W polskiej polityce nie brakuje ostrych konfliktów, ale to, co dziś dzieje się wokół Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego, zaczyna przypominać coś znacznie poważniejszego niż zwykłą walkę frakcyjną. To nie jest już spór o kierunek - to gra o przetrwanie całego obozu. Dzisiejsze zapowiadane spotkanie między tymi politykami może okazać się momentem przesilenia. A może i początkiem końca.
Zużyta strategia i zmęczone przywództwo.
Nie da się uciec od wniosku, że polityka Jarosława Kaczyńskiego, choć przez lata skuteczna i niewątpliwie pełna historycznych zasług, po prostu się zużyła. Model zarządzania partią oparty na silnym, centralnym przywództwie, kontroli i lojalności przestał odpowiadać realiom zmieniającej się sceny politycznej. Dziś to już nie jest kwestia tego, czy Kaczyński ma rację w konkretnych sporach. Problem polega na tym, że jego sposób uprawiania polityki przestaje być efektywny. Elektorat się zmienia, oczekiwania rosną, a język i metody sprzed dekady coraz częściej trafiają w próżnię. W takiej sytuacji naturalnym krokiem byłoby przekazanie sterów młodszemu pokoleniu. Nie jako akt kapitulacji, lecz jako świadoma decyzja strategiczna. Problem w tym, że takie decyzje w polityce należą do najtrudniejszych.
Morawiecki - kandydat oczywisty, choć nie idealny.
Na dziś najbardziej naturalnym następcą wydaje się Mateusz Morawiecki. To polityk o zupełnie innym profilu - bardziej technokratyczny, osadzony w realiach gospodarczych, lepiej komunikujący się z umiarkowanym wyborcą i rynkami międzynarodowymi. Jego zalety są wyraźne. Doświadczenie w zarządzaniu gospodarką państwa. Umiejętność operowania językiem ekonomii i nowoczesnej polityki. Większa akceptowalność poza twardym elektoratem i zdolność do odbudowy relacji międzynarodowych.
Nie jest to jednak kandydat bez obciążeń. Ciągnie się za nim bagaż decyzji z czasów rządów, kontrowersje wokół polityki pandemicznej, inflacji czy relacji z UE. Jest też postrzegany przez część elektoratu jako polityk mniej ideowy, bardziej pragmatyczny, co dla jednych jest zaletą, ale dla innych wadą. Mimo to, w obecnej sytuacji jego atuty wyraźnie przeważają. To jedyny polityk w tym obozie, który ma potencjał, by zatrzymać odpływ wyborców i jednocześnie poszerzyć bazę poparcia.
Rozpad - scenariusz najgorszy z możliwych.
Największym zagrożeniem nie jest jednak to, kto wygra ten spór. Najgorsze jest to, że sam konflikt może doprowadzić do rozpadu. A rozpad PiS nie służy nikomu - niezależnie od tego, kto byłby za niego odpowiedzialny.
Nawet gdyby przyjąć wariant bardziej optymistyczny i założyć, że realne poparcie dla PiS nie wynosi 18%, lecz np. 30%, to w systemie metody d’Hondta arytmetyka jest bezlitosna. Jedna partia z wynikiem 30% ma znacznie większą siłę niż dwie formacje z wynikami 20% i 10%. Rozbicie oznacza stratę mandatów, chaos organizacyjny a przede wszystkim dezorientację wyborców.
Jednak przy realnych sondażach, gdzie PiS oscyluje wokół 18%, scenariusz robi się jeszcze bardziej brutalny. Część elektoratu może po prostu odpłynąć. W efekcie frakcja Morawieckiego może nie przekroczyć progu wyborczego a resztki PiS mogą spaść poniżej poziomu Konfederacji czy KKP Grzegorza Brauna. To nie jest już ryzyko, to realna groźba politycznej marginalizacji.
Narracje nie mają znaczenia, skutki - ogromne.
