Od wielu tygodni w tym cyklu próbuję opisać nie tyle politykę, ile sposób, w jaki o niej rozmawiamy. Wielu Czytelników pyta mnie: „No dobrze, ale co z tego wynika? Gdzie jest rozwiązanie?” Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że odpowiedź jest znacznie mniej wygodna, niż chciałbym napisać. Politycy się nie zmienią, dopóki nie zmienią się wyborcy. To zdanie może zabrzmieć prowokacyjnie. Przecież od lat słyszymy, że to politycy są źródłem całego zła. Kłamią. Obiecują. Skłócają ludzi. Nie dotrzymują słowa. Dbają o własne interesy. Traktują państwo jak łup wyborczy. To wszystko prawda. Tylko że rzadko zadajemy sobie drugie pytanie.
Dlaczego im się to opłaca?
Przecież polityk nie działa w próżni. Jest produktem systemu, który sam doskonale rozumie. Wie, co zwiększa poparcie, a co je zmniejsza. Wie, czego oczekują jego wyborcy i czego oni gotowi są mu wybaczyć. I właśnie tutaj zaczyna się problem. Od dawna mam wrażenie, że przestaliśmy wybierać polityków. Zaczęliśmy wybierać drużyny. Coraz częściej nie głosujemy na program, kompetencje czy charakter. Głosujemy przeciwko tamtym. Potem bronimy swoich bez względu na wszystko. Jeżeli „nasz” polityk popełni błąd - szukamy usprawiedliwienia. Jeżeli dokładnie to samo zrobi przeciwnik - żądamy dymisji. Jeżeli „nasz” zmieni zdanie - mówimy, że dostosował się do sytuacji. Jeżeli zrobi to przeciwnik - nazywamy go hipokrytą.
To już nie jest polityka. To jest kibicowanie.
Najbardziej niepokoi mnie jednak coś innego. Coraz częściej mam wrażenie, że największym grzechem polityka nie jest zła decyzja. Największym grzechem staje się krytyka własnego środowiska. Wystarczy zwrócić uwagę na ewidentny błąd „swoich”, a natychmiast pojawia się pytanie: „Czyli jesteś za tamtymi?” Nie. Można uważać Donalda Tuska za fatalnego premiera i jednocześnie krytykować błędy PiS. Można popierać Nawrockiego i nie zgadzać się z każdą decyzją Kaczyńskiego. Można być konserwatystą i nie akceptować języka części prawicy. Można być liberałem i nie zgadzać się z każdym pomysłem Platformy. Tylko że dziś coraz mniej osób dopuszcza taką możliwość. Polityka została sprowadzona do prostego wyboru. Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam. Nie ma nic pomiędzy.
To właśnie dlatego politycy przestali bać się własnych wyborców.
Wiedzą bowiem, że najwierniejszy elektorat wybaczy wszystko. Wystarczy wskazać większego wroga. Wystarczy powiedzieć: „Jeżeli nie my, to oni.” I znowu działa.
Przez ostatnie miesiące prowadziłem dziesiątki dyskusji pod swoimi tekstami. Coraz częściej zauważałem ten sam mechanizm. Piszę o strategii. Odpowiedź brzmi: Tusk. Piszę o komunikacji. Odpowiedź: TVN. Piszę o błędach prawicy. Odpowiedź: a Platforma? Piszę o rozwiązaniach. Odpowiedź: Niemcy. Nie dlatego, że te tematy są nieważne. Dlatego, że bardzo często służą jako ucieczka od odpowiedzi na pytanie, które właśnie padło. W ten sposób można rozmawiać bez końca, ale niczego się nie zmieni. Politycy doskonale to rozumieją dlatego coraz mniej proponują a coraz częściej mobilizują. Nie mówią: „Zrobimy lepszą szkołę.” Mówią: „Tamci zniszczą szkołę.” Nie mówią: „Naprawimy ochronę zdrowia.” Mówią: „Tamci ją zlikwidują.” Nie mówią: „Oto nasz plan.” Mówią: „Bójcie się przeciwnika.” I to działa, bo my również zaczęliśmy oczekiwać emocji zamiast rozwiązań. Nie nagradzamy tych, którzy przyznają się do błędów. Nagradzamy tych, którzy najgłośniej krzyczą. Nie szanujemy polityka, który potrafi powiedzieć: „Tu popełniliśmy błąd.” Znacznie chętniej oklaskujemy tego, który odpowie: „A tamci byli gorsi.”
Czy naprawdę dziwi nas więc, że politycy właśnie tak się zachowują?
