Poprzedni wpis zakończyłem prostą tezą: Politycy nie zmienią się, dopóki nie zmienią się wyborcy. Nie przypuszczałem jednak, że dyskusja bardzo szybko zejdzie z polityków, wyborców i odpowiedzialności obywatelskiej na temat znacznie głębszy. Na pytanie... Czym właściwie powinno być państwo? To ciekawe, bo kiedy tylko zaczynamy rozmawiać o Polsce, niemal natychmiast pojawiają się dwie skrajne odpowiedzi. Pierwsza brzmi: Państwo powinno wszystko zorganizować. Powinno wychować, wykształcić, wyleczyć, zapewnić pracę, zapewnić mieszkanie, zapewnić emeryturę i zapewnić bezpieczeństwo. Im więcej zrobi państwo, tym lepiej. Druga odpowiada równie stanowczo: Państwo jest źródłem wszelkiego zła. Powinno ograniczyć się niemal wyłącznie do wojska, policji i sądów a całą resztę załatwi wolny rynek, czyli edukację, zdrowie, emerytury, ubezpieczenia, transport, czy energetykę. Niech każdy odpowiada sam za siebie.
I właśnie wtedy zadałem sobie pytanie. Czy naprawdę mamy tylko takie dwie możliwości? Czy naprawdę jedynym wyborem jest albo wszechmocne państwo, albo niemal całkowity brak państwa? Mam coraz większe wrażenie, że właśnie tutaj tkwi jeden z największych problemów naszej debaty publicznej. Uwielbiamy wybory zero-jedynkowe. Albo wszystko, albo nic. Albo pełna centralizacja, albo pełna deregulacja. Albo państwo wie lepiej, albo rynek wie lepiej. A przecież życie prawie nigdy nie jest tak proste. Kiedy słucham takich dyskusji, przypomina mi się stary dowcip o człowieku, który pyta lekarza: Doktorze, co mam zrobić? Doktor odpowiada: albo amputujemy obie nogi, albo proszę biegać maratony. Przecież każdy od razu widzi absurd takiego wyboru a jednak w polityce podobne fałszywe alternatywy przyjmujemy z zadziwiającą łatwością. Nie twierdzę, że obecne państwo działa dobrze. Nie działa. Marnotrawstwo, biurokracja, niekompetencja, upolitycznienie instytucji. To wszystko widzimy niemal codziennie, ale czy z tego automatycznie wynika, że państwo powinno zniknąć z większości obszarów naszego życia? Nie jestem o tym przekonany. Z drugiej strony równie mało przekonuje mnie twierdzenie, że każdy problem społeczny należy rozwiązać kolejną ustawą, kolejnym urzędem i kolejnym podatkiem, bo historia pokazuje coś zupełnie innego. Państwo potrafi być opresyjne, ale rynek również potrafi być bezwzględny. Jedno i drugie jest tylko narzędziem a narzędzie samo z siebie nie jest ani dobre, ani złe. Młotek może zbudować dom, ale może również zniszczyć czyjeś życie. To nie młotek ponosi odpowiedzialność, tylko człowiek.
Mam wrażenie, że w Polsce coraz częściej przestajemy rozmawiać o ludziach. Rozmawiamy o systemach, jakby sam ustrój miał rozwiązać wszystkie nasze problemy a przecież nawet najlepsze przepisy nie zastąpią uczciwości. Najlepszy rynek nie zastąpi odpowiedzialności. Najlepsze państwo nie zastąpi przyzwoitości. Może więc zamiast kolejny raz pytać, czy lepsze jest państwo czy rynek, warto zadać zupełnie inne pytanie.
Czy potrafimy zbudować takie państwo, które nie będzie ani wszechwładnym opiekunem, ani bezduszną dżunglą?
Być może od lat spieramy się nie o właściwe rozwiązanie, tylko o dwie skrajności, między którymi istnieje ogromna przestrzeń zdrowego rozsądku.
O tym właśnie będzie następna część cyklu. Spróbuję pokazać, że historia już wielokrotnie sprawdziła obie skrajności. I żadna z nich nie okazała się rajem, który obiecywali jej zwolennicy.
Te skrajności widzisz tylko w niszowych dyskusjach. W świecie rzeczywistym mamy właśnie to, co postulujesz, czyli polityczną trzecią drogę, coś pomiędzy pełną wolnością a pełnym zamordyzmem, pomiędzy wolnym rynkiem a etatyzmem, pomiędzy socjalizmem a kapitalizmem — to się nazywa socjaldemokracja i od dziesiątek lat w Polsce obowiązuje i jest ochoczo realizowana przez SLD, PSL, PiS i KO. Więc nie ma co dyskutować, masz to, czego chcesz. A jeśli zauważasz jakiekolwiek patologie, to są one właśnie skutkiem tej twojej ulubionej trzeciej drogi, są skutkiem styku polityki z biznesem i mieszaniem się jednego z drugim.
Porównanie z dobrem i złem jest to najbardziej adekwatne. Dobro ze złem w praktyce zawsze się miesza, człowiek jest grzeszny i ciągle popełnia grzechy. Ludzie bogobojni mówią: walczymy ze złem, dążmy do dobra, mimo że dobro to utopia. A moralni trzeciodrogowcy mówią: zła nie zwalczymy, pomieszanie dobra ze złem jest realne, prawdziwe, nieusuwalne, więc pogódźmy się z tym i uznajmy moralną trzecią drogę za jedynie słuszną. Nigdzie na świecie nie osiągnięto ideału dobra. Święci nie istnieją. Trochę sobie pogrzeszmy, potem zróbmy coś dobrego, potem znów pogrzeszmy. Tak było, jest i będzie i należy się z tym pogodzić, to zaakceptować i się do tego przystosować.
Ty nie szukasz ideału, ty szukasz kompromisu dobra za złem, kompromisu wolności z zamordyzmem, wolnego rynku z etatyzmem, dobrowolności z terroryzmem, monopolu z konkurencją. Jesteś jak Koziołem Matołek — szukasz czegoś, co jest bardzo blisko. Ten kompromis już w Polsce mamy.
Fundamentem państwa jest Sądownictwo, nie Sądy tylko Sędziowie. Ludzie a nie jakieś bezosobowe twory.
Jak wychować Sędziego jeżeli uczy się na studiach, że najważniejsza jest wygrana, nie sprawiedliwość.
Sędzia, który wydawał wyroko dla 140-cio latka to Sędzia? A nikt o tym się nawet nie zająknie. Jakieś ubóstwienie największych szkodników.
Ale kto ma wychować człowieka na Sędziego?