Armageddon cz. 8 - NBP i PFR: dwie drogi, dwie szanse

Miesiąc temu, 16 marca, Zarząd NBP ogłosił komunikat, w którym informował o zamiarze wprowadzenia "kredytu wekslowego", a tak w ogóle, to bardzo rozsądnie pisał o różnych takich sprawach życiowej wagi, nawet dając dobre rady Ministerstwu Finansów.

Uwzględniając sposób pracy instytucji państwowych, można powiedzieć że kurcgalopkiem przeprocedowano zagadnienie, no i w Wielki Piątek, czyli po niespełna czterech tygodniach (konkretnie po 25 dniach) ogłoszono Uchwałę Zarządu NBP z 10 kwietnia 2020 r. o zasadach dyskonta weksli, uchylającą Uchwałę Zarządu NBP z 12 marca 2010 r. o tym samym.

Z pozytywów:
   1. przyjmuje się do dyskonta weksle przedsiębiorców w ogóle (od 2010 przyjmowano wyłącznie weksle przedsiębiorców nie będących osobami fizycznymi)
   2. ....
          ... i to chyba by było na tyle

Natomiast mam nieodparte wrażenie, że Zarząd NBP nie dość że myli "kredyt wekslowy" z "dyskontem weksla", to jeszcze z potencjalnie rewelacyjnego narzędzia pomocy, robi potencjalnie niebezpieczne narzędzie tortur. Zresztą dla NBP również.

Efekt niestety będzie taki, że program albo w ogóle nie będzie działał, albo działanie będzie na tyle ułomne, że pozwoli na stwierdzenie bezskuteczności takiego narzędzia (już raz wycięto w NBP dokładnie taki sam numer, więc niby dlaczego teraz miałoby być inaczej).   

Kilka fundamentalnych uwag, dotyczących możliwości samego mechanizmu, bo inaczej trudno będzie się połapać o co tu chodzi.

W takiej w pełni użytkowej wersji, "kredyt wekslowy" jest komplementarny do "dyskonta weksla", gdzie właściwym wehikułem finansowym jest "kredyt wekslowy" (NBP udziela komuś kredytu pod zastaw jakiegoś weksla, nie wchodząc w jego własność), zaś "dyskonto weksla" (zakup weksla przez NBP i wejście we własność) jest instrumentem ewentualnie ratującym płynność systemu.

W całej konstrukcji chodzi o to, że przedsiębiorca tak naprawdę tworzy prywatny pieniądz w postaci weksla, nadając mu płynność we współpracy z bankiem komercyjnym za pomocą debetu w rachunku, zaś ten weksel przedsiębiorcy, zdeponowany w banku komercyjnym jako zabezpieczenie dla utworzonego debetu, może być w razie potrzeby utrzymania płynności banku, użyty jako zastaw dla kredytu wekslowego z NBP bez konieczności jego odsprzedaży (skierowania do dyskonta), które to dyskonto jest ostatecznością w wypadku ewentualnych dalszych problemów banku komercyjnego.

Celem ćwiczenia jest utworzenie drogi zdejmującej z banku komercyjnego ryzyko udzielenia debetu w rachunku i przeniesieniu tego ryzyka solidarnie na NBP i przedsiębiorcę wystawiającego weksel. 