Przecież robią dokładnie to, za co otrzymują nasze głosy. Nie twierdzę, że wszyscy wyborcy są tacy sami. Na szczęście nie. Wielu ludzi naprawdę szuka argumentów, chce rozmawiać i potrafi zmienić zdanie, ale odnoszę wrażenie, że są coraz cichsi. Coraz trudniej przebić się przez polityczny hałas a przecież demokracja nie polega na tym, żeby bezkrytycznie kochać swoich. Demokracja polega na tym, żeby wymagać od swoich więcej niż od przeciwników, bo tylko wtedy polityk zaczyna bać się wyborcy. Nie wtedy, gdy wyborca klaszcze, tylko wtedy, gdy mówi: „Tego nie akceptuję.”
Marzy mi się polityka, w której największym kapitałem nie będzie lojalność wobec partii, lecz wiarygodność. W której polityk bardziej będzie bał się zawieść własnych wyborców niż zaatakować przeciwnika, ale to się nie stanie samo. Nie zmieni tego żadna ustawa. Nie zmieni tego żadna telewizja. Nie zmieni tego nawet najlepszy lider.
To mogą zmienić tylko wyborcy.
Dopiero wtedy, gdy zaczniemy nagradzać odpowiedzialność zamiast plemiennej lojalności. Gdy zaczniemy wymagać od swoich więcej niż od obcych. Gdy przestaniemy traktować krytykę jako zdradę. Gdy nauczymy się oddzielać człowieka od jego argumentów. Prawda jest brutalna. Politycy są znacznie bardziej podobni do swoich wyborców, niż chcielibyśmy przyznać.
Są naszym odbiciem.
Jeżeli więc od lat narzekamy, że politycy stają się coraz gorsi, warto zadać sobie jedno, znacznie trudniejsze pytanie. Czy przypadkiem nie nagradzamy właśnie tych zachowań, które później tak chętnie potępiamy?
Politycy naprawdę się zmienią, ale dopiero wtedy, gdy zaczną bać się nie przeciwników tylko własnych wyborców.
Postawiłeś tezę. Zbadajmy na jakiej podstawie. Sam napisałeś, że na podstawie statystyk i jasno to wyraziłeś: "Przez ostatnie miesiące prowadziłem dziesiątki dyskusji pod swoimi tekstami.". Proponuję dokładniej sprawdzić bazę, na której się opierasz. Z kim toczyłeś te dyskusje? Też z dziesiątkami osób, czy z kilkoma? To były różnorodne osoby, czy ciągle te same? Wymień, proszę, te osoby, z którymi dyskusje doprowadziły cię do tych wniosków. Wtedy będzie można ocenić, na ile to jest statystycznie istotne.
Moim zdaniem to nie są żadne statystyki, tylko twoje anegdoty. Jak ta grupa kilku osób na tym portalu ma niby reprezentować wyborców w Polsce? Bez wskazania liczby ludzi, metody i danych o nich to nie jest analiza, tylko publicystyczne wrażenie uogólnione do teorii o wyborcach. To jest elementarny błąd rozumowania.
Przecież ja nigdzie nie twierdzę, że przeprowadziłem badanie socjologiczne ani nie publikuję pracy naukowej Panie Grzegorzu. To jest felieton publicystyczny oparty na wielomiesięcznych obserwacjach prowadzonych podczas dyskusji pod własnymi tekstami. Publicystyka od zawsze polega na wyciąganiu wniosków z obserwacji rzeczywistości, a nie na budowaniu modeli statystycznych z próbą reprezentatywną. Gdyby przyjąć Pana kryterium, należałoby uznać, że felietonista nie może napisać praktycznie niczego, dopóki nie zleci badań opinii publicznej.
Co więcej, moje obserwacje nie ograniczają się wyłącznie do Naszych Blogów. Dokładnie te same mechanizmy widzę na Facebooku, X, YouTube i pod materiałami prasowymi: natychmiastowe przechodzenie na "a tamci są gorsi", niechęć do krytyki własnego obozu, utożsamianie każdej uwagi z poparciem dla przeciwnika czy odchodzenie od meritum na rzecz personalnych sporów. Nasze Blogi są jedynie miejscem, gdzie mogłem te mechanizmy obserwować najdokładniej, bo tu od miesięcy prowadzę regularne dyskusje.
Nie twierdzę też, że każdy wyborca zachowuje się w ten sposób. Piszę o zjawisku, które - moim zdaniem - jest na tyle częste, że zaczyna wpływać na kulturę debaty i w konsekwencji na zachowania polityków. To jest teza publicystyczna, z którą można się zgodzić albo polemizować, ale nie udaję, że przedstawiam raport GUS czy wyniki CBOS.
Najciekawsze jest jednak coś innego. Zamiast odnieść się do głównego pytania wpisu - dlaczego politycy przestali liczyć się z własnymi wyborcami - kolejny raz rozmawiamy o metodologii felietonu. A to samo w sobie bardzo dobrze pokazuje mechanizm, o którym od miesięcy piszę.
Metodologia jest kluczowa. Proszę wymienić te osoby, z którymi dyskusje doprowadziły cię do uznania, że opisane zjawisko jest masowe i można to uogólnić na większość Polaków, czy pisowców. O jakiej konkretnie grupie Polaków napisałeś i na podstawie rozmów z jakimi konkretnie osobami? Z rozmów z iloma osobami wyciągnąłeś swoje wnioski? Póki nie odpowiesz na te pytania, nie będzie można uznać twojego opisu elektoratu za wiarygodny. Bo ja ci mogę odpisać: a z moim rozmów wynika coś przeciwnego. I co wtedy? Na jakiej podstawie mamy uznać, że twoje rozmowy są w jakikolwiek sposób reprezentatywne?
Mam wrażenie, że znowu rozmawiamy o dwóch różnych rzeczach Panie Grzegorzu. Ja nie napisałem artykułu naukowego ani raportu socjologicznego. Napisałem felieton publicystyczny oparty na wieloletnich obserwacjach i dziesiątkach dyskusji prowadzonych nie tylko na Naszych Blogach, ale również w innych miejscach. Gdybym twierdził, że „74% wyborców zachowuje się w określony sposób”, wtedy rzeczywiście powinienem przedstawić metodologię, próbę badawczą i analizę statystyczną. Felieton jednak rządzi się innymi prawami. Tak samo jak Pan pisze, że „NB to ściek”, „większość Polaków to spike'i” albo że „dominują tu głupki i chamy”. To również są publicystyczne oceny, a nie wyniki badań socjologicznych.
Poza tym mam wrażenie, że znowu odchodzimy od głównego problemu. Istotą mojego wpisu nie było policzenie, ilu dokładnie wyborców zachowuje się w określony sposób, tylko zwrócenie uwagi na pewien mechanizm. Zamiast zastanawiać się, czy ten mechanizm rzeczywiście istnieje i jakie ma konsekwencje dla jakości polityki, od kilku komentarzy rozmawiamy wyłącznie o metodologii wpisu. To dokładnie potwierdza tezę mojego cyklu „Grochem o ścianę”. Zamiast dyskutować o sednie problemu, bardzo łatwo zaczynamy dyskutować o wszystkim wokół, tylko nie o meritum.
Sednem problemu jest to, że wykryłeś problem trzech dyskutantów, z którymi toczyłeś tu dziesiątki rozmów. To w ogóle nie jest interesujące. Mogę ci wskazać wiele grup trzech osób, które mają wiele innych problemów. Po co chcesz dyskutować o problemach akurat tych trzech osób, a nie trzech innych? Dlaczego uważasz, że problemy tych trzech osób przekładają się na politykę w Polsce?
Mam wrażenie, że znowu rozmawiamy o dwóch różnych rzeczach Panie Grzegorzu. Od kilku komentarzy próbuje Pan sprowadzić cały mój tekst do pytania, czy rozmawiałem z trzema osobami czy z trzydziestoma. Tymczasem ja w ogóle nie pisałem pracy naukowej ani raportu statystycznego. Napisałem felieton oparty na wielomiesięcznych obserwacjach dyskusji - nie tylko na Naszych Blogach, ale również w mediach społecznościowych i w rozmowach z czytelnikami. Co więcej, paradoksalnie ostatnie komentarze pokazują coś dokładnie odwrotnego niż Pan twierdzi. Jeszcze chwilę temu przekonywał mnie Pan, że ze Spike'em nie warto rozmawiać, bo jest to strata czasu. Tymczasem właśnie pod tym wpisem napisał jeden z najbardziej rzeczowych komentarzy, odnosząc się do meritum i proponując własne rozwiązania. Nie zgadzam się z nim we wszystkim, ale właśnie o to chodzi w dyskusji. Dlatego nadal uważam, że warto rozmawiać. Nie dlatego, że każda rozmowa kończy się sukcesem, ale dlatego, że czasem kończy się właśnie taką zmianą tonu. Gdybym przyjął zasadę, że z kimś „nie warto”, nigdy bym się o tym nie przekonał.
I chyba właśnie to najlepiej potwierdza główną tezę mojego wpisu. Nie chodziło o analizowanie trzech konkretnych osób, lecz o pokazanie mechanizmu. Jeśli choć jedna rozmowa prowadzi do bardziej rzeczowej wymiany argumentów zamiast kolejnej awantury, to był to dobrze wykorzystany czas.
Napisałeś felieton oparty na wielomiesięcznych obserwacjach dyskusji z kim?
