Moja opowieść „Tak działa państwo” ruszyła w świat niczym nasiona niesione przez ciepły, morski wiatr. Pierwsze fragmenty, opublikowane dzięki życzliwości „Zupełnie Innej Opowieści”, wywołały wśród czytelników ciche, lecz wyraźne poruszenie. Pojawiły się głosy, że historia ta ma w sobie filmowy magnetyzm – jakby była gotowym scenariuszem czekającym na swoją chwilę.
Jednak droga do czytelnika bywa kręta. Algorytm, współczesny strażnik uwagi, postanowił stanowczo zamknąć przede mną drzwi. Jego obliczenia uznały najwyraźniej, że losy Juliana Arnolda Szaraczkiewicza – zwyczajnego sprzedawcy z second-handu – nie powinny wybrzmieć zbyt głośno. To swoista ironia, bo Szaraczkiewicz to człowiek, który w swojej codzienności wciąż potyka się o postać enigmatycznego Pułkownika, słysząc od niego: „Szaraczkiewicz, wy nic nie rozumiecie, wy nie wiecie, jak działa państwo”.
W świecie gwałtownych, milionowych zasięgów, rodzi się jednak pytanie: czy ten brak „klików” to rzeczywiście problem? Przecież przez wieki nie istniały media społecznościowe, a najważniejsze treści i tak przebijały się do ludzkiej świadomości, znajdując własne, nieoczywiste drogi. Może więc algorytmiczna cisza nie jest przeszkodą, lecz szansą dla metafory? Tam, gdzie kończy się dyktat cyfrowego tłumu, zaczyna się miejsce na pomysł, którego nie znajdziecie na rolkach – bo on nie mieści się w ich ciasnych ramach.
W Szaraczkiewiczu opsuję system nie jako zbiór konkretnych twarzy, lecz jako subtelną, niemal organiczną magmę, która przenika ludzką świadomość i lepi ją według odwiecznych praw. Być może właśnie ta metafora okazała się dla algorytmu zbyt czytelna i niepokojąca. Ale to, co system stara się uciszyć, często budzi najzdrowszą, ludzką ciekawość.
Po pierwszym oburzeniu, patrzę na to z większym spokojem. Na horyzoncie pojawił się ktoś, kto dostrzegł w tej prozie ukryty potencjał. Wspólnie, bez pośpiechu, przygotowujemy strategię, by historia Szaraczkiewicza dotarła do czytelników w najpełniejszej formie. W oczekiwaniu na finał tych prac wspiera mnie moja pierzasta recenzentka – pewna mewa, która z powagą przysłuchuje się czytanym fragmentom i recenzjom, jakby doskonale rozumiała naturę wspomnianej „magmy”.
Nie wiem, dokąd zaprowadzi nas ta droga. Uważam jednak, że nawet najprostsza metafora posiada wiekszą sprawczość niż najgłośniejsze deklaracje. Niczym nasiona czekające na swój czas, w końcu zakwitnie – bez względu na to, czy algorytm jej sprzyja, czy próbuje ją pominąć. Ostatecznie to nie zasięgi, lecz prawda zawarta w słowie decyduje o tym, co zostanie z nami na dłużej.
No nie?