Od wielu tygodni w tym cyklu próbuję opisać nie tyle politykę, ile sposób, w jaki o niej rozmawiamy. Wielu Czytelników pyta mnie: „No dobrze, ale co z tego wynika? Gdzie jest rozwiązanie?” Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że odpowiedź jest znacznie mniej wygodna, niż chciałbym napisać. Politycy się nie zmienią, dopóki nie zmienią się wyborcy. To zdanie może zabrzmieć prowokacyjnie. Przecież od lat słyszymy, że to politycy są źródłem całego zła. Kłamią. Obiecują. Skłócają ludzi. Nie dotrzymują słowa. Dbają o własne interesy. Traktują państwo jak łup wyborczy. To wszystko prawda. Tylko że rzadko zadajemy sobie drugie pytanie.
Dlaczego im się to opłaca?
Przecież polityk nie działa w próżni. Jest produktem systemu, który sam doskonale rozumie. Wie, co zwiększa poparcie, a co je zmniejsza. Wie, czego oczekują jego wyborcy i czego oni gotowi są mu wybaczyć. I właśnie tutaj zaczyna się problem. Od dawna mam wrażenie, że przestaliśmy wybierać polityków. Zaczęliśmy wybierać drużyny. Coraz częściej nie głosujemy na program, kompetencje czy charakter. Głosujemy przeciwko tamtym. Potem bronimy swoich bez względu na wszystko. Jeżeli „nasz” polityk popełni błąd - szukamy usprawiedliwienia. Jeżeli dokładnie to samo zrobi przeciwnik - żądamy dymisji. Jeżeli „nasz” zmieni zdanie - mówimy, że dostosował się do sytuacji. Jeżeli zrobi to przeciwnik - nazywamy go hipokrytą.
To już nie jest polityka. To jest kibicowanie.
Najbardziej niepokoi mnie jednak coś innego. Coraz częściej mam wrażenie, że największym grzechem polityka nie jest zła decyzja. Największym grzechem staje się krytyka własnego środowiska. Wystarczy zwrócić uwagę na ewidentny błąd „swoich”, a natychmiast pojawia się pytanie: „Czyli jesteś za tamtymi?” Nie. Można uważać Donalda Tuska za fatalnego premiera i jednocześnie krytykować błędy PiS. Można popierać Nawrockiego i nie zgadzać się z każdą decyzją Kaczyńskiego. Można być konserwatystą i nie akceptować języka części prawicy. Można być liberałem i nie zgadzać się z każdym pomysłem Platformy. Tylko że dziś coraz mniej osób dopuszcza taką możliwość. Polityka została sprowadzona do prostego wyboru. Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam. Nie ma nic pomiędzy.
To właśnie dlatego politycy przestali bać się własnych wyborców.
Wiedzą bowiem, że najwierniejszy elektorat wybaczy wszystko. Wystarczy wskazać większego wroga. Wystarczy powiedzieć: „Jeżeli nie my, to oni.” I znowu działa.
Przez ostatnie miesiące prowadziłem dziesiątki dyskusji pod swoimi tekstami. Coraz częściej zauważałem ten sam mechanizm. Piszę o strategii. Odpowiedź brzmi: Tusk. Piszę o komunikacji. Odpowiedź: TVN. Piszę o błędach prawicy. Odpowiedź: a Platforma? Piszę o rozwiązaniach. Odpowiedź: Niemcy. Nie dlatego, że te tematy są nieważne. Dlatego, że bardzo często służą jako ucieczka od odpowiedzi na pytanie, które właśnie padło. W ten sposób można rozmawiać bez końca, ale niczego się nie zmieni. Politycy doskonale to rozumieją dlatego coraz mniej proponują a coraz częściej mobilizują. Nie mówią: „Zrobimy lepszą szkołę.” Mówią: „Tamci zniszczą szkołę.” Nie mówią: „Naprawimy ochronę zdrowia.” Mówią: „Tamci ją zlikwidują.” Nie mówią: „Oto nasz plan.” Mówią: „Bójcie się przeciwnika.” I to działa, bo my również zaczęliśmy oczekiwać emocji zamiast rozwiązań. Nie nagradzamy tych, którzy przyznają się do błędów. Nagradzamy tych, którzy najgłośniej krzyczą. Nie szanujemy polityka, który potrafi powiedzieć: „Tu popełniliśmy błąd.” Znacznie chętniej oklaskujemy tego, który odpowie: „A tamci byli gorsi.”
Czy naprawdę dziwi nas więc, że politycy właśnie tak się zachowują?
Przecież robią dokładnie to, za co otrzymują nasze głosy. Nie twierdzę, że wszyscy wyborcy są tacy sami. Na szczęście nie. Wielu ludzi naprawdę szuka argumentów, chce rozmawiać i potrafi zmienić zdanie, ale odnoszę wrażenie, że są coraz cichsi. Coraz trudniej przebić się przez polityczny hałas a przecież demokracja nie polega na tym, żeby bezkrytycznie kochać swoich. Demokracja polega na tym, żeby wymagać od swoich więcej niż od przeciwników, bo tylko wtedy polityk zaczyna bać się wyborcy. Nie wtedy, gdy wyborca klaszcze, tylko wtedy, gdy mówi: „Tego nie akceptuję.”
Marzy mi się polityka, w której największym kapitałem nie będzie lojalność wobec partii, lecz wiarygodność. W której polityk bardziej będzie bał się zawieść własnych wyborców niż zaatakować przeciwnika, ale to się nie stanie samo. Nie zmieni tego żadna ustawa. Nie zmieni tego żadna telewizja. Nie zmieni tego nawet najlepszy lider.
To mogą zmienić tylko wyborcy.
Dopiero wtedy, gdy zaczniemy nagradzać odpowiedzialność zamiast plemiennej lojalności. Gdy zaczniemy wymagać od swoich więcej niż od obcych. Gdy przestaniemy traktować krytykę jako zdradę. Gdy nauczymy się oddzielać człowieka od jego argumentów. Prawda jest brutalna. Politycy są znacznie bardziej podobni do swoich wyborców, niż chcielibyśmy przyznać.
Są naszym odbiciem.
Jeżeli więc od lat narzekamy, że politycy stają się coraz gorsi, warto zadać sobie jedno, znacznie trudniejsze pytanie. Czy przypadkiem nie nagradzamy właśnie tych zachowań, które później tak chętnie potępiamy?
Politycy naprawdę się zmienią, ale dopiero wtedy, gdy zaczną bać się nie przeciwników tylko własnych wyborców.