Mam wrażenie Panie Grzegorzu, że doszliśmy do momentu, w którym po prostu inaczej rozumiemy rolę felietonu. Pan oczekuje metodologii badań naukowych, a ja napisałem tekst publicystyczny oparty na własnych obserwacjach. Czytelnik może się z tym zgodzić albo nie, ale nie taki był cel tego wpisu. Myślę, że dalsza dyskusja o metodologii niewiele już wniesie. Znacznie bardziej interesuje mnie rozmowa o samym zjawisku, które opisałem.
Proszę o lekkie doprecyzowanie tych własnych obserwacji. To obserwacje których konkretnie dyskutantów? A jak ich jest tak dużo, że nie da się ich wymienić z imienia czy nicku, to proszę choć ich liczbę oszacować. Póki tego nie znamy, nie ma sensu rozmawiać o zjawisku, bo to może być zjawisko marginalne, nic nie znaczące, poboczne, nieistotne. Opisujesz zjawisko socjologiczne, czy psychologiczne? Ja o tym chętnie porozmawiam, ale bez tego uściślenia, dyskusja nie ma sensu, bo psychologicznie się z twoimi wnioskami zgadzam, ale socjologicznie się nie zgadzam.
Dziękuję za ten komentarz Panie Zbyszku. To jedna z tych wypowiedzi, które nie tylko polemizują z tekstem, ale go rozwijają. Szczególnie cenne wydaje mi się przypomnienie słów kard. Hlonda. Uderzyło mnie, jak bardzo pasują do współczesności, mimo że zostały napisane blisko sto lat temu. Chyba rzeczywiście wiele naszych problemów ma znacznie głębsze korzenie, niż tylko bieżące spory polityczne. To temat, do którego z pewnością jeszcze wrócę w kolejnych tekstach z cyklu „Grochem o ścianę”. Dziękuję za inspirację.
Tym razem jestem pod wrażeniem Spike i naprawdę dziękuję za ten komentarz, bo po raz pierwszy od dłuższego czasu rozmawiamy przede wszystkim o treści wpisu, a nie o sobie nawzajem. Zgadzam się w kilku ważnych punktach. Nienawiść rzeczywiście nie jest wynalazkiem XXI wieku. Towarzyszy polityce właściwie od początku historii. Również media mają dziś ogromny wpływ na emocje społeczne i trudno zaprzeczyć, że potrafią zarówno informować, jak i skutecznie sterować nastrojami. Podobnie zgadzam się, że politycy powinni ponosić znacznie większą odpowiedzialność za swoje decyzje, a stanowiska wymagające fachowej wiedzy powinny częściej trafiać do specjalistów niż do ludzi z partyjnego klucza.
Inaczej natomiast patrzę na samą demokrację. Nie uważam, że jest źródłem problemu. Problemem jest raczej to, że wyborcy zbyt rzadko rozliczają własnych polityków. Gdy elektorat wybacza wszystko swoim, a każdą krytykę traktuje jak zdradę, polityk bardzo szybko dochodzi do wniosku, że bardziej opłaca się mobilizować emocje niż naprawiać błędy.
Napisałeś, że chciałbyś poznać polityków, którzy zmienili się pod wpływem własnych wyborców. Moim zdaniem takich przykładów było sporo, także w Polsce. Partie wielokrotnie wycofywały się z niepopularnych pomysłów, zmieniały liderów czy korygowały decyzje właśnie dlatego, że zaczynały tracić poparcie własnego elektoratu. Politycy potrafią słuchać, ale najczęściej dopiero wtedy, gdy odczują realne konsekwencje. I właśnie o to chodziło w moim wpisie. Nie o to, że politycy nagle staną się lepsi z własnej woli, ale że będą musieli się zmienić wtedy, gdy wyborcy zaczną wymagać więcej od swoich niż od przeciwników.
Cieszę się, że spełniłem oczekiwania, ale ja nie zostałem zaspokojony odpowiedzią, podczas poprzedniej dyskusji o oddaniu pieniędzy funduszu emerytalnego we władanie DB.
Wracając do wcześniejszego komentarza na który nie odpowiedziałem, muszę przyznać, że faktycznie zadałeś pytanie, a nie sformułowałeś kategorycznej tezy. Ja odpowiedziałem tak, jak zrozumiałem sens pytania, czyli że pojawiła się obawa przed przekazaniem kontroli nad środkami emerytalnymi niemieckiemu bankowi. Z dostępnych informacji nie wynikało, aby doszło do takiego przejęcia.
