W poprzedniej części (naszeblogi.pl/77551-run-na-zondacrypto) dowiedzieliśmy się, że giełdy kryptowalut są jak średniowieczne banki, które na bazie złota nabudowały system walutowy w postaci kwitów na to złoto, których krąży więcej niż złota w skarbcu. Tak samo jest z giełdą, która obraca kryptowalutami klientów, a im tylko wydaje kwity, czyli zobowiązanie, że ich majątek im wypłaci. Więc trzeba wierzyć firmie. To jest tylko zgrubna analogia, bo w szczegółach bardzo się to różni.
Zrozumienie afery Zondacrypto wymaga pojęcia kluczowej kwestii: co tak naprawdę oznacza, że giełda w ogóle ma Bitcoiny swoich klientów?
W przypadku tradycyjnego banku sprawa jest prosta, ponieważ audytorzy mogą łatwo sprawdzić jego rachunki, gotówkę w skarbcach czy udzielone kredyty. W świecie kryptowalut sytuacja jest jednocześnie prostsza, ale bardziej bezwzględna. Ostatecznie liczy się to, kto potrafi wytworzyć dane spełniające warunek wydania, by cyfrowo podpisać transakcję, która przeleje Bitcoiny z konkretnego adresu. Jeśli więc giełda wyświetla swoim klientom na wirtualnych kontach 10 tys. BTC, musi udowodnić, że rzeczywiście kontroluje taką ilość i że procedury oraz technologia zarządzania tym majątkiem sprawiają, że żaden pojedynczy pracownik, prezes czy haker nie zdoła ukraść ani trwale zablokować tych środków.
Najprostszy portfel kryptowalutowy zabezpieczony jest jednym kluczem prywatnym i każdy, kto go posiada, może swobodnie wydawać zgromadzone na nim środki. O ile dla przeciętnego użytkownika, który sam bezpiecznie przechowuje swój klucz, jest to rozsądne podejście, o tyle dla giełdy obracającej miliardami jest to szaleństwo.
Wyobraźmy sobie, że prezes takiej giełdy ma na swoim prywatnym laptopie klucz do portfela wartego miliony. Taki człowiek może zgubić sprzęt, zapomnieć hasła, zostać porwany, paść ofiarą ataku hakerskiego lub po prostu ukraść pieniądze i uciec. Prezes tradycyjnego banku takiej możliwości nie ma. W każdym z tych scenariuszy tysiące klientów bezpowrotnie traci oszczędności. Poważna instytucja finansowa musi bezwzględnie wyeliminować tak zwany pojedynczy punkt awarii (single point of failure), czyli sytuację, w której jeden człowiek, jeden komputer lub jeden plik z hasłem decyduje o losie całego majątku giełdy.
Najprostszym rozwiązaniem tego problemu jest portfel wymagający wielu podpisów (multisig). Technologia sieci Bitcoin pozwala na stworzenie konta, z którego wypłata środków wymaga zatwierdzenia przez kilka różnych osób. Standardowo stosuje się model progowy, na przykład „trzy z pięciu”. Oznacza to, że giełda generuje pięć niezależnych kluczy, a do zatwierdzenia jakiegokolwiek przelewu potrzebne jest użycie co najmniej trzech z nich. Można je bezpiecznie rozdzielić między różne osoby i lokalizacje. Na przykład jeden klucz dostaje dyrektor finansowy, drugi szef bezpieczeństwa, trzeci jest w niezależnej infrastrukturze firmy, czwarty leży w sejfie jako kopia zapasowa, a piąty fizycznie znajduje się w innym kraju. W takiej konfiguracji zniknięcie jednej osoby, kradzież jednego urządzenia czy awaria serwera nie stanowią żadnego zagrożenia, a sam prezes z jednym kluczem nie jest w stanie niczego ukraść. Gdy się zdarzy utrata jednego z kluczy, można momentalnie przy pomocy innych przelać środki na nowy adres, tak samo zabezpieczony pięcioma nowymi kluczami. Profesjonalne firmy powiernicze, takie jak BitGo, otwarcie chwalą się stosowaniem takich mechanizmów, bazując zazwyczaj na modelu wymagającym dwóch z trzech dostępnych kluczy.