Jak to powinno wyglądać w praktyce:
     a) klient jakiegoś banku (niech będzie że przedsiębiorca) występuje o debet w rachunku na jakąś kwotę;
     b) bank komercyjny podpisuje umowę o utworzeniu bezterminowego debetu i przyjmuje od przedsiębiorcy jego rekta weksel (weksel własny zdatny do indosu do NBP, czyli do odsprzedaży Narodowemu Bankowi Polskiemu, a więc bez klauzuli "nie na zlecenie" i ze wskazaniem wprost NBP jako indosatariusza) lub tworzy jako zabezpieczenie weksel trasowany ze wskazaniem NBP jako remitenta (czyli wierzyciela wekslowego, uprawnionego do kwoty z weksla) i kredytobiorcą jako trasantem (czyli dłużnikiem wekslowym, zobowiązanym z weksla), w obydwu wersjach z datą wykupu "12 miesięcy od okazania" (czyli od wezwania do zapłaty);
     c) bank komercyjny trzyma sobie weksel w szafie, klient korzysta z debetu w obydwie strony i w ogóle "bysznesz szę kręczy" aż miło popatrzeć;
     d) w sytuacji problemów z płynnością albo na wezwanie NBP, bank komercyjny występuje do NBP o udzielenie "kredytu wekslowego", składając jako zabezpieczenie w/w weksle, przy czym na wekslach własnych klienta bank ustanawia indos zastawczy na rzecz NBP, zaś w wypadku weksla trasowanego po prostu go deponuje i już;
     e) NBP udziela kredytu wekslowego na jakiś okres (choć niekonieczne, może to być kredy otwarty, z terminem spłaty po roku od wezwania); 
     f) kiedy bank komercyjny opanuje w terminie kwestię płynności, zwraca kredyt wekslowy i otrzymuje z powrotem weksle, które chowa do szafy na wypadek ponownych problemów z płynnością - o całej historii klient banku komercyjnego nic nie wie i nie musi
     g) jeżeli bank komercyjny nie daje rady lub nie spłaca kredytu wekslowego w terminie, NBP dokonuje dyskonta weksla (zakupu), bilansując to z kredytem wekslowym i przejmując weksle (w wypadku recta weksli jako indosatariusz, a wypadku weksli trasowanych jako remitent) i tak naprawdę dzięki temu staje się dysponentem potężnego narzędzia regulacyjnego, jako że - o ile tylko będzie chciał - może bezpośrednio wpływać na ilość pieniądza w obiegu i to w dwojaki sposób:
           1. prosto, szybko i co ważniejsze trwale utrzymywać ilość pieniądza w obiegu przez umarzanie całości lub części weksli
           2. przez opóźnione w czasie o 12 miesięcy ściąganie pieniądza z obiegu poprzez okazanie weksla (wezwanie do wykupu) - ten wykup to ostateczność, taka "bomba atomowa" na wypadek hiperinflacji, bo już samo wezwanie do wykupu zmienia zachowania wystawcy weksla (czyli klienta z debetem), gdyż świadomość konieczności terminowego wykupu weksla (do czego wystarczy zamknięcie przez klienta debetu w rachunku) zachęca do rozpoczęcia powolnej spłaty debetu.

Czyste, proste, eleganckie, zgodnie z prawem i zasadami ekonomii.

Cóż zaś uczyniono z tak elastycznego narzędzia? Ano, jak to u nas, stworzono jego zaprzeczenie, gdyż owszem, umożliwiono bankom komercyjnym uzyskanie kredytu wekslowego, ale w następujący, potwornie przesztywniony sposób:
     a) klient jakiegoś banku (niech będzie że przedsiębiorca) występuje o debet w rachunku, na jakąś kwotę (jak widać, zaczyna się tak samo, no bo jeszcze poza NBP);
     b) bank komercyjny podpisuje umowę o udzieleniu na rok (na 12 miesięcy) debetu w rachunku, przyjmuje weksel przedsiębiorcy z terminem zapadalności do 1 roku od daty wystawienia i przekazuje do weryfikacji przez NBP;
     c) w wypadku pozytywnej weryfikacji, NBP udziela bankowi komercyjnemu kredytu (choć w zasadzie przyjmuje weksel do dyskonta z zastrzeżeniem indosu zwrotnego), zaś w wypadku odrzucenia przez NBP weksla, jest on zwracany bankowi komercyjnemu;
     d) po upływie terminu zapadalności weksla (czyli najdalej po roku), NBP dokonuje samodzielnie obciążenia rachunku banku komercyjnego kwotą z weksla, po zaspokojeniu się zwracając weksel bankowi komercyjnemu z klauzulą "indos zwrotny" (jako że bank komercyjny występuje wobec NBP jako indosariusz), celem dalszych działań w wykonaniu banku komercyjnego.

Rozumiecie różnicę? NBP nie zmniejsza w żaden sposób ryzyka banku komercyjnego, wręcz przeciwnie, jakiekolwiek kłopoty klienta powodują, że to bank komercyjny ma problem, bo NBP ściąga mu pieniądze z rachunku i tyle. W dodatku NBP na własne życzenie pozbawia się możliwości aktywnego zarządzania ilością pieniądza w obiegu.
    Mówiąc krótko, Narodowy Bank Polski zachowuje się tu tak, jak gdyby udzielane przez niego w drodze kredytu wekslowego środki pochodziły z jakichś realnych depozytów, w dodatku o samoistnej wartości, no po prostu dalej działa jak zwykły bank komercyjny w zamierzchłej epoce pieniądza kruszcowego. LUDZIE, TO NIE TE CZASY !!!

Ale nic to, pewien wyłom został zrobiony, teraz tylko trzeba czekać, aż nieubłagane konsekwencje zastopowania gospodarki uderzą z całej siły (gdzieś tak po weekendzie majowym, kiedy pierwsza fala kryzysu pokaże swoje wredne oblicze), no i wtedy się okaże, że trzeba na gwałt szukać metod dostarczenia pieniędzy na sam dół, żeby podtrzymać konsumpcję towarów 100% made in Poland, bo bez tego nie będzie inwestycji, no i ktoś sobie przypomni o debecie w rachunku i kredycie wekslowym, ale już w prawidłowej formie, bo na razie to takie bardziej prokrustowe łoże jest... 

Niemniej nie narzekajmy, dobra psu i mucha, lepiej cokolwiek, nawet takiego, niż nic.

Bo kryzys "na dole" da o sobie znać, spokojna głowa, ponieważ w Anglii już tak z 5% populacji nie ma na jedzenie, to nie widzę powodu dla którego u nas ma być inaczej, szczególnie że susza idzie i ceny żywności zaczną mocno rosnąć, jako że na import nie za bardzo jest co liczyć...
Chciałbym przypomnieć, że nie będzie problemem brak pieniędzy w bankomatach, tylko na rachunkach, a skoro ten problem mają w Anglii, we Włoszech (gdzie w końcu zaczęła ludziom pomagać mafia), w Hiszpanii, no to u nas też tak będzie, tyle że niestety, na nasze lokalne mafie nie mamy co liczyć...

Co do "tarczy finansowej" PFR/ARP/BGK (bo to w zasadzie jedna instytucja) - ogólne informacje brzmią zachęcająco, niestety, diabeł będzie tkwił w szczegółach, a w tym konkretnym wypadku w tym, że o pomocy (siłą rzeczy ograniczonej) będą decydować urzędnicy szczebla wykonawczego, a konia z rzędem temu, kto powie, jaka ich część pochodzi jeszcze z zamierzchłej przeszłości lub była związana z PO.
   Ostatecznie ten dział to domena "gowiniąt", a skąd wicepremierom (byłemu i nowemu, czyli p. Gowinowi i p. Emilewicz) wyrastają nogi, no to można sobie przeczytać tu.

Będą szczegóły, będę pisał, jak na razie wygląda na to, że jak ktoś w połowie marca dogadał się z pracownikami i wyrejestrował ich z ZUS żeby móc zawiesić działalność na czas wstrzymania przychodów (bo przecież nie wolno zawiesić działalności jeżeli ma się pracowników), to na pomoc nie ma co liczyć - podobno trzeba mieć przynajmniej jednego i prowadzić działalność.

No to małe browary mają i prowadzą - przeczytajcie sobie, jak na razie jest im niebo przychylane...

Zdrowych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego...

Forum jest miejscem wymiany opinii użytkowników, myśli, informacji, komentarzy, nawiązywania kontaktów i rodzenia się inicjatyw. Dlatego eliminowane będą wszelkie wpisy wielokrotne, zawierające wulgarne słowa i wyrażenia, groźby karalne, obrzucanie się obelgami, obrażanie forumowiczów, członków redakcji i innych osób. Bezwzględnie będziemy zwalczali trollowanie, wszczynanie awantur i prowokowanie. Jeśli czyjaś opinia nie została dopuszczona, to znaczy, że zaliczona została do jednej z wymienionych kategorii. Jednocześnie podkreślamy, iż rozumiemy, że nasze środowisko chce mieć miejsce odreagowywania wielu lat poniżania i ciągłej nagonki na nas przez obóz "miłości", ale nie upoważnia to do stosowania wulgarnego języka. Dopuszczalna jest natomiast nawet najostrzejsza krytyka, ale bez wycieczek osobistych.