Natomiast druga część Twojego komentarza jest już innym zagadnieniem i przyznaję, że wtedy jej nie rozwinąłem. To, czy przy obsłudze takich instrumentów powinny uczestniczyć przede wszystkim polskie instytucje finansowe, jest tematem wartym dyskusji. Tu można mieć różne poglądy i argumenty ekonomiczne, prawne czy dotyczące bezpieczeństwa państwa. Dla mnie jednak najważniejsze jest, abyśmy w takich sprawach oddzielali pytania i hipotezy od faktów. Jeśli czegoś nie wiemy, warto to sprawdzić i wyjaśnić, zamiast od razu budować daleko idące wnioski. Najlepiej jakbyś poruszył konkretny problem na osobnym blogu, wtedy może wywiązać się ciekawa dyskusja w tym temacie. Ja na pewno się odniosę.
Uzupełnienie poprzedniego komentarza.
Nie twierdzę, że PiS nie popełnił żadnych błędów. Aby w miarę obiektywnie ocenić w jakich warunkach rządzili i i prowadzili kampanie wyborcze, musimy "prześwietlić" przeciwnika. Od samego początku transformacji ustrojowej w Polsce zaistniały dwie główne partie polityczne. Partia liberalna "nowoczesna" uzależniająca Polskę od Unii Europejskiej. Ideowo skierowana w stronę lewicy to Platforma Obywatelska W tym gremium są jeszcze mniejsze partie tworzące razem silną koalicję o jednakowych poglądach lewicowych. Druga partia prawicowa, konserwatywna, narodowa i chrześcijańska podtrzymująca tradycyjne wartości to Prawo i Sprawiedliwość z mniejszą partią prawicową - Suwerenną Polską.
Prawica jest bez przerwy dyskredytowana, poniżani są ci którzy popierają Prawo i Sprawiedliwość Przed wyborami następuje szczególna eskalacja nienawiści do Prawicy.
Jakie ośrodki zagraniczne popierają Platformę Obywatelską:
- Unia Europejska stosując szantaż finansowy rządów prawicowych,
- Fundacje finansowane przez komunistę Sorosa,
- Fundacje propagujące "gender" - finansowane przez ośrodki zagraniczne,
- Inne stowarzyszenia i organizacje pożytku publicznego,
- Moskwa, która wyraziła zadowolenie z wygranej Tuska w ostatnich wyborach,
- Łukaszenka - prezydent Białorusi gratulujący Donaldowi Tuskowi wygranej,
- Media nie Polskie, które z całej siły pomagały w kampanii wyborczej Platformie Obywatelskiej.
Na placu boju została sama Prawica a wokół nich sączyła się nienawiść.
Czy w takich okolicznościach Zjednoczona Prawica miała jeszcze pole manewru aby zyskać więcej wyborców?
https.//historiaiwspolczesnosc.pl
Dziękuję za ten komentarz Panie Wiesławie, bo porusza Pan bardzo ważny aspekt, którego rzeczywiście nie sposób pominąć. Nigdy nie twierdziłem, że Zjednoczona Prawica działała w komfortowych warunkach. Wręcz przeciwnie. Trudno zaprzeczyć, że miała przeciwko sobie znaczną część krajowych i zagranicznych środowisk opiniotwórczych, instytucji oraz mediów. To niewątpliwie wpływało zarówno na prowadzenie polityki, jak i na przebieg kolejnych kampanii wyborczych. Jednocześnie uważam, że właśnie dlatego jeszcze większego znaczenia nabiera unikanie własnych błędów, bo jeśli przeciwnik wykorzysta każdy błąd, to tym bardziej trzeba ograniczać liczbę okazji do jego ataku.
Moim zdaniem te dwie rzeczy wcale się nie wykluczają. Można jednocześnie dostrzegać bardzo trudne warunki, w jakich funkcjonowała prawica, i równocześnie analizować decyzje, które mogły zostać podjęte lepiej.
To zresztą bardzo ciekawy temat do osobnej dyskusji i myślę, że jeszcze do niego wrócę w jednym z kolejnych tekstów. Dziękuję również za wskazanie materiałów do dalszej analizy.
@mjk1....To jak mają się zmienić wyborcy prawicy,by politycy zwłaszcza ci z ,,klasy rządzącej'' nie obrzucali ich wyzwiskami ,ze są prymitywami ,prostakami bez wykształcenia, chodzący do koscioła, zgarbionymi o ,,chrypiatym głosie'' i przekrwionymi oczami a teraz jak raczyła powiedzieć pańcia Dziemianowicz -Bąk-pleśnią? Jak pan to wytłumaczy? pewnie tym,że targają mną niestosowne emocje ,bo tu trzeba powiedzięć o wojnie plemiennej,bańce,etykietach i mechanizmach by temat rozmyć i ograniczyć liczbę okazji do kolejnego ataku .Tzn milczeć albo pogrązyć się w jałowych dyskusjach o niczym czy unikać błędów -jakich?