Tylko że portfele z wieloma podpisami nie są rozwiązaniem idealnym, ponieważ każdy uprawniony pracownik dysponuje pełnoprawnym kluczem, który można skopiować. Nawet jeśli do przelewu potrzeba trzech osób, to wystarczy, że pracownicy potajemnie się dogadają lub haker włamie się na trzy komputery naraz, by wyczyścić giełdowe konta.
Z tego powodu duże instytucje korzystają ze sprzętowych modułów bezpieczeństwa (HSM - Hardware Security Module). Są to specjalistyczne urządzenia szyfrujące, wewnątrz których generowany jest klucz prywatny i ten klucz nigdy ich nie opuszcza. Administrator systemu nie ma do niego dostępu w formie pliku tekstowego, więc nie może go skopiować, wysłać sobie mailem ani zgrać na pendrive'a. System giełdowy wysyła do urządzenia jedynie polecenie podpisania konkretnej transakcji, a sprzęt, po sprawdzeniu odpowiednich warunków, odsyła gotowy podpis cyfrowy. Takie bezpieczne urządzenia od lat chronią również tradycyjne systemy bankowe.
Jeszcze nowocześniejszą technologią są wielostronne obliczenia (Multi-Party Computation (MPC)). W tym modelu pełny klucz prywatny nie występuje w całości w żadnym momencie i w żadnym urządzeniu. Zamiast tego system generuje jedynie rozproszone fragmenty, które trafiają na zupełnie niezależne serwery. Kiedy giełda chce wysłać Bitcoiny, wyznaczone maszyny wspólnie rozwiązują skomplikowany problem matematyczny, by utworzyć prawidłowy podpis. Żaden z serwerów biorących udział w operacji nie poznaje pozostałych części układanki. Dzięki temu pracownik firmy nigdy nie ma dostępu do pełnego klucza, który mógłby skopiować.
Takie rozwiązania są dziś standardem w zaawansowanej infrastrukturze finansowej, a dostawcy tacy jak Fireblocks projektują systemy w taki sposób, by pełny klucz nigdy nie był składany w całość, a pojedynczy udział w kluczu nie pozwalał na wykonanie żadnej transakcji.
Kolejnym absolutnie niezbędnym zabezpieczeniem jest podział środków na gorące i zimne portfele. Giełda musi codziennie realizować tysiące małych wypłat dla swoich użytkowników, a zatwierdzanie każdego przelewu na sto złotych przez zwoływanie zarządu i otwieranie sejfów byłoby niemożliwe. Dlatego tworzy się gorący portfel (hot wallet), podłączony stale do Internetu, w którym trzyma się tylko niewielką część kryptowalut niezbędną do bieżącej obsługi klientów. Zdecydowana większość rezerw trafia jednak do zimnego magazynu (cold storage), który jest całkowicie odłączony od sieci lub znajduje się w rygorystycznie izolowanej infrastrukturze.
Jeśli hakerowi uda się włamać na serwery giełdy, ukradnie co najwyżej drobne z internetowej kasy podręcznej, ale nie dobierze się do głównego skarbca. Przelewanie środków z zimnego magazynu w celu zasilenia gorącego portfela to rygorystyczna procedura wymagająca udziału wielu osób, wielostopniowych weryfikacji i automatycznych limitów blokujących nietypowo duże transakcje.
Nawet te wszystkie zabezpieczenia nie wystarczą, bo największe włamania ostatnich lat dotknęły portfele multisig w zimnym magazynie. Giełda Bybit straciła w lutym 2025 roku około 1,4 miliarda dolarów, a WazirX w lipcu 2024 roku około 235 milionów — w obu przypadkach napastnicy nie zdobyli żadnego klucza prywatnego. Podstawili jedynie fałszywy widok transakcji, więc uprawnione osoby zatwierdziły wyprowadzenie majątku w przekonaniu, że autoryzują rutynową operację. Próg „trzy z pięciu" zadziałał bez zarzutu, tyle że przed takim atakiem po prostu nie chroni.
