Kiedy w warszawskim Szpitalu Południowym etyka ustąpiła miejsca układom, najgłośniejszym dźwiękiem na korytarzach stała się grobowa cisza zmowy milczenia. Medialna detonacja afery próbuje ją przerwać, obnażając przerażającą prawdę: publiczny szpital bywa dziś bardziej łupem politycznym i towarzyskim rynkiem wymiany przysług niż miejscem bezpiecznego leczenia.
Zmowa milczenia w medycynie, a w zasadzie szerzej - w hermetycznych grupach zawodowych o wysokim statusie społecznym - to nie jest kwestia szczególnie „złych ludzi” ani nagłego zaniku moralności. Z punktu widzenia analizy systemowej to logiczny, niemal matematyczny wynik działania wadliwie zaprojektowanego algorytmu instytucjonalnego.
Nierówność bowiem jest następująca: gdy koszty i ryzyka związane z ujawnieniem prawdy przewyższają korzyści, system automatycznie dąży do stanu równowagi, którym jest milczenie. I każdego, kto chce się wychylić, sprowadza do parteru. Patologia ma trwać.
Zwalanie jednak winy na system, na ułomne prawo czy inne, strukturalne wady ochrony zdrowia byłoby zbyt szybkim rozgrzeszeniem wpływowych uczestników tego systemu. Utrzymując narrację, że patologia w szpitalach to wyłącznie efekt wady systemu, utrwala się bardzo niebezpieczny mechanizm - normalizację patologii i efekt przyzwyczajenia.
To znane zjawisko socjologiczne, w którym nieprawidłowości (np. łamanie procedur, przymykanie oczu na niekompetencję) - jeśli trwają długo - stają się nową normą operacyjną. Pracownicy przestają raportować błędy i nieprawidłowości, ponieważ uznają je za integralną, niezbywalną część „krajobrazu”, z którą nic nie da się zrobić.
Szczególnie gdy do tego dołączy się polityka w swym najgorszym wydaniu, w której od polityki zdrowotnej, jako umiejętności ustalania celów i sposobów ich realizacji, przechodzi do upolitycznienia zdrowia, którego celem jest przejęcie władzy nad zasobami, by stworzyć dostęp do przywilejów dla wybranych grup ze wspólnego kręgu towarzysko-politycznego (np. badania diagnostyczne poza kolejnością). W ten sposób tworzy się wspólne pole korzyści, a milczenie jest gwarantem nienaruszalności tego pola – wspólnego pola skażenia.
Kluczem do nienaruszalności tego układu jest to, że niemal każdy na pewnym poziomie staje się jego beneficjentem lub choćby biernym uczestnikiem. Jeden załatwił tomografię dla cioci, drugi dostał dobrze płatny kontrakt dzięki znajomości, trzeci przymyka oko na fikcyjne godziny, bo sam też czasem musi wyjść wcześniej. Kiedy wszyscy mają „coś za uszami”, milczenie przestaje być wymuszone strachem – staje się racjonalną strategią ochrony własnego interesu.
W takim akceptująco-biernym środowisku szpital publiczny przestaje być instytucją ochrony zdrowia, a staje się zasobem łupieżczym i walutą przetargową. Transakcja między uwikłanymi medykami-politykami a układem politycznym opiera się na bardzo konkretnej wymianie barterowej dwóch układów.
Układ medyczny oferuje politykom i ich rodzinom zasoby niedostępne dla zwykłego śmiertelnika: natychmiastowe badania diagnostyczne (rezonanse, tomografie „od ręki”, podczas gdy suweren czeka w kolejkach po kilka miesięcy), luksusowe warunki hospitalizacji (owe „legendarne” „saloniki VIP”) oraz dyskrecję. Dodatkowo, może służyć jako narzędzie budowania kapitału politycznego (poprzez zatrudnianie „swoich” czy finansowanie odpowiednich podmiotów).
Układ polityczny rewanżuje się najcenniejszą walutą w systemie – kasą, politycznym immunitetem i bezkarnością. Gwarantuje obsadzanie stanowisk dyrektorskich „zaufanymi ślepcami”, którzy nie będą zadawać pytań o finanse i grafiki, tłumienie kontroli właścicielskich w zarodku oraz medialną osłonę. Oferuje też stanowiska dla wykonawców, bo ktoś przecież musi odwalić czarną robotę. I nie robi tego za darmo. Ani nie robi tego w próżni, gdyż wbrew pozorom, w szpitalu, jako w swego rodzaju nowym „układzie zamkniętym” – wszyscy wszystko wiedzą. I milczą.
Gdy zmowa milczenia jednak z jakiegoś powodu pęka, gdy pojawia się ktoś taki jak dr Jędrzejewski, kto przerywa milczenie i niszczy strefę komfortu i bezpieczeństwa obu połączonych polem wspólnych korzyści układów, reagują one jak żywy organizm na infekcję – uruchamiają natychmiastową „reakcję odpornościową”. Ponieważ zagrożone jest wspólne pole korzyści, atak na sygnalistę nie idzie tylko z jednej strony. Środowisko polityczne, administracyjne i część medyczna zaczynają współpracować, by intruza zneutralizować - dla „dobra wspólnego” i wszelkimi środkami.
Dla sygnalisty karą za zdradę układu nie jest tylko zwykłe zwolnienie z pracy. Jest nią pełna likwidacja cywilna i zawodowa – odcięcie od kontraktów, czarny PR, plotki o „trudnym charakterze” czy niestabilności emocjonalnej, przyczepianie łatki zdrajcy i sabotażysty, a potem robienie z sygnalisty przestępcy, czyli całkowite odwrócenie sytuacji. To sygnał dla reszty milczącego jeszcze stada: zobaczcie, co robimy z tymi, którzy niszczą nasze wspólne pastwisko.
Czy można to zmienić? Tak, ale nie zrobi tego ani układ medyczny, ani polityczny. Nie są już one zdolne do samooczyszczania się. Interesy bowiem są tak rozbudowane, tak korzystne, że ich beneficjenci dobrowolnie z nich nie zrezygnują.
Jedyna siła, która mogłaby coś zmienić, to presja społeczna. Ale tu potrzeba jedności i realnego spojrzenia na sytuację ponad politycznymi sympatiami. Niestety, pojawiające się w przestrzeni medialnej komentarze zwykłych zwolenników obecnej władzy bronią tego układu politycznego i, de facto patologii, wbrew nawet własnym, żywotnym interesom zdrowotnym.
Bo, nie czarujmy się, saloniki dla VIP są dla VIP, a nie dla przeciętnego wyborcy takiej czy innej władzy. Przeciętny wyborca będzie sobie stał w kolejce i, być może, po śmierci, niczym Tutenchamon, doczeka się badania TK.
------------
A teraz dla zmiany klimatu zapraszam Was, Drodzy Czytelnicy, do innego świata: do świata OPOWIEŚCI WĘDROWNYCH. Coś lekkiego to "Najkrótsza noc w roku. Koszmar dla wampirów i złodziei", coś mrocznego to opowieść pt. "Skrzydła". A jeśli chcesz czego posłuchać, to możesz posłuchać PIOSENKI.