
Niecałe dwa tygodnie temu, za sprawą Kanału Zero, głośno było o promie Jantar Unity (ten na zdjęciu) należącym do polskiego armatora, który wszedł do eksploatacji pod cypryjską banderą. Kilka dni temu otwarto nowe połączenie pomiędzy Gdynią a portami brytyjskimi. Kto obsługuje? Jakże by inaczej, armator zagraniczny. A pod jaką będą pływały statki na tej linii? Ano pod banderą niemiecką i portugalską.
Jak podają media 28 stycznia ruszyła oficjalnie nowa bałtycka trasa brytyjskiej firmy frachtowej Ellerman City Liners. Linia BALTEX w cotygodniowych rejsach połączy angielskie Teesport i Tilbury z Rygą i Gdynią oraz Rotterdamem i Oslo. A statki? Nowe połączenie brytyjskiej firmy rozpocznie kontenerowiec Kristin Schepers pod banderą Portugalii (lnkd.in ) a za tydzień z Rygi wypłynie natomiast statek Nova (IMO 9250098) pod banderą Niemiec (lnkd.in).
Ktoś powie unia, wolny rynek itede, itepe … No tak, rzeczywiście mamy wolny rynek, nie da się zaprzeczyć. Tyle, że coś tam stuka, co stuka? Powtórzę za poetą „Mały robaczek, kołatek …” stuka. O czym stuka? Ano o tym, że Niemcy wprowadzili przyjazne regulacje dla żeglugi pod niemiecka banderą, Portugalia również wprowadziła przyjazne regulacje, czyli tzw. rejestr maderski (btw zarówno regulacje niemieckie jak i portugalskie są zgodne z Wytycznymi Wspólnoty z 2004 r. o wspieraniu transportu morskiego pod narodowymi banderami). Praktycznie wszystkie państwa morskie Unii wprowadziły takie rozwiązania, vide czarterowane przez Orlen gazowce, które wożą LNG do Świnoujścia pływają pod francuską banderą.
A gdzie są nasze, polskie regulacje przyjazne dla żeglugi pod polską banderą? Niestety nie ma! I żeby była jasność, tu wcale nie chodzi wyłącznie o prestiż i dumę narodową. Chodzi również a może przede wszystkim o pieniądze, bo za banderą idą pieniądze. Otóż podatek tonażowy, opłaty rejestrowe, opłaty inspekcyjne, inne opłaty i daniny formalno-prawne idą do państwa bandery. Z czego wniosek, że na eksploatacji statku - polskiego, państwowego armatora (Unity Line jest w grupie kapitałowej PŻM, które jest przedsiębiorstwem państwowym) - zarabiać będzie budżet cypryjski a na wożeniu naszych ładunków z Gdyni, zarabiać będą budżety Niemiec i Portugalii.
Państwo nie jest od działalności gospodarczej. Państwo jest od stanowienia reguł gry w/g jakich ta działalność jest prowadzona. Ale w przypadku spółek skarbu państwa państwo jest również właścicielem czyli gospodarzem. Więc powstaje zasadnicze pytanie. Co to za gospodarz, który na swoim polu ustanawia takie reguły, że tylko sąsiadowi opłaca się tam pracować i zarabiać? Odpowiem, marny (!) to gospodarz. A z polską banderą dokładnie tak jest. Nasze regulacje dotyczące morskiej floty są właśnie takie, że polskim armatorom nie opłaca się uprawiać żeglugi polską banderą. I stan ten trwa już ponad 30 lat. A efekty są aż nadto widoczne widoczne. Morska flota handlowa naszych armatorów liczy niewiele ponad 60 statków i wszystkie pod obcymi banderami ...
Artykuł trafia w punkt: „bandera” to dziś nie symbol patriotyzmu, tylko narzędzie konkurencyjności. I dlatego, gdy Jantar Unity wchodzi do eksploatacji pod cypryjską banderą, a nowa linia Teesport/Tilbury–Ryga–Gdynia–Rotterdam–Oslo startuje statkami pod portugalską i niemiecką, to nie dlatego, że armatorom nagle zasmakowały śródziemnomorskie widoki. To jest zimna kalkulacja: koszty, ryzyko, przewidywalność prawa. Polska banderę przegrywa nie morzem, tylko… biurkiem.
