Stefan Kisielewski mawiał, że problemem Polski nie jest brak inteligentnych ludzi. Problemem Polski jest nadmiar ludzi pewnych swojej inteligencji. Gdyby żył dzisiaj, zapewne musiałby dopisać jeszcze jedno zdanie: problemem Polski jest również nadmiar ludzi, którzy nie tylko wszystko wiedzą, ale przede wszystkim wiedzą to z góry. Jeszcze zanim wydarzy się jakikolwiek fakt. Bo oto żyjemy w kraju, w którym człowiek może przytoczyć nagraną wypowiedź polityka, a usłyszy w odpowiedzi, że polityk tego nie powiedział. Może następnie podać link do nagrania. Może wskazać minutę i sekundę. Może nawet przepisać słowo w słowo. A wtedy usłyszy. To nie tak. Nie zrozumiałeś. Nie pojmujesz głębszego sensu. To znaczyło coś zupełnie innego. W tym momencie człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie uczestniczy w jakimś eksperymencie psychologicznym, bo przecież nie jest możliwe, aby ktoś twierdził, że czarne jest białe. A jednak jest. I to nie tylko możliwe. To wręcz stało się jedną z najpopularniejszych dyscyplin społecznych III Rzeczypospolitej.
Fakty? Jakie fakty?
Dawniej spory polityczne wyglądały inaczej. Ludzie spierali się o interpretację faktów. Dzisiaj spierają się o istnienie faktów. Jeżeli fakt zgadza się z naszym światopoglądem - jest dowodem. Jeżeli się nie zgadza - jest manipulacją. Jeżeli bardzo się nie zgadza - jest prowokacją. Jeżeli kompromituje naszą stronę - jest spiskiem. A jeżeli kompromituje ją wyjątkowo mocno - jest dowodem, że przeciwnik boi się naszej strony. W ten sposób powstał nowy model myślenia obywatelskiego. Model niezwykle wygodny. Nie trzeba już analizować rzeczywistości. Wystarczy ją filtrować.
Człowiek, który przegrał z cytatem.
Najbardziej fascynujące są sytuacje, kiedy rzeczywistość staje się tak jednoznaczna, że bardziej się nie da. Przypomina mi się pewna dyskusja dotycząca wypowiedzi jednego z polityków. Padł zarzut, że powiedział coś absurdalnego. Rozmówca odpowiedział: nigdy czegoś takiego nie powiedział. Na to pokazano nagranie. Nie artykuł. Nie opinię. Nie komentarz. Nagranie. Polityk mówi dokładnie to, czego rzekomo nie powiedział. Normalny człowiek powiedziałby: dobrze, nie pamiętałem. Ale nie. W odpowiedzi pojawiło się coś znacznie ciekawszego. To ty nie rozumiesz, co on miał na myśli. I oto osiągnięto poziom wyższy. Nie tylko polityk ma rację. Rację ma nawet wtedy, kiedy mówi coś przeciwnego do tego, co twierdzi jego zwolennik. To już nie jest polityka. To jest teologia.
Kult nieomylności.
Największym problemem współczesnej Polski nie jest propaganda. Propaganda była zawsze. Największym problemem jest kult nieomylności. Każde środowisko polityczne posiada własnych świętych. Każde posiada własne objawienia. Każde posiada własny katalog prawd wiecznych. I co najważniejsze - każde posiada własny mechanizm obronny. Gdy pojawia się niewygodny fakt, nie zmienia się poglądu. Zmienia się interpretację faktu. Jeżeli ktoś zapowiadał katastrofę, a katastrofa nie nastąpiła, nie mówi: pomyliłem się. Mówi: katastrofa dopiero nadejdzie. Jeżeli ktoś zapowiadał sukces, a sukces nie nastąpił, nie mówi: pomyliłem się. Mówi: sukces został zablokowany. W ten sposób wszyscy zawsze mają rację. A skoro wszyscy mają rację, nikt nie musi się niczego uczyć.
Naród ekspertów od wszystkiego.
Polska jest prawdopodobnie jedynym krajem na świecie, w którym przeciętny obywatel zna się jednocześnie na geopolityce, ekonomii, bankowości centralnej, energetyce, wojskowości, medycynie, meteorologii i piłce nożnej. I to wszystko jednego dnia. Rano wyjaśnia politykę monetarną banku centralnego. Po południu analizuje ruchy wojsk na wschodniej flance NATO. Wieczorem tłumaczy trenerowi reprezentacji, jak powinien ustawić środek pola. A następnego dnia jest święcie przekonany, że wszyscy inni są idiotami. To właśnie jest najzabawniejsze. Nie brak wiedzy. Pewność wiedzy.