Mechanizmem ataku nie jest sam klucz, lecz ścieżka weryfikacji tego, co się nim podpisuje. Dlatego liczy się nie tylko liczba podpisów, ale też to, czy każdy podpisujący sprawdza treść transakcji niezależnie, na osobnym zaufanym urządzeniu, oraz czy działają listy dozwolonych adresów i opóźnienia pozwalające zatrzymać nietypowy przelew. Gdy giełda chwali się technologią multisig, HSM czy MPC, wymienia tylko jej nazwę — nie odpowiada jednak na pytanie, skąd jej ludzie wiedzą, że podpisują to, co widzą na ekranie.
Warto też wyjaśnić częste nieporozumienie dotyczące przejrzystości giełd. Instytucje te absolutnie nie powinny publikować wszystkich szczegółów swoich zabezpieczeń, takich jak adresy osób posiadających klucze, kody do sejfów czy dokładne opisy awaryjnego dostępu, ponieważ byłaby to gotowa instrukcja dla złodziei. Giełda powinna jednak jasno komunikować ogólną architekturę swojego bezpieczeństwa. Klienci muszą wiedzieć, że większość środków leży w odłączonym od Internetu zimnym magazynie, klucze są rozdzielone organizacyjnie i geograficznie z wykorzystaniem technologii multisig, HSM lub MPC, a żadna pojedyncza osoba nie może samodzielnie dokonać dużego przelewu. Istotne jest też zapewnienie, że majątek klientów jest oddzielony od pieniędzy firmy i nie jest pożyczany innym podmiotom bez wyraźnej zgody użytkownika.
Warto podkreślić, że unijne przepisy MiCA wprost wymagają od firm przechowujących aktywa (custody) jasnej polityki bezpieczeństwa, odpowiedniej segregacji majątku oraz udokumentowanych procedur szybkiego zwrotu kryptowalut klientom.
Jednak nawet najlepiej ukryty, wielopodpisowy portfel w szwajcarskim bunkrze nie rozwiązuje najważniejszego problemu. Fakt, że system jest świetnie zabezpieczony, nie mówi nam nic o tym, ile faktycznie znajduje się w nim Bitcoinów oraz ile firma jest winna swoim użytkownikom. Jeśli giełda udowodni, że ma na swoich bezpiecznych adresach 10 tys. BTC, ale na wirtualnych rachunkach klientów widnieje łącznie 15 tys. BTC, to w systemie wciąż brakuje ogromnej kwoty. Z tego względu rzetelne giełdy wykorzystują dwa kluczowe mechanizmy: dowód posiadania rezerw (Proof of Reserves), który potwierdza kontrolowany majątek, oraz dowód zobowiązań (Proof of Liabilities), który wykazuje, ile firma jest winna ludziom. Tylko zestawienie tych dwóch wartości odpowiada na kluczowe pytanie klienta: czy cyferki na jego ekranie mają realne pokrycie w kryptowalucie.
By udowodnić swoje zobowiązania bez naruszania prywatności i publikowania list nazwisk ze stanem kont, giełdy wykorzystują matematyczną strukturę zwaną drzewem Merkle'a. Pozwala ona każdemu użytkownikowi sprawdzić, czy jego saldo zostało uwzględnione w zestawieniu zobowiązań, bez ujawniania sald pozostałych klientów. Do wiarygodnego wykazania całkowitej sumy zobowiązań potrzebna jest jeszcze odpowiednia konstrukcja kryptograficzna lub niezależna weryfikacja.