I tu komentarze pod artykułem świetnie dopinają temat: to nie jest żadna „zdrada”, tylko rachunek ekonomiczny. U nas rejestracja i eksploatacja pod polską banderą jest często po prostu droższa (składki, obciążenia, formalności), a do tego dochodzi klasyk: państwo jako gospodarz potrafi być raz „dobry” w przemówieniach, a „zły” w przepisach i praktyce. Jak ktoś słusznie zauważył – inni w UE umieją zrobić warunki tak, żeby statek opłacało się trzymać „u siebie”. My często robimy odwrotnie: najpierw utrudniamy, potem się dziwimy, że armator szuka bandery, gdzie urzędnik nie traktuje go jak podejrzanego z automatu.
Najgorsze jest to, że to dotyczy także spółek z udziałem Skarbu Państwa. Jeśli państwo jest właścicielem (bezpośrednio czy przez spółki), to sytuacja, w której „państwowy” biznes ucieka pod obcą banderę, jest po prostu kompromitacją państwa jako właściciela i regulatora jednocześnie. To wygląda jakby gospodarz sam sobie wynajmował mieszkanie u sąsiada, bo we własnym domu ma zakaz używania łazienki bez wniosku w trzech egzemplarzach.
Drugi wątek z komentarzy – i bardzo ważny – to stabilność reguł. Armatorzy nie kochają „tanich bander” dlatego, że są tanie jak bazar, tylko dlatego, że są przewidywalne. W biznesie morskim statek pracuje latami, kontrakty są długie, a koszty stoją w twardych liczbach. Jeśli prawo i praktyka potrafią się zmieniać skokowo, interpretacje są niejednolite, a procedury trwają „aż się uda”, to nie jest kraj dla bandery – to jest kraj dla powerpointów o banderze.
No i trzeci, emocjonalny temat, który wraca w dyskusji: „co się stało z flotą” i dlaczego Polska, mając porty, ludzi, tradycję, skończyła jako kraj, w którym morze jest głównie w reklamach kredytu hipotecznego. Bez rozliczenia tego, jak doprowadzono do sytuacji, że polska bandera przestała być atrakcyjna, będziemy w kółko udawać zaskoczenie, że obce rejestry „wygrywają”. One nie wygrywają urodą flagi. One wygrywają tym, że państwo nie kopie własnych przedsiębiorców w kostki.
Puenta? Problem nie leży w tym, że armator „nie chce polskiej bandery”. Problem leży w tym, że polskie państwo często nie chce armatora – chce go kontrolować, obciążać, podejrzewać i rozliczać z papieru, zamiast stworzyć warunki, żeby statki realnie opłacało się rejestrować i utrzymywać pod biało-czerwoną. Banderę można „odzyskać” nie hasłem, tylko pakietem: prościej, taniej, przewidywalniej. Inaczej zostanie nam duma… oglądana z nabrzeża, bo flota odpłynęła pod inną flagą.
Unia Europejska nigdy nie była obszarem wolnego rynku, tylko obszarem wojny gospodarczej, w której część uczestników ma zdolność do kreowania zasad walki. Z samej natury rzeczy wspólny rynek regulowany i dotowany nie może być wolny. Jeżeli jesteśmy ciągle na etapie pomylenia pojęć, to nic dziwnego, ze oczekiwania (regulacje przyjazne) sprowadzają się do prób samodzielnego wyciagnięcia z bagna za włosy.
Niemcy zresztą same są w kryzysie, bo odnoszenie korzyści z eksploatacji Europy Środkowo-Wschodniej w ramach unijnego skansenu łączącego komunizm z bizantynizmem nie wystarcza w grze globalnej. Nie pomoże więc Polsce naśladowanie Niemiec z czasów Merkel, Kohla, Adenauera czy Hitlera, ewentualnie można pokusić się o naśladownictwo Niemiec kajzerowskich, albo o inne rozwiązania sprzed I WŚ.