SAFE, czyli studium przypadku.
Weźmy przykład programu SAFE. Przez wiele miesięcy część polityków i komentatorów przekonywała, że pieniądze trafią głównie do Niemiec. Przekonywali, że polski przemysł zostanie pominięty i że Polska będzie tylko płatnikiem. Potem pojawiają się pierwsze informacje o zamówieniach kierowanych głównie do polskich zakładów. I co? Czy następuje refleksja? Czy ktoś mówi: sprawdźmy, zobaczymy, być może przesadziliśmy. Ależ skąd. Narracja natychmiast wykonuje elegancki piruet. Teraz okazuje się, że problem był zupełnie gdzie indziej a za kilka miesięcy będzie jeszcze gdzie indziej. Istotne jest tylko jedno: nigdy nie dopuścić do sytuacji, w której rzeczywistość mogłaby wygrać z wcześniejszym przekonaniem.
Wyborca jako wyznawca.
W demokracji obywatel powinien być sędzią. Coraz częściej jest kibicem. Nie analizuje meczu. Kibicuje drużynie. Nie interesuje go prawda. Interesuje go wynik. Jeżeli "nasi" przegrywają, to sędzia jest skorumpowany. Jeżeli wygrywają, demokracja działa znakomicie. Jeżeli "nasi" kradną, to jest to prowokacja. Jeżeli kradną "tamci", to jest to dowód upadku państwa. I tak od wyborów do wyborów.
Najbardziej pesymistyczna obserwacja.
Najgorsze nie jest jednak to, że ludzie się mylą. Każdy się myli. Najgorsze jest to, że coraz więcej ludzi nie chce już nawet sprawdzać, czy się pomyliło, bo sprawdzanie jest niebezpieczne. Może bowiem doprowadzić do odkrycia, że przeciwnik miał rację choćby w jednym punkcie. A to dla wielu osób jest psychicznie nie do zniesienia. Łatwiej zanegować fakt. Łatwiej zanegować nagranie. Łatwiej zanegować liczby. Łatwiej zanegować rzeczywistość.
Patrząc na polskie spory polityczne, można odnieść wrażenie, że największym przeciwnikiem Polaka nie jest ani lewica, ani prawica, ani Bruksela, ani Berlin, ani Moskwa. Największym przeciwnikiem Polaka jest możliwość przyznania:
„Być może nie miałem racji.”
To zdanie mogłoby uratować więcej debat niż tysiąc ekspertów i milion artykułów. Ale właśnie ono jest u nas najrzadszym dobrem. Dlatego coraz częściej odnoszę wrażenie, że narodowym sportem Polaków nie jest piłka nożna, skoki narciarskie ani nawet polityka. Narodowym sportem Polaków jest obrona własnego błędu do ostatniej kropli rozsądku. A naród, który bardziej ceni nieomylność niż prawdę, wcześniej czy później zaczyna przegrywać nie tylko dyskusje.
Zaczyna przegrywać z rzeczywistością.
A rzeczywistość, w przeciwieństwie do politycznych przeciwników, nie przejmuje się ani sondażami, ani lajkami, ani partyjnymi legitymacjami. Wystawia rachunek wszystkim. Bez wyjątku. I zwykle z odsetkami.
dakowski.pl
Dziękuję za diagnozę Heniek. Przyznam, że po przeczytaniu komentarza zacząłem się nawet zastanawiać, czy Kisiel nie powinien rozszerzyć swojej klasyfikacji, bo obok nauczycieli („ja pana nauczę”), ekshibicjonistów („ja panu pokażę”) i nieznanych („pan nie wie, kim ja jestem”) pojawiła się jeszcze jedna bardzo liczna grupa. Ludzie, którzy nie odpowiadają na to, co zostało napisane, tylko na to, co im się wydaje, że zostało napisane. To chyba najbardziej dynamicznie rozwijająca się kategoria społeczna III RP. Piszę o sposobie komunikacji - dostaję odpowiedź o Ukrainie. Piszę o skuteczności przekazu - dostaję odpowiedź o TVN. Piszę o wyborcach - dostaję odpowiedź o Tusku. Piszę o Braunie - dowiaduję się, że nie rozumiem Brauna. Podaję nagranie Brauna - dowiaduję się, że tym bardziej nie rozumiem Brauna. W pewnym momencie człowiek zaczyna podejrzewać, że problem nie tkwi w poglądach, tylko w czytaniu ze zrozumieniem. A wtedy rzeczywiście można zostać nauczycielem. Nie z własnej woli. Z konieczności. Choć patrząc na efekty, coraz częściej mam wrażenie, że bardziej pasowałoby określenie: korepetytor od podstaw logiki.