W tym kontekście zupełnie drugorzędne staje się to, jakie oskarżenia padają między stronami. Czy ktoś zarzuca Jarosławowi Kaczyńskiemu związki z okrągłostołowym układem, czy Mateusz Morawiecki bywa oskarżany o niemiecka agenturę - to wszystko traci znaczenie wobec faktu, że rozpad osłabia wszystkich. Polityka to gra sił, nie moralnych etykiet. A osłabiony obóz przegrywa - niezależnie od tego, kto miał rację.
Prezydent bez zaplecza.
Najbardziej jednak niedocenianą konsekwencją tej sytuacji jest to, co dzieje się wokół Karola Nawrockiego. Prezydent, który, niezależnie od ocen, próbuje przeciwdziałać destrukcyjnym działaniom rządu Donalda Tuska, zostaje w tej układance praktycznie sam. Bez stabilnego zaplecza partyjnego jego możliwości działania dramatycznie maleją. Każda inicjatywa, czy to w obszarze gospodarki, czy wymiaru sprawiedliwości, staje się trudniejsza - o ile nie niemożliwa, do przeprowadzenia. Jeśli PiS się rozpadnie, prezydent zostaje politycznie osierocony.
Prosta konsekwencja: druga kadencja Tuska.
Jeżeli po dzisiejszym spotkaniu dojdzie do rozłamu, scenariusz jest brutalnie prosty: Donald Tusk dostaje praktycznie gwarancję drugiej kadencji. Podzielona opozycja nie ma zdolności wygrywania wyborów. To reguła, nie opinia. Co więcej, w takiej sytuacji można się spodziewać zmasowanego ataku politycznego na prezydenta - osłabionego, bez silnego zaplecza, z ograniczonym polem manewru. W efekcie jego szanse na reelekcję stają się praktyczne żadne.
Najbardziej ironiczne w tej sytuacji jest to, że wszyscy uczestnicy tego sporu mogą być przekonani, że walczą o przyszłość swojego obozu. A w rzeczywistości mogą właśnie wspólnie doprowadzać do jego końca, bo w polityce nie zawsze przegrywa ten, kto ma gorsze argumenty. Często przegrywa ten, kto nie potrafi przestać walczyć we własnym obozie.
Upadek PiS-u pogrzebałby PiS, który tylko dla niektórych jest wszystkim.
Dla mnie Dżabe, to Ty jesteś "wszystkim", jak piszesz o ekonomii, bo wtedy mogę z Tobą robić "wszystko", jakkolwiek to brzmi.
Bez paniki. Wszystko pod kontrolą. W sobotę słyszałem jak M. Morawiecki z dużą dozą pewności siebie zapewniał, że jak wygra to wróci 'nowy ład" tylko bardziej czyli nie ma już ratunku dla kopalń, elektrowni węglowych.....czy przedsiębiorstw o których można powiedzieć "narodowe". Nie wiem co jest źródłem napięć po między prezesem a M. Morawieckim. Przecież tak samo nienawidzą " pazernych rolników" czy też "kombinatorów i złodziei" (prywatni przedsiębiorcy) jak łaskawie nazywał ich prezes. Tusk też ich nienawidzi tak samo mocno. Czy to kolejna inscenizacja by w zamieszaniu pozbawić nas państwowości?
Ciekaw jestem autorstwa słów chlapniętych przez Naczelnika o przedsiębiorcach zgłaszających niezadowolenie: jeśli sobie nie radzą w polskich warunkach( upichconych im przez rząd- pisowski również, a jakże) to niech zamkną działalność. Sam to wykombinował, czy wpisał się w pomysły twórcy "polskiego ładu", co to jak się finalnie okazało..wykorzystał i porzucił?
A swoją drogą przebrzmiały już echa oburzenia na Balcerowicza i Lewandowskiego za dziką prywatyzację i nowe reguły gry na polskim rynku i przedsiębiorcy też nauczyli sobie jakoś mimo wszystko radzić. Zaczynając w przeważającej części od zera, mimo bandyckich przepisów i podatków.A teraz koncesjonowani "patryjoci" od Kaczyńskiego chcą aby klaskać na ich podobne i idące jeszcze dalej pomysły i dziwią się, że wyborcy ich kopnęli w dupę.