Komentarze

Obrazek użytkownika mjk1

12-04-2020 [17:02] - mjk1 | Link:

Myślałem, że obserwacja otaczającej nas rzeczywistości z beczki, tylko z Diogenesa potrafiła zrobić kretyna. Myliłem się i muszę przyznać rację Hamletowi, że są jednak na świecie rzeczy o których się filozofom nie śniło. Nie wiem, czy Pan Bóg zdecyduje się w najbliższym czasie na ostateczną rozgrywkę, ale jestem pewien, że wdrożenie pańskich propozycji na pewną to rozstrzygające starcie przyspieszy. Ten tytułowy Armagedon, ale przez jedno „d”. Nie będę oczywiście omawiał wszystkich pańskich kretyńskich propozycji i skupię się tylko na ostatniej. Mniej więcej od czasów biblijnych wiadomo, że kredyt nic dobrego nie przynosi dla kredytobiorcy a w dłuższej perspektywie dla kredytodawcy też. Mówimy oczywiście o kredycie bez odsetkowym, bo ten z odsetkami, od czasów biblijnych był zakazany. Dlaczego był zakazany, nie jest w tej chwili istotne, ale jak będzie Pan ciekaw, chętnie wyjaśnię. O tym, dlaczego kredyt nic dobrego nie przynosi, uczono nie tak dawno w każdej szkole w „ten kraju” od podstawowej po wyższą uczelnię. Nie tylko uczono. Można to też było zaobserwować w praktyce. Jak Pan zapewne wie do 1989 roku, kredytów ten kraj nie zaciągał a mimo tego np. kolejek do lekarzy nie było i w prawie każdej szkole był gabinet lekarski, dentystyczny a już na pewno higienistka. Jeżeli jednak będzie Pan chciał przywołać przykład Gierka, że ten za nędzne 25 miliardów ówczesnych zielonych pieniążków, wywindował ten kraj na ósmą potęgę gospodarczą świata w produkcji sprzedanej, to gratuluję logiki rozumowania. Teraz przypomnę Panu, czego uczono w ówczesnych szkołach. Uczono, że najważniejsza jest tzw. równowaga towarowo pieniężna i każde jej zaburzenie jest szkodliwe dla gospodarki, jako całości a kredyt jest jednym z czynników ową nierównowagę powodujących. Podam przykład i to taki, aby przedszkolak zrozumiał, więc na pewno da Pan radę. Załóżmy, że ktoś zaciąga kredyt nie na przejedzenie, tylko na szlachetny cel, jakim jest wytworzenie jakiegoś dobra materialnego. Załóżmy, że tym dobrem jest rower. Musi Pan przyznać, że ów ktoś jest w stanie spłacić zaciągnięty kredyt, tylko i wyłącznie po sprzedaniu owego roweru. Jeżeli widzi Pan inną możliwość chętnie ją poznam a obawiam się, że nie tylko ja. Po sprzedaniu roweru i spłacie zaciągniętego kredytu na rynku mamy na pewno rower, ale nie mamy równowartości środków pieniężnych na wyprodukowany rower, bo te oddaliśmy bankowi spłacając zaciągnięty kredyt, czyli zaburzyliśmy równowagę towarowo pieniężną. Na rynku nie ma więc środków na kupno owego roweru. Jak wyjaśni Pan skąd wziąć środki na kupno owego roweru, bez przywrócenia równowagi towarowo pieniężnej, to ja księdzem będę, bo o tym, że nie ma Pan bladego pojęcia jak przywrócić równowagę towarowo pieniężną jestem pewien a świadczą o tym wszystkie pańskie „armagedonowe” wpisy przez dwa „d”.                     
 

Obrazek użytkownika Obserwator_3

12-04-2020 [22:38] - Obserwator_3 | Link:

@mjk1

1. "debet w rachunku" nie jest kredytem, więc cała reszta komentarza jest wewnętrzną dyskusją ze swoimi wyobrażeniami na temat tego co niby jest tego komentarza przedmiotem - aczkolwiek jestem skłonny potwierdzić, że te wyobrażenia są kretyńskie;

2. przeważająca większość pieniądza na rynku istnieje wyłącznie w formie długu - spłacenie kredytu anihiluje ten pieniądz - więc nie ma znaczenia czy kredyt przynosi coś dobrego czy nie przynosi i komu, bez jakiejś formy kredytu obecna gospodarka nie może istnieć (przy okazji - zakup w wiejskim sklepiku "na kreskę" też jest formą kredytu, bez którego "kredytobiorca" zdechłby z głodu, a "kredytodawca" poszedł z torbami z braku klientów, zresztą to wraca teraz z całą siłą); 

3. suma kredytów przewyższa obecnie ilość dostępnego na rynku pieniądza, choćby dlatego, że spłata odsetek (oczywiście pieniędzmi "kredytowymi", wyrwanymi z rynku) tworzy realny pieniądz będący własnością banku, na koszt spłacającego