Do Ciebie chyba do końca Świata nie dotrze Droga Sake, że za każdym razem rozmawiamy o dwóch różnych sprawach. Ja nigdzie nie napisałem, że politycy obecnej władzy nie obrażają wyborców prawicy. Wręcz przeciwnie - uważam, że takie wypowiedzi, jak te o „moherach”, „ciemnogrodzie”, „chrypiatych głosach”, „pleśni” czy innych pogardliwych określeniach są niedopuszczalne i tylko pogłębiają podziały.
Tyle że mój tekst nie był o tym.
Ja stawiam inne pytanie: jak na takie zachowanie powinna odpowiadać prawica, jeśli chce przekonać ludzi spoza własnego elektoratu?
Czy odpowiedzią ma być powielenie tego samego języka, tych samych emocji i tych samych etykiet? Czy raczej pokazanie, że można prowadzić politykę skuteczniej i dojrzalej? To nie jest nawoływanie do milczenia ani do unikania tematów. Wręcz przeciwnie. Uważam, że trzeba mówić o błędach rządu, o edukacji, energetyce, gospodarce czy bezpieczeństwie. Ale warto robić to tak, żeby przekonać także tych, którzy dziś nie głosują na prawicę. Jeśli każda odpowiedź sprowadza się wyłącznie do tego, że „oni zaczęli”, to po kilku latach obie strony stoją dokładnie w tym samym miejscu, a politycznie nie zmienia się nic. Najlepszym tego dowodem i to niezaprzeczalnym,są aktualne sondaże.
I właśnie dlatego od kilku wpisów próbuję przenieść dyskusję z pytania „kto kogo bardziej obraził?” na pytanie „co zrobić, żeby wygrać z tym mechanizmem?”, bo dopóki nie odpowiemy na to drugie pytanie, będziemy tylko bez przerwy opisywać ten sam problem, zamiast go rozwiązywać.
@mjk1.....Oczywiście jak zwykle wg pana rozmijamy się w dyskusji. Nic dziwnego,dla pana dyskusją jest dzielenie włosa czworo, ogólnikowe wpisy bez przykładów i konkretów i oczekiwanie by wszyscy przyjęli pana stanowisko. To własnie ja spytałam pana jak powinna zachować się prawica w obliczu takiego chamstwa jakiego doświadcza.Pan oczywiście uważa,że powinna zetrzeć ślinę z twarzy ,udawać że to deszcz pada, a rozwiązń upatrywać w pokornej swojej postawie..Tylko czy tą pokorą przekonają tych którzy nie głosują na prawicę a są indoktrynowani propagandą Tuska i jego sitwy?Czy może pan nawet zarzucić ,że odpłacają sitwie taką samą arogancją,bo ja nie zauważyłam. Pan uważa że trzeba mówić o błędach,edukacji ,gospodarce,energetyce nawet w takiej atmosferze gróźb, nienawiści i szczucia jakich prawica doświadcza .Ale dlaczego pan nie zauważa,że prawica własnie o tym co pan wylicza mówi i robi.W terenie ,na wiecach, w dyskusjach w niezależnych mediach,w komentarzach z Polski reporterów, w kontrolach poselskich. Nie bawi się w przepychankę z sitwą. Prawica podaje projekty zmian,poprawy choć te z reguły lądują w sejmowym koszu dzięki ,,uprzejmości'' osoby uważanej się za marszałka. Pana chyba bardzo boli,że prawica piętnuje afery Koalicji,które pan najchętniej by ominął by rozmowy o gospodarce,bezpieczeństwie czy energetyce były bezosobowe, niewskazujące winnych i nie wiadomo skąd się wzięły. Tak się niestety nie da.Po prostu nie da się w dyskusji o edukacji ominąć negatywnej roli Ministra Edukacji co pan zarzucił prawicy.To jak mówić o poprawie edukacji którą niekompetentna zupełnie paniusia blokuje idiotycznymi decyzjami? O czym tu dyskutować jak pan jest ślepy i głuchy.Wydaje mi się,że pan usilnie broni reżimu Tuska rozmywając każdy temat.
Ty dalej nie rozumiesz Droga Sake, że po raz kolejny rozmawiamy o dwóch różnych sprawach.
Ja nigdzie nie napisałem, że prawica ma milczeć wobec chamstwa, afer czy nadużyć. Nie napisałem też, że nie należy krytykować rządu ani wskazywać odpowiedzialnych za złe decyzje. Wręcz przeciwnie - uważam, że trzeba to robić!!!
Ja stawiam jednak inne pytanie.