No własnie bo z logiką to u pana krucho. Dyskusja jest też sposobem komunikacji i to ważnym ale nie dla pana. Dyskutant w pseudorozmowie z panem ,powinien podziękować za mądry jakże by inaczej) wpis i podpisać się pod tym,ale nie ma prawa ani rozwinąć tematu,ani podać swojego argumentu bo zaraz się okaże, że to nie na temat a komentator/ka jest blondynką,lokalną idiotką. w najlepszym razie niczego nie rozumiejącą.Na powtarzane przez pana do znudzenia pytanie ,,dlaczego Republika nie przekonuje nikogo oprócz swoich blondynka odpowiedziała- istnieje od niedawna i musi zdobywać dopiero słuchaczy ,a wzmiankowany TVN już od wielu lat temu kształtuje poglądy społeczeństwa . Blondynka podała,że Republika jest nieustannie sekowana przez reżim a utrzymywana tylko z datków słuchaczy i stale grozi jej zamknięcie,dziennikarze tej stacji wyśmiewani, zaszczuwani i napadani dlatego jej oglądalność jest mniejsza i granicach 8%.Jeszcze jeden argument blondynki-Republika nie serwuje programów rozrywkowych, ,,Hoteli Paradise'' czy ,,Rolników poszukujących żon'' ani seriali co w dzisiejszym świecie najlepiej się sprzedaje.Blondynka podała swoje argumenty i dowiedziała się ,że pisze nie na temat.Więc co powinna zrobić,jaki argument podać by pasowało to panu mentorowi?Zapewne napisać parę dętych,jałowych słów zgodnych z oczekiwaniami pana mentora.Tyle że bicie piany wg blondynki jest bezsensem.
Ty nadal nie dostrzegasz, gdzie się rozmijamy Droga Sake. Nie wiem tylko, czy celowo, czy naprawdę nie potrafisz? Ja nie twierdziłem, że nie podałaś argumentów. Przeciwnie. Podałaś ich bardzo dużo. Napisałaś, że Republika jest młodą stacją. To prawda. Napisałaś, że jest słabsza finansowo od konkurencji. To prawda. Napisałaś, że jest atakowana politycznie. Również masz rację. Napisałaś, że nie emituje programów rozrywkowych, tylko publicystykę. To także jest fakt. Tylko że żaden z tych argumentów nie odpowiada na pytanie, które stawiam. Bo ja nie pytam: „Dlaczego Republice jest trudno?”. Ja pytam:
Dlaczego mimo wszystko nie udaje się jej skuteczniej poszerzać elektoratu politycznego środowiska, które wspiera?
To nie jest to samo pytanie. Jeżeli firma sprzedaje produkt i od lat nie zwiększa udziału w rynku, można oczywiście wymienić sto powodów: konkurencję, reklamę konkurencji, większy budżet konkurencji, nieprzychylne media. Wszystko to może być prawdą. Ale na końcu i tak pozostaje pytanie: co zrobić, żeby sprzedawać skuteczniej? Mnie interesuje właśnie to pytanie. Ty natomiast od wielu komentarzy tłumaczysz mi, dlaczego jest trudno. Ja wiem, że jest trudno i nigdy temu nie zaprzeczałem. Natomiast zauważam, że od wielu lat podstawową odpowiedzią prawicy na każdą porażkę jest stwierdzenie, że winne są media, propaganda, przeciwnicy, celebryci, seriale albo wyborcy. Być może część tej diagnozy jest słuszna, ale jeśli przez dwadzieścia lat odpowiedź pozostaje dokładnie taka sama, a rezultaty pozostają podobne, to może warto choć przez chwilę zastanowić się również nad własnymi błędami. To nie jest atak na Republikę. To nie jest obrona TVN. To nie jest pochwała Tuska.
To jest zwykłe pytanie o skuteczność!!!
I właśnie dlatego od początku rozmawiamy obok siebie. Ty odpowiadasz na pytanie: „Dlaczego Republice jest ciężko?”. Ja stawiam pytanie: „Dlaczego mimo wszystko nie potrafi skuteczniej przekonywać ludzi spoza własnej bańki?”.
To są dwa różne tematy.
@mjk
Niestety zdolność do przyznania sie do pomyłki jest poza zasięgiem znacznej części populacji. Nie wiem, czy tylko polskiej, ale mam podejrzenie, ze to pozostałości człowieka sowieckiego.
Przyznanie sie do pomyłki ciągnie za sobą niebezpieczeństwo zawalenia się całego świata opartego o szukanie winnego, który jest odpowiedzialny za całe zło.