4. proponuję, by zamiast prowadzić dyskusję z samym sobą na temat swoich wyobrażeń o tym co myślę i składać mi z tego tytułu jakieś gratulacje (!?!), poświęcić trochę czasu na analizę skutków kurczowego trzymania się koncepcji równowagi towarowo-pieniężnej w sytuacji powstania nowych kompletnie obszarów gospodarki (np. technologii druku 3D) - zwiększenie tempa obiegu pieniądza nie do końca załatwia sprawę, bo w tych branżach, gdzie procesy trwają dłużej (np. rolnictwo), pieniądz będzie zbyt drogi i zaczną padać lub zaczną drożeć (zależy czy będzie możliwość skompensowania tańszym importem);
Szkołę Balcerowicza znam i nie cenię, natomiast dogmatyzm w ekonomii świadczy o jej niezrozumieniu - ekonomia nie tworzy wzorców, ekonomia je próbuje opisywać.

5. Nie wiem czy zostaniesz księdzem, ale skoro ma być wyprodukowany rower na którego zakup na rynku nie ma pieniędzy, to są dwie opcje przywrócenia tej wymarzonej "równowagi towarowo-pieniężnej": produkujemy rower i odpowiednią ilość pieniędzy (po obydwu stronach równania równowagi "coś" przybywa i się bilansuje), albo nie produkujemy roweru (lub zgoła niczego, jak to było pod koniec socjalizmu), żeby ta równowaga była zachowana; 

6. co do przykładów dla przedszkolaków, to przedszkolak raczej by zjadł służbowy śliniak niż sprzedał wymarzony rower, więc pewnie by zaczął tym rowerem jeździć jako kurier, żeby zarabiać świadcząc usługi, a może nawet by chętnemu do pedałowania z przesyłkami wynajmował ten rower na dniówki - doprawdy koncepcja brania kredytu na zakup środka produkcji (tu: roweru) w celu jego odsprzedaży na spłatę tegoż kredytu, przekracza możliwości intelektualne normalnego przedszkolaka, tu rzeczywiście trzeba co najmniej magistra, a może nawet i doktora nauk ekonomicznych na SGH

  Pogodnych Świąt...

Obrazek użytkownika mjk1

13-04-2020 [14:35] - mjk1 | Link:

Za życzenia pogodnych świąt dziękuję i odwzajemniam. Za drobne złośliwości pretensji nie mam, bo sam zacząłem a na poszczególne punkty postaram się odpowiedzieć.
Po przeczytaniu pierwszego musiałem jeszcze raz wrócić do pańskiego wpisu. Z tekstu wynika, że debet na rachunku nie jest darowizną. Środki na rachunku, które bank oddaje do dyspozycji „debetobiorcy”, po pewnym czasie trzeba zwrócić. Nie wiem więc dlaczego nie mamy tego nazywać kredytem, skoro negatywne skutki dla gospodarki powoduje identyczne jak kredyt? Jeżeli byłby Pan uprzejmy wytłumaczyć, byłbym wdzięczny.
Odnośnie punktu drugiego, to absolutnie nie neguję faktu, że większość pieniędzy w obiegu istnieje w postaci długu. Nie rozumiem jednak, dlaczego nie ma to negatywnych skutków dla gospodarki? Chyba, że zakłada Pan, że długu tego nigdy nie trzeba będzie spłacić. Byłoby pięknie. Uważam jednak, że po pewnym czasie kredytodawca zażąda zwrotu długu a wtedy nie będzie już tak wesoło i kredytobiorca w małym sklepiku i tak zdechnie z głodu a sklepikarz pójdzie z torbami i zeszytem pełnym bezwartościowych zapisów.
Odnośnie punktu trzeciego pełna zgoda. Co jednak w tym dobrego, że realny pieniądz prawie w całości jest własnością banku a jego koszty obciążają wszystkich z wyjątkiem akurat banku?
W punkcie czwartym, to już poleciał Pan całkowicie po bandzie. Po pierwsze nie rozumiem, dlaczego szybkość obiegu pieniądza ma mieć jakikolwiek wpływ na równowagę, czy też nierównowagę towarowo pieniężna? Chce mi Pan wmówić, że herbata wprawdzie nie robi się słodsza od samego mieszania, ale już od szybkości mieszania jak najbardziej? Cieszę się, że nie jest Pan fanem Balcerowicza. Dlaczego więc stosuje Pan jego socjotechnikę? I najważniejsze: ekonomia nie tylko opisuje procesy gospodarcze, ale przed wszystkim tworzy wzorce o których, jeżeli ma Pan ochotę, chętnie podyskutuję.
 
 

Obrazek użytkownika Obserwator_3

15-07-2020 [19:59] - Obserwator_3 | Link:

1. Witam, dobrze że możemy na spokojnie sobie podyskutować, bardzo się cieszę.

Porusza Pan kilka wątków wzajemnie zależnych, więc trudno mówić o "odpowiedzi" sensu stricto, bo zagadnienia tworzą swoisty węzeł gordyjski - a niestety, próba zastosowania metody Alka Macedońskiego poprzez utworzenie by-passu celem uzdrowienia całego systemu, napotyka (zupełnie zresztą zrozumiały) opór.

Muszę zacząć od bardzo fundamentalnej kwestii związanej z ekonomią jako taką. W odpowiedzi na moją uwagę, że: "...ekonomia nie tworzy wzorców, ekonomia je próbuje opisywać...", pisze Pan: "...ekonomia nie tylko opisuje procesy gospodarcze, ale przed wszystkim tworzy wzorce...".
  Obydwa ujęcia są w pewnym sensie poprawne, ale na różnych poziomach abstrakcji. Ekonomia jako dyscyplina naukowa zajmuje się opisem relacji ekonomicznych (podobnie jak etologia, czyli taka meta-etyka opisowa i porównawcza, zajmuje się opisem relacji etycznych). Jako że relacje ekonomiczne zależą od przyjęcia kryteriów rozdziału na przedmioty i podmioty tych relacji, w tle jest zawsze jakaś filozofia definiująca te podmioty, co pozwala na tworzenie wspomnianych kryteriów (np. w starożytnej Grecji lub w niektórych dzisiejszych krajach arabskich i afrykańskich, status niewolnika wyklucza podmiotowość, choć po przekroczeniu jakiejś granicy państwowej, taka podmiotowość przysługuje).
   Dlatego też ekonomia może i powinna tworzyć zdania uniwersalne (np.: "celem każdego działania jest zysk"), ale pozostawiając definicje pojęć odpowiednim filozofiom i wyrastającym z nich cywilizacjom, bo inaczej rozumie się "zysk" w świecie arabskim, inaczej w Chinach etc., a choć "zysk finansowy" wszędzie rozumie się tak samo, tym niemniej nie będzie prawdziwe zdanie: "celem każdego działania jest zysk finansowy", bo jakiż to zysk finansowy ma Hindus karmiący krowę?

    W tym więc ujęciu ekonomia, rozumiana jako metanauka, nie może tworzyć zdań normatywnych, lecz jedynie albo uniwersalne albo porównawcze. I to jest OK, tak być powinno, znajomość takiej ekonomii jest niezwykle pożyteczna, bo pozwala dostrzegać pewne niuanse w kontaktach międzynarodowych, niekiedy z obopólną korzyścią.

Natomiast jeżeli już przyjmujemy jakąś filozofię, jej metafizykę oraz etykę, to w konsekwencji tworzymy narzędzia analityczne do oceny relacji ekonomicznych z punktu widzenia tejże filozofii, co pozwala na tworzenie zdań normatywnych, ale oczywiście nie "uniwersalnych" lecz w zakreślonych daną filozofią ramach.
   Taką ekonomię należy jednak uzupełnić przymiotnikiem opisującym jej kryteria ("ekonomia socjalizmu", "ekonomia liberalizmu", "chrześcijańska", "arabska" itd.), no i precyzyjnie pilnować tego, aby poprzez opuszczenie wspomnianego przymiotnika, nie doprowadzać do mylenia jej z tą ekonomią uniwersalną, która zdań normatywnych nie tworzy. 

Obrazek użytkownika mjk1

14-04-2020 [12:34] - mjk1 | Link:

