Końcówka peerelu. Jeden ze szpitali w wielkim mieście. Godzina siódma rano. Na oddział chirurgii ogólnej trafia pacjent z krwawieniem z żylaków przełyku.
Lekarz przystępuje do tamowania krwawienia, a tu okazuje się, że nie ma podstawowej rzeczy – specjalnej sondy z balonikiem na końcu, by zatrzymać krwawienie. Z pacjenta się leje, co tu robić?
Lekarz wpada na pomysł, by „zrobić” taką prowizoryczną sondę z cewnika i… prezerwatywy. Wysyła więc pielęgniarkę do kiosku RUCH-u, który był pod szpitalem, by zakupiła kilka prezerwatyw.
Pielęgniarka, tak jak stała, wybiega ze szpitala, bo czas odgrywa rolę, patrzy – przed kioskiem długa kolejka po bilety, prasę, papierosy itd.
Niewiele myśląc w tym amoku, przepycha się do okienka i krzyczy: – Ludzie, przepuście mnie! Doktorowi potrzebna jest na gwałt prezerwatywa!
Nie wiem, jaka była reakcja ludzi, ale chyba przyjęli to ze zrozumieniem, bo pacjent przeżył.
***
Tę anegdotę, ponoć prawdziwą, choć zapewne ubarwioną kolejnymi opowieściami, usłyszałam na początku swojej lekarskiej drogi. Choć zaczynałam pracę już po formalnym upadku PRL-u, szpitale nadal zmagały się z brakami sprzętu i leków. Prowizorka była codziennością, a personel medyczny musiał wykazywać się pomysłowością i wzajemnym zaufaniem, by radzić sobie w sytuacjach granicznych.
Dziś realia są inne. Sprzętu i leków w większości szpitali raczej nie brakuje (jeszcze?), a aparatura diagnostyczna osiągnęła poziom, o jakim dawniej można było tylko marzyć. Brakuje natomiast lekarzy - i coraz częściej brakuje też tego, co sprawia, że personel oddziału staje się zespołem. W miejsce współodpowiedzialności i wspólnego myślenia pojawił się indywidualizm oraz narastające asekuranctwo.
Jedno jednak jest znowu wspólne: nieadekwatność środków finansowych do potrzeb pacjentów i oczekiwań personelu. Niezależnie od rzeczywistej wysokości deficytu NFZ i jego przyczyn (o czym nie chcę dyskutować, by nie wciągać się w polityczne dyskusje), funkcjonujemy dziś w mechanizmie stale rozwierających się nożyc - między możliwościami finansowymi a stale rosnącym zapotrzebowaniem na świadczenia.
W tej sytuacji warto postawić pytanie fundamentalne: czy w warunkach narastających ograniczeń powinniśmy nadal skupiać się na coraz wyższych standardach technicznych badań, co wymusza inwestycje w drogi sprzęt, czy raczej na zapewnieniu ich rzeczywistej dostępności i sensownego wykorzystania tego, co jest?
Nowoczesna diagnostyka jest ogromnym osiągnięciem medycyny, to fakt, z którym trudno polemizować, pod warunkiem jednak, że pozostaje narzędziem, a nie celem samym w sobie. Badanie powinno odpowiadać na konkretne pytanie kliniczne i prowadzić do decyzji terapeutycznej. Tymczasem coraz częściej bywa wykonywane „dla świętego spokoju” lub na zasadzie „lepiej zrobić niż nie zrobić”, bez jasno postawionej hipotezy diagnostycznej.
Rozbudowana diagnostyka paradoksalnie sprawiła, że osłabieniu uległo to, co stanowi istotę procesu rozpoznania: najpierw uważny wywiad, potem badanie przedmiotowe, następnie rozpoznanie wstępne i dopiero na jego podstawie — celowo dobrane badania dodatkowe. To klasyczne myślenie kliniczne nie jest reliktem przeszłości, lecz sposobem porządkowania decyzji, który chroni zarówno pacjenta, jak i lekarