Milosz Forman był jednym z czechosłowackich reżyserów. Podróżujący po krajach bloku wschodniego Kirk Douglas spotkał się z Miloszem w Pradze i doszedł do wniosku, że to byłby świetny reżyser filmu na podstawie książki, do której sfilmowania zakupił prawa. Obiecał, że prześle Czechowi tę książkę. Książka nie doszła, skonfiskowała ją służba bezpieczeństwa. Po latach i po emigracji Formana z Czech, co nastąpiło po wizycie bratnich czołgów i wojsk, w tym z PRLu, syn Kirka, Michael Douglas zaproponował czeskiemu reżyserowi zrobienie tego filmu. I tak w 1975 roku powstał "Lot nad kukułczym gniazdem".
Kukułki nie mają gniazd. Nie ma czegoś takiego jak kukułcze gniazdo. Zakłamany obraz natury ferowany nam przez "zarząd", w rzeczywistości jest o wiele bardziej okrutny. Kukułka podrzuca swoje jajka w gniazdach innych ptaków. Ale to tylko początek tragedii ptasiej rodziny. Bo młoda kukułka wykluwa się wcześniej od innych piskląt, już po 11 - 13 dniach, i od razu zaczyna wypychać z gniazda inne jajka lub pisklęta, stwarzając sytuację, gdy zostaje samo i ma zapewnioną pełną opiekę "przybranych rodziców".
Ale w kulturze Stanów kukułka to polskie "kuku na muniu", to skojarzenie z kimś niespełna rozumu, stąd taki tytuł, bo film dzieje się w domu wariatów. W dzisiejszych czasach nawet użycie tego określenia może być uznane za niestosowne. Wszyscy jesteśmy pełni szacunku i dobrego wychowania. I wszyscy jesteśmy bezwzględni, obojętni, okrutni - właśnie na ten ukazany w filmie sposób - i chcący przeżyć w tej rzeczywistości jaka jest. Nie, nie wszyscy i nie zawsze. Ale. Może tak.
McMurphy przyjeżdża do szpitala. Tak naprawdę to oskarżony o gwałt na nieletniej symuluje niepoczytalność, aby uniknąć możliwego więzienia. Może to wcale nie był gwałt? Może "tak wyszło"? Nie wiadomo. Stara się, stara się żyć w tej instytucji. Siostra Ratched jest zadbaną, stosunkowo ładną kobietą w średnim wieku. Właściwie to ona zarządza oddziałem 18 pacjentów, którzy przechodzą tam leczenie, kurację, można to różnie nazywać.
Wszystko biegnie ustalonym trybem, raz, dwa, leki, muzyczka, telewizor, zajęcia. Obowiązkowe są posiedzenia i rozmowy o problemach penitencjariuszy. Oni czasem - w większości przypadków? - nie chcą rozmawiać. Nie chcą eksploatacji, wyciągania na wierzch, wracania do tego, co ich rani. Ale siostra - władza - jest uprzejmie bezwzględna. - To dla twojego, waszego, dobra - tłumaczy racjonalnie i ze spokojem. Warunkiem rozmowy z siostrą jest "uspokojenie się". Musisz być racjonalny, grzeczny, posłuszny. Każda odchyłka jest racjonalnie, grzecznie i zupełnie nieubłaganie doprowadzana do normy.
McMurphy burzy to wszystko. Wprowadza zamęt. Wprowadza życie. Wywozi tych czubków na rejs małym stateczkiem, żeby łowić ryby. Wprowadza hazard, alkohol i emocje związane z grą w koszykówkę. We wszystkim, co robi, pomijając dobrze czy źle, wykazuje w stosunku do "władzy" jedną różnicę - widzi w tych ludziach - ludzi. Robią niebezpieczne, nierozsądne - do pewnego stopnia - rzeczy. Łowią te ryby, ale statek pruje naprzód, a McMurphy zamyka się z dziewczyną w kambuzie, w celu wiadomym, więc wszyscy lecą do okien, żeby podejrzeć i w końcu ten "wariat" ustawiony przy sterze też biegnie, więc statek wpada w ostre koło, Murphy wybiega, dziewczyna się ubiera, na jednej z wędek pojawia się ryba, więc wszyscy pędzą, bo pojawiają się następne ryby, w końcu dumni wracają do portu, gdzie czeka na nich władza, a potem - elektrowstrząsy.