Witam i też się cieszę, że ma Pan ochotę ze mną rozmawiać.
Muszę zacząć od sprostowania. W odpowiedzi na pański wpis omówiłem tylko kwestię kredytu i jego wpływ na równowagę towarowo pieniężną. To Pan rozwinął temat do sześciu wzajemnie zależnych wątków, więc wypadało się odnieść do każdego z nich. Cieszę się również, że uważa Pan moje spojrzenie na ekonomię za poprawne. Zgadzam się też, że ekonomia opisuje procesy zachodzące w gospodarce. Mogę się też zgodzić z twierdzeniem, że ekonomia w jakimś aspekcie zajmuje się opisem relacji etycznych. Dalej jednak bym już nie wybiegał i nie oceniał relacji ekonomicznych z punktu widzenia filozofii a już na pewno nie dzielił ekonomii na jakieś działy i określał przymiotnikami. Takich podziałów dokonywano w czasach słusznie minionych i już z wtedy okazało się, że są to podziały całkowicie sztuczne, bo czym tak naprawdę różniła się ekonomia polityczna socjalizmu od ekonomii politycznej kapitalizmu. Przecież w obydwu systemach gospodarczych obowiązywały te same podstawowe zasady ekonomiczne. Generalnie nie ma sensu tak wszystkiego komplikować. Ekonomia należy do nauk ścisłych, wcale nie jest skomplikowana i powinna być zrozumiała dla każdego.
Zamiast omawiania uniwersalnych zadań ekonomii pozwoli Pan, że zacznę od podstaw. Zgadzamy się, że ekonomia opisuje relacje zachodzące w gospodarce. Co zatem jest celem gospodarki? Otóż celem gospodarki jest tylko i wyłącznie zaspokajanie potrzeb. Po zaspokojeniu potrzeb w jakiejś dziedzinie dalsza działalność gospodarcza w tej konkretnej dziedzinie, nie ma sensu i jest zwykłym marnotrawstwem. Wynika z tego, że celem gospodarki nie jest zarabianie pieniędzy. Jeżeli za cel gospodarki postawimy sobie zysk, to nie tylko nie osiągniemy zysku, ale nie zaspokoimy również potrzeb. Widać to przecież w otaczającej nas rzeczywistości jak na dłoni. Czy znaczy to, że ktoś, kto zaspokaja ludzkie potrzeby ma to robić za darmo? Absolutnie nie. Musi być wynagrodzony i to godnie. Nie ma jednak najmniejszego sensu tworzenie dodatkowych miejsc pracy w dziedzinie w której potrzeby zostały już zaspokojone. Przykładowo: nie ma sensu otwieranie nowej piekarni w miejscowości w której dotychczasowy piekarz zapewnia wszystkie wyroby miejscowej ludności. Co należy zrobić, aby wszyscy chętni na pieczywo otrzymali je w wymaganej ilości a jednocześnie piekarz osiągnął ze swej działalności satysfakcjonujące go wynagrodzenie? Wszystko to ekonomia a raczej konkretni ekonomiści już dawno rozwiązali i co najważniejsze sprawdziło się w praktyce z całkiem niezłym rezultatem. To jednak temat na osobny i bardziej obszerny wpis. Pozdrawiam Pana.                
 

Obrazek użytkownika mjk1

13-04-2020 [14:41] - mjk1 | Link:

Jeżeli chodzi o punkt szósty, to oczywiście ma Pan rację, że koncepcja brania kredytu na wyprodukowanie roweru (nie jego zakup) i późniejszą spłatę tegoż kredytu przekracza możliwości intelektualne normalnego przedszkolaka. Nie zmienia to jednak faktu, że bez środków, roweru wyprodukować się nie da. Nie ulega też najmniejsze wątpliwości, że przedszkolak przede wszystkim zacząłby na rowerku jeździć, ale nie sądzę, że po odebraniu mu tej przyjemności zjadłby służbowy śliniak. Takie głupie to przedszkolaki jednak nie są.
Nie zapomniałem też o punkcie piątym i muszę przyznać, że tutaj uczucia mam ambiwalentne. Nie spodziewałem się bowiem, że odpowie Pan na zadane przeze mnie pytanie i to prawidłowo. Koncepcja jest jednak tylko jedna a nie dwie, jak próbuje Pan zasugerować. Produkujemy rower i odpowiednią ilość pieniędzy. Innej możliwości nie ma. Możemy oczywiście nie produkować nic, ani towarów, ani pieniędzy i czołgać się powoli na cmentarz, ale chyba nie o to chodzi. Pozostaje najważniejsze pytanie: jak owe środki rozdysponować? Mam oczywiście swoją koncepcję, ale chętnie poznam pańską. Mam też nadzieję, że nie będzie Pan żądał z całą surowością spełnienia mojej obietnicy i nie wyśle mnie na stare lata do seminarium duchownego.
Pozdrawiam „drugoświatecznie” i niestety mniej pogodnie, ale to już nie z mojej winy.