Skoro od lat stosowana jest ta sama strategia komunikacji, skoro codziennie mówi się o aferach, edukacji, energetyce, bezpieczeństwie, migracji i kolejnych błędach rządu, to dlaczego poparcie dla prawicy praktycznie stoi w miejscu?
Dlaczego ten przekaz trafia głównie do ludzi już przekonanych?
Republika i Polska24 docierają przede wszystkim do własnego elektoratu. To niewielka część rynku medialnego. Zaledwie 8% i to w porywach. Tymczasem wybory wygrywa się nie utrzymaniem dotychczasowych zwolenników, ale przekonaniem tych, którzy jeszcze nie są przekonani. I właśnie o tym próbuję rozmawiać.
Nie pytam, czy prawica ma rację!!!
Pytam, dlaczego mając rację w wielu sprawach, nie potrafi skuteczniej przekonać większości społeczeństwa.
Jeśli przez kolejne lata będziemy powtarzać dokładnie te same metody i oczekiwać innego rezultatu, to trudno liczyć, że same sondaże nagle zaczną rosnąć.
Ja przynajmniej próbuję szukać odpowiedzi i proponować inną drogę. Chętnie ją poddam krytyce. Ale równie chętnie poznam też Twoją propozycję, bo dotychczasowa strategia nie przynosi nawet mikroskopijnych korzyści. Co konkretnie należy zrobić inaczej, żeby poparcie dla prawicy rzeczywiście zaczęło rosnąć? Bo samo stwierdzenie, że „trzeba dalej robić to samo”, po kilku latach nie brzmi już jak strategia, tylko jak nadzieja, że kiedyś samo się uda.
Siła indoktrynacji społeczeństwa jest tak wielka,że nie przyjmuje ono żadnych argumentów.Jeżeli pan przekonuje niemal w każdym wpisie,że lider partii opozycyjnej PiS jest niepoczytalnym umysłowo człowiekiem a to powtarzają i inni zwolennicy Tuska od lat to co się dziwić,że społeczeństwo nie daje się przekonać. W końcu to prawica jest stale atakowana i oskarżana o całe zło.Nie rozumiem więc pana fałszywej troski o niskie poparcie dla prawicy. Dlaczego zresztą pan uważa,że prawicy wystarcza dotychczasowy stan posiadania elektoratu i trzeba nadal ,,robić to samo''. Odwróćmy sytuację i niech pan odpowie dlaczego reżimowi wierzy spora część społeczeństwa tolerującego kłamstwa ,arogancję ,złodziejstwo bez zmrużenia oka. Tak kochamy patologię i Tuska?
Po raz kolejny odpowiadasz na tekst, którego nie napisałem Droga Sake. Proszę wskazać choć jeden mój wpis, w którym nazwałem Jarosława Kaczyńskiego człowiekiem „niepoczytalnym umysłowo”. Naprawdę jeden, bo ja czegoś takiego nigdy nie napisałem. Owszem krytykowałem konkretne decyzje polityczne. I będę to robił nadal. Między oceną decyzji polityka a stwierdzeniem, że jest niepoczytalny, istnieje jednak zasadnicza różnica. Tak samo krytykuję Donalda Tuska. Czy z tego wynika, że uważam go za niepoczytalnego? Oczywiście, że nie. Właśnie o tym od kilku felietonów próbuję pisać. Zamiast dyskutować z tym, co rzeczywiście napisałem, tworzysz swoją urojoną wersję, z którą sama polemizujesz.
Pytasz mnie, dlaczego część społeczeństwa wierzy Tuskowi mimo afer, kłamstw i złych decyzji. To jest bardzo dobre pytanie. I właśnie na nie próbuję odpowiedzieć od początku całego cyklu.
Moim zdaniem nie dlatego, że Polacy kochają patologię. Nie dlatego, że nagle wszyscy przestali odróżniać dobro od zła. Tylko dlatego, że sama słuszność argumentów nie wystarcza. Trzeba jeszcze umieć przekonać ludzi spoza własnego elektoratu!!! Jeżeli od wielu lat przekaz trafia głównie do ludzi już przekonanych, a sondaże praktycznie stoją w miejscu, to warto zadać sobie pytanie, czy problem leży wyłącznie po stronie wyborców. To nie jest obrona Tuska. To nie jest atak na prawicę.
To jest pytanie o skuteczność.
Można mieć rację w bardzo wielu sprawach i jednocześnie nie potrafić tej racji przekuć w większość społeczną. I właśnie to najbardziej mnie niepokoi. Dlatego nie wystarczy powiedzieć: „oni są zmanipulowani”. To może być częściowo prawda. Ale jeśli chcemy wygrać wybory, a nie tylko wygrać dyskusję we własnym gronie, trzeba odpowiedzieć na znacznie trudniejsze pytanie:
Co zrobić, żeby mimo tej propagandy przekonać ludzi?
I na to pytanie wciąż nie usłyszałem żadnej konkretnej odpowiedzi. A przecież właśnie od odpowiedzi na nie zależy przyszłość prawicy.
Niestety tak było i to nie raz.Takich jak pan jest zresztą wielu,radzę więc powściagać język. Co zrobić by przekonać ludzi nieprzekonanych? mówić do nich ich językiem zrozumiałym,pokazywać przykłady jakie skutki mają źle przedstawiane decyzje i niekompetencja. Nie denerwować się gdy ktoś wygłasza idiotyzmy tylko spokojnie przekonywać.Wziąć udział w dyskusji na blogach dotyczącej przyszłości Polski a nie ciągnąć jak kota za ogon jedno pytanie -dlaczego prawica nie przekonuje.Spytać Polaków na blogach jak widzą sytuację z pociskami do Patriotów i jak oceniają sytuację w sprawie kolejnych prowokacji rosyjskich.Konkrety,konkrety,konkrety.....
Ale ja właśnie o tym od początku piszę Droga Sake. Widać, że czytanie ze zrozumieniem też nie jest Twoja mocną stroną. Najpierw zarzucasz mi, że wielokrotnie nazwałem Jarosława Kaczyńskiego „niepoczytalnym umysłowo”, a kiedy proszę o wskazanie choć jednego takiego cytatu, słyszę tylko: „tak było i nie raz”. To nie jest argument. To jest oskarżenie bez dowodu. Jeżeli rzeczywiście coś takiego napisałem, bardzo proszę zacytować konkretny wpis albo komentarz. Naprawdę jeden wystarczy. Jeśli nie potrafisz go wskazać, to znaczy, że przypisujesz mi poglądy, których nigdy nie wyraziłem.
A teraz druga sprawa.
Piszesz, że trzeba mówić do ludzi zrozumiałym językiem, pokazywać skutki decyzji, zachować spokój, nie denerwować się, przekonywać, rozmawiać o konkretach. Przecież to jest dokładnie to, o czym od wielu tygodni piszę. Naprawdę nie rozumiem, z czym polemizujesz. Od początku twierdzę, że sama racja nie wystarczy. Trzeba jeszcze umieć ją przekazać ludziom spoza własnego środowiska. Przecież Ty każdy mój tekst sprowadzasz do tezy, której w nim nie ma, a potem z tą wymyśloną tezą prowadzisz polemikę.
I jeszcze jedno.
Piszesz: „konkrety, konkrety, konkrety”. I ja się z tym zgadzam. Tylko dlaczego sama, zamiast konkretnego cytatu potwierdzającego swoje oskarżenie wobec mnie, po raz kolejny poprzestajesz na ogólnym stwierdzeniu „tak było”? Skoro domagamy się konkretów od innych, może najpierw zacznijmy od siebie.
Nie jest moim obowiązkiem szukać i przytaczać pańskich wypowiedzi na które już niejdnokrotnie zwracałam panu uwagę. A konkrety to po prostu bieżące sprawy które powinno się poruszać. I ja to robię a pan mi zarzuca,że nie potrafię przekazywać swoich racji ludziom spoza mojego środowiska.Skąd ta pewność? Przynajmniej staram się to robić bez moralizowania i pouczania i głupich uwag jakie pan mi zarzuca ,że nie czytam ze zrozumieniem tylko traktuję rozmówcę z szacunkiem.
Właśnie na tym polega różnica między opinią a zarzutem Droga Sake. Jeżeli twierdzisz publicznie, że wielokrotnie nazwałem Jarosława Kaczyńskiego człowiekiem niepoczytalnym, to ciężar udowodnienia tego spoczywa na osobie, która taki zarzut stawia. Nie dlatego, że ja tak chcę.
Tak po prostu wygląda uczciwa dyskusja.
Nie proszę o przeszukiwanie całego Internetu. Proszę tylko o wskazanie jednego miejsca, w którym rzeczywiście napisałem to, co mi przypisujesz. Jeżeli taki cytat istnieje, bez problemu przyznam się do błędu. Jeżeli go nie ma, to znaczy, że przypisałaś mi poglądy, których nigdy nie wyraziłem.
Natomiast co do drugiej części Twojego komentarza - ja nigdzie nie napisałem, że nie poruszasz bieżących spraw. Pisałem coś zupełnie innego: że sama znajomość problemów nie odpowiada jeszcze na pytanie, dlaczego przekaz nie dociera do szerszego grona odbiorców.
To jest pytanie o skuteczność komunikacji, a nie o słuszność poglądów!!!
I właśnie o tym od wielu tygodni próbuję rozmawiać.