Świetna jest scena, gdy Nicholson grający Murphy'ego wprowadza dziewczynę - ot młoda prosta, stosunkowo lekkich obyczajów - do autobusu, który porwał i którym wiezie swoich kumpli z wariatkowa na ten rejs. Zamiast odwrócić się od tych dziwaków z niesmakiem, lękiem lub obawą, patrzy na nich ciekawie i pyta: - I wszyscy jesteście wariatami? - Tak - odpowiada jej z uśmiechem, przysadzisty i łysy, który potem miał sterować tym statkiem.
Murphy podnosi się po elektrowstrząsach. "Przywraca do życia" wielkiego jak góra Indianina. On tu nie będzie mieszkał - McMurphy. On stąd wychodzi. On weźmie kamienny obelisk prysznica i wywali nim okno, i przez nie wyjdzie na wolność. Patrzą na niego jak na wariata. - Co nie wierzycie? - rzuca im wyzwanie. - Kto się założy? Kto da dolara? Nieśmiało podnosi się jedna ręka. Potem inny "pacjent" 'kolega", stawia sprawę ostro - 25 dolarów. McMurphy zapisuje te zakłady, po czym podchodzi do obelisku. Bierze i dźwiga go w górę. I... nic. A mówili, że tego nikt nie uniesie. - Tylko się rozgrzewałem - wyjaśnia pół żywy. Szarpie jeszcze raz, tym razem ze wszystkich sił, do bólu, do zerwania mięśni albo ścięgien. Opada w końcu na ten postument. Podnosi się i człapiąc wychodzi spomiędzy grupy patrzących na niego klientów wariatkowa. - Przynajmniej próbowałem! - rzuca na odchodne nie odwracając głowy.
Chodziło mu o mistrzostwa. Wszyscy tam oglądają mistrzostwa. Flaga, hymn i tak dalej. Emocje, jazda. Więc - Mam taką propozycję - zgłasza siostrze zarządzającej - żebyśmy oglądali te mistrzostwa. Telewizor jest, rzecz w tym, żeby przełączyć go na te zawody. Siostra wyjaśnia uprzejmie i spokojnie, że nie będą zmieniać tego jak jest, bo pacjenci są do tego przyzwyczajeni i mogłoby to być dla nich nieprzyjemne. - Chyba żartujesz - rzuca jej wyzwanie Murphy - przecież wszyscy chcą oglądać mistrzostwa. - Tak? - odpowiada siostra - to poddajmy tę decyzję po prostu pod głosowanie. Postawa pani Ratched jest stonowana, uprzejma, sprawiedliwa i racjonalna. Nawet uczciwa. Skoro mówisz, że chcesz zmiany, a zmiana ma dotyczyć wszystkich, to niech wszyscy zadecydują.
Jednak w głosowaniu, na 9 siedzących w kółku wokół pielęgniarek penitencjariuszy, oprócz McMurphy'ego rękę do góry podnosi tylko dwóch. Gość nie może uwierzyć własnym oczom. Przecież ....a wszyscy chcecie oglądać! Ale. Ale nie wiadomo jak zareagować, gdy władza się przygląda. Nie wiadomo czy to nie ryzyko. Niby chcielibyśmy, ale... Jednak następnego dnia dochodzi do następnego głosowania i tym razem wszyscy podnoszą rękę do góry. Twarz siostry jest nienaganna, makijaż jest perfekcyjny. - Bardzo dobrze - stwierdza - ale na oddziale jest jeszcze dziewięciu innych pacjentów. McMurphy ogląda się w stronę grupy tych z silną niepoczytalnością, którzy nie biorą udziału w "rozmowach". - Oni? - pyta ze zdumieniem. - Tak - wyjaśnia siostra z uśmiechem - spotkanie jest zakończone. Gdy w heroicznym wysiłku Murphy uzyskuje w końcu od jednego z pozostałej dziewiątki podniesienie ręki, siostra uprzejmie i bezwzględnie powtarza, że spotkanie zostało zakończone, a w momencie jego kończenia wynik był 9:9.
Władza jest miła, uprzejma, uczciwa i wszystko, co robi, to dla dobra poddanych, to znaczy pacjentów, to znaczy obywateli, takiej czy innej zbiorowości. Ale czasem uprzejmie i w cywilizowany sposób odsłania swoją prawdziwą twarz, twarz za którą jest całe bezwzględne okrucieństwo. Bowiem dla władzy, nie jesteśmy ludźmi, tak jak nie byli ludźmi dla siostry Ratched pensjonariusze szpitala, w którym pracowała. Ludźmi byli w oczach McMurphy'ego i ewentualnie jego dziewczyny. Ale to mogło im zaszkodzić. Więc Murphy nie wytrzymuje, ale władza tylko z pozoru jest grzeczna, uprzejma i cywilizowana. W swojej istocie jest złem, które jest i groźne i niszczące.
Zakończenie filmu jest najbardziej dramatyczne, prawdziwe, przejmujące i dające do myślenia. Kim właściwie jest człowiek? Czym właściwie jest człowiek? Kim my jesteśmy, w oczach ministrów, premierów, władz "naszego wariatkowa"? Jesteśmy zasobem. Jeszcze raz - wbij sobie to do głowy - jesteśmy zasobem, przedmiotami, którymi oni gospodarują, którymi się zajmują itd. "Wytworzymy w ludziach taki stan ducha, taki stan emocji, że..." - to minister rządu o nas - ....a - Polakach.
Więc kim jest człowiek? Pacjentem, nad którym obradują "eksperci", ustalając co z nim albo co jemu należy zrobić? Naszą rolą jest posłuszeństwo, nie odzywanie się niewłaściwe, nie używanie niewłaściwych słów, emocji? Oczywiście, te agresywne i negatywne są jak najbardziej dozwolone, ale wtedy kiedy władza sobie życzy. Te "seanse nienawiści" w "1984" Orwella... Więc możemy nawet głosować. Ale tylko w takich ramach i z takimi wynikami, które nie przeszkadzają władzy.
Kim jest człowiek? Walczącym z innymi bytami bytem? Graczem zawodów o przetrwanie jak pisklę kukułki? A może jest organizmem biologicznym, który ma swoje procesy, konsumpcji, wydalania, snu, aktywności? Może jego największą wartością jest po prostu biologiczne życie?
A może człowiek jest czymś poza tym wszystkim? Czymś, co rozjaśnia świt nad wierzchołkami gór, co wędruje do nieba z iskrami ogniska, co nagle rodzi się, gdy ludzie są naprawdę ze sobą? Może żeby być człowiekiem potrzeba drugiego człowieka, potrzeba "jesteśmy razem", potrzeba "my"? Może człowiek, to jest dziwna, ale realna, nieskończoność zamknięta w granicach biologicznego organizmu, za jego pomocą oglądająca świat, sięgająca gwiazd, wznosząca niebotyczne struktury marzeń, która czasem okazują się prawdziwe, istniejące? Czy olbrzym Indianin zabrał McMurphy'ego ze sobą czy go zostawił?
A może na tym właśnie polega piekło? Na tej nieznośnie uprzejmej, racjonalnej, bezwzględności władzy, która widzi w nas przedmioty, pacjentów, która niszczy i degeneruje w w nas... człowieczeństwo. Bo nie może tego znieść. Bo jest z innego świata. A ów świat, to piekło.
Niezwykły film Douglasów i czeskiego reżysera.
-----------------------------------
ps.
Dzisiejsze media, w tym radia mają nadają też przez internet. Polskiego Radia Lublin można np. słuchać {TUTAJ}.
W najbliższy poniedziałek, po (bo mogą być reklamy) 21:05 będzie nadawany tam reportaż. Jak ktoś będzie chciał, to zachęcam do posłuchania, reportaż jest świetny, jest tam mnie, w tym reportażu, całkiem sporo. Jest ostro, ciekawie, interesująco i czasem pięknie. Poniedziałek 20 lipca, 21:05.
Autoreklama była zabroniona na NB,tak jak swoich [napisanych] książek. Ale to było za staraego NB jeszcze
za Pana Targalskiego.
Co do filmu,to był Oscar dla pani oddziałowej...;-))