Tusk miał dziadka niemca więc rozdzielił wizyty i zepsuł samolot- to musi być oczywiste, bo nie dopuszcza innych pytań i nie grozi innymi odpowiedziami. A gdy pis w czymś nawali i nie da się tego ukryć? To proste: inni też nawalili i pis wychodzi "zwycięsko". No i myśleć nie trzeba...
"Adrian Klarenbach, obecnie pracujący w TV Republika, oraz jego żona Lucyna znajdują się w grupie 29 osób oskarżonych w sprawie nieprawidłowości na uczelni Collegium Humanum. Według śledczych Klarenbach namawiał byłego rektora Pawła Cz. do wystawienia fałszywego dyplomu MBA dla żony oraz dyplomu licencjackiego dla swojego znajomego. Prokuratura twierdzi również, że dziennikarz pomagał w przygotowaniu lewego dyplomu MBA dla siebie"
I co? No zaraz będzie o innych, bo inaczej szlag trafi cały misterny plan w pizdu.
To bardzo ciekawa uwaga Trójkolorowy. Im dłużej obserwuję polskie spory polityczne, tym bardziej dochodzę do wniosku, że największym problemem nie jest nawet brak wiedzy, tylko niezdolność do aktualizowania własnych poglądów pod wpływem nowych faktów. Przyznanie się do błędu wymaga bowiem czegoś bardzo trudnego: uznania, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż nasze wcześniejsze wyobrażenia. A to boli i to bardzo. Znacznie łatwiej znaleźć kolejne wyjaśnienie, kolejne usprawiedliwienie albo kolejnego winnego. Mechanizm działa zresztą po wszystkich stronach sporu. Jeżeli polityk przeciwnika zrobi coś złego, jest to dowód jego moralnej degeneracji. Jeżeli identyczną rzecz zrobi polityk własnej strony, nagle pojawia się kontekst, okoliczności, prowokacja, spisek albo argument, że „inni robili gorzej”. W efekcie fakty przestają mieć znaczenie. Liczy się tylko przynależność plemienna. Dlatego podany przez Pana przykład jest interesujący nie dlatego, że dotyczy akurat Klarenbacha, ale dlatego, że pokazuje pewną prawidłowość. Gdy podobna sprawa dotyczy dziennikarza czy polityka „tamtych”, oburzenie jest natychmiastowe. Gdy dotyczy „naszych”, zaczyna się gorączkowe szukanie powodów, dla których jednak nie jest tak źle. I odwrotnie działa to po drugiej stronie barykady.
Właśnie o tym próbowałem pisać w swoim tekście. Nie o tym, że jedna strona jest dobra, a druga zła, lecz o tym, że coraz więcej ludzi przestało szukać prawdy, a zaczęło szukać potwierdzenia własnych przekonań. A kiedy człowiek szuka wyłącznie potwierdzenia, to każdy fakt staje się albo użyteczny, albo niewidzialny. I wtedy naprawdę trudno prowadzić jakąkolwiek sensowną debatę.
Ciesz się,że w ogóle ktoś to czyta...a ze bez zrozumienia..ten portal tak ma :-))
Czytać to jedno. Zrozumieć to drugie. A dopuścić możliwość, że autor ma rację choćby w jednym zdaniu, to już w polskiej publicystyce sport niemal ekstremalny Ijonie.
Jednak nie narzekam. Gorsze od krytyki jest tylko jedno: kompletna cisza, bo wtedy nawet nie wiadomo, czy ktoś się nie zgadzał, czy po prostu nie dotarł do końca drugiego akapitu.
@mjk1 - te Twoje wpisy, to w ramach terapii psychiatrycznej leczenia grafomanii? Ten na pewno.
4.06 godz 17:57
Cytuję autorkę:
"Bo twoja ocena mojego wpisu jest oczywiście oparta na zasadzie: "każdy sądzi po sobie"...
Cbdo?
@ mjk1 Ja nie oceniam - stwierdzam fakt oczywisty.
Nie.
Zestawienie dwóch twoich wypowiedzi dało możliwość zatrzymania się i zastanowienia, że słuszny postulat "każdy sądzi po sobie" bardzo zawęża możliwość używania epitetów. Im gorszy epitet, tym gorsza pozycja osoby, która je wypowiada. Od tego nie ma sensownej ucieczki. Warto o tym pamiętać, by wlasna rodzina nie musiała sie wstydzić z kim siedzi przy stole.
Próba wyjścia z sytuacji pomysłem, ze stwierdza sie fakt oczywisty jest nieudana ponieważ forum nie jest miejscem na teleporady, diagnozy i recepty. I to amatorskie.
Dlatego warto się zatrzymać i zastanowić zamiast brnąć.