyba żona ma do jego starej.
- No to na co kurwa czekacie?!
- Panie generale
- Czego tam kurwa jeszcze?
- Bocian już wylądował!
Jedna rakieta wojny nie czyni, daje casus belli.
Nie ma jednak mowy o jednej rakiecie, bo rok temu przez środki masowego przekazu jedynie przeleciała, jak rakieta, wypowiedź rosyjskiego generała, że oni zawsze tak je kierują aby atakowały okolice Lwowa od Zachodu. Wypowiedź nie wzbudziła najmniejszego zainteresowania.
Wszędzie gdzie pojawia się premier Tusk, tam zaczyna się dziać coś niedobrego. Nie inaczej na Lubelszczyźnie. Spotkał się w Lublinie z Zełeńskim i od razu Rosjanie wystrzelili próbną rakietę, sondując zdolności obronne Polski :)
Serio? Wystrzelili 7,5 metrowy pocisk za miliony dolarów o zasięgu tysięcy kilometrów na Polskę? Ale serio? Żeby testować?
Chcieli ustrzelić Tuska, ale rakieta się spóźniła.
Ale jaka jest właściwie teza tekstu?
To przegląd mediów światowych. Nie ma tezy. Fakty.