Przykładowo, giełda Kraken regularnie publikuje takie zestawienia tworzone przez niezależnych audytorów. W połowie 2026 roku firma mogła pochwalić się pokryciem rezerw rzędu 102,9%, co jest nieporównywalnie cenniejsze niż zwykły komunikat z działu marketingu zapewniający, że środki klientów są bezpieczne.
Warto przy tym pamiętać, że sam dowód posiadania rezerw nie jest rozwiązaniem idealnym. Nieuczciwa giełda może pożyczyć na chwilę kryptowaluty, by pokazać je w audycie, po czym szybko je zwrócić. Może zataić część swoich rzeczywistych długów, zastawić te same aktywa jako zabezpieczenie innych pożyczek, lub pokazać kryptowaluty, których w razie paniki na rynku nie da się szybko sprzedać. Kryptograficzne potwierdzenie rezerw to doskonałe narzędzie, ale nigdy nie zastąpi kompleksowego audytu finansowego, badającego cały bilans i rzeczywistą płynność firmy.
Idealna giełda powinna więc zapewniać klienta o tym, że jego środki są prawnie oddzielone od majątku platformy, mają pełne pokrycie i bezpiecznie spoczywają w zimnym magazynie zabezpieczonym technologiami zapobiegającymi kradzieży przez jedną osobę.
Rzeczywistość bywa jednak różna. Najlepsze firmy na rynku jawnie informują o wykorzystaniu zaawansowanej kryptografii i regularnie publikują audyty rezerw. Inne zadowalają się ogólnikowymi hasłami, które z punktu widzenia bezpieczeństwa nie znaczą zupełnie nic.
W tradycyjnej księgowości audytor opiera się w dużej mierze na dokumentach, potwierdzeniach zewnętrznych i testach księgowych. W świecie Bitcoina można użyć niepodważalnej matematyki: giełda może podpisać komunikat wyzwania (challenge message) kluczem danego adresu i bez ujawniania tożsamości pracowników, modeli sejfów czy haseł udowodnić, że potrafi dysponować konkretnymi środkami. Dlatego, gdy giełda zapewnia, że ma Bitcoiny klientów, nie należy pytać, w jakim fizycznym sejfie je trzyma. Należy zażądać kryptograficznego dowodu na to, że potrafi nimi dysponować, że pokrywają one wszystkie zobowiązania i że konstrukcja systemu wyklucza ucieczkę jednej osoby z kluczami.
Jak widać, mimo że istnieje wiele mechanizmów informatycznych, kryptowgraficznych i proceduralnych w świecie kryptowalut, których nie ma w banku ze złotem w skarbcu wydającym kwity, to nadal trzeba opierać się na zaufaniu do giełdy i jej zarządców. A gdy samodzielnie posiadamy kryptowaluty, to możemy nimi dysponować tak, by nikomu nie ufać, tylko sobie. A nawet to też jest zawodne, gdy się tego wszystkiego dogłębnie nie pozna i nie zrozumie.
Z tą wiedzą w kolejnym odcinku spojrzymy na sprawy giełd pokroju BitBay czy Zondacrypto. To w tej aferze jest kluczowe, bo jakoby Suszek zniknął z kluczem do 4503 BTC w zimnym portfelu i giełda utraciła do nich dostęp. W następnym odcinku opiszę, jak to dokładnie było.
Grzegorz GPS Świderski
Twitter.com/gps65
t.me/KanalBlogeraGPS
PS. Źródła tego plagiatu:
- Część 1: naszeblogi.pl/77551-run-na-zondacrypto
- 20 pozawalutowych zastosowań kryptowalut, które czynią państwo zbędnym
- gielda-nie-krypto
- matematyka-zamiast-banku-centralnego
- zlikwidowac-walute-panstwowa
- kryptowaluty-uratuja-swiat
- centralnie-sterowana-bankowosc
- dlaczego-kryptowaluty-sa-lepsze-od-gotowki
- czy-moze-zabraknac-pieniedzy
- bitcoin-argumenty-za-i-przeciw
Dlatego weta Prezydenta są niezbędne
pbs.twimg.com ...🇵🇱