Potrafimy odróżnić. Emocje pozytywne od tych negatywnych. Te pierwsze sprawiają, że chce się żyć. Człowiek się uśmiecha. Lżej się oddycha. Te drugie sprawiają, że chce się bić, kogoś innego, czasem pojawia się autoagresja.
Nie ma co idealizować. Smutek, strach, lęk, żal, właściwe są ludziom od zawsze. Nie w tym rzecz. Rzecz w przerysowaniu, w przegięciu. W tym, że emocje negatywne są w nas zbyt często, zbyt długo, zawsze?
My możemy to bagatelizować, bo przecież to tylko emocje, ale papież Leon XIV w Afryce wskazywał, że to coś o wiele więcej, że to "motor" kształtowania rzeczywistości, zarówno indywidualnej jak i zbiorowej.
A jaka jest nasza religia? Jakimi emocjami jest bardziej nasycona? A czego chce dla nas Bóg - oczywiście jeśli istnieje - to ukłon do agnostyków. Czego chce dla nas "wszechświat"? Czego chce dla nas "życie" i to przez duże "Ż" też?
Chce żebyśmy się martwili? Byli wku*wieni? Pełni pogardy dla tych, czy tamtych? Czy może chce naszej radości? Naszego uśmiechu? Tego, czego nie da się opisać, a co niemal każdy czasem w sobie czuje w ten pozytywny sposób?
Być może tego właśnie chce Bóg, tego chce Życie, bo... nie jesteśmy tu za karę czy wskutek złośliwości tego, kto nasze świadomości powołał do istnienia i wyłonił z materii, z energii, z życia. Tak, są takie prądy i nurty, co dokładnie tak uważają, że to przekleństwo - to nasze życie tutaj. Ale może się mylą? Może dziecko w ramionach matki, na barkach ojca, może narzeczona wpatrzona w oczy narzeczonego, może człowiek sprzed tysiąca lat siedzący na piasku plaży i zapatrzony w zachodzące słońce, może chłopiec wrzucający kamyki do tego morza, by pluskały jak kaczki, raz, dwa, trzy. Może niezliczona ilość ludzi, która doświadczyła miłości, przyjaźni, pomocy, akceptacji, troski? Może oni wszyscy mogą zaświadczyć, że Bóg chce dla nas dobrze.
Ale współczesny świat jakby na odwrót. Jakby nauczył się, że uwagę przybija się, chwyta, wykorzystuje do zarabiania pieniedzy poprzez budzenie w ludziach demonów negatywizmu. Wtedy tę uwagę zwracają. Wtedy reagują. Wtedy się ich "łapie" i kupuje, i sprzedaje te schwytane strzępy świadomości. Jakby współczesny świat, potocznie mówiąc"internet" stał się wielkim wentylatorem siejącym tsunami negatywizmu, trujących myśli, reakcji, obrazów, przekazów, impulsów. Tak że ludzkość, ja i ty, ubabraliśmy się w tym wszystkim. I aż noga świerzbi, zeby kogoś kopnąć. Ręka, żeby przyłożyć. Język czeka. Myśli furkoczą w pociągu do piekła, gdzie negatywizm będzie strawą dla osadzonych.
Więc. W górę uszy! Bóg chce dla nas dobrze. Chce nas zbawić, a to znaczy uczynić szczęśliwymi. Dobra, dobra - powiedzą negatywni - ale to w niebie, tutaj trzeba cierpieć. Nie inaczej. Od bólu nikt nie ucieknie, od krzyża. Ale może to jest grzech, kiedy człowiek się nie zachwyca: koniczyną, gołębiem, chmurami na niebie. Drugim człowiekiem z naprzeciwka? Może odciąć trochę podszepty i szantaże, że musimy się tym albo tamtym zainteresować, zabrać głos, zawalczyć. Może uwierzyć, a jak problem to prosić. Bóg jeśli jest, to słucha. Czulej niż matka. Więc proście, proście, proście, i wierzcie, że On niczego innego poza waszym istnieniem nie chce. Dokładniej - współistnieniem. Bo tylko takie istnienie - współ - ma sens, niesie szczęście, jest miłością, która trwa, nawet jak nas nie ma, a którą przekazujemy, jeśli potrafimy, dalej i dalej, stając się jej częścią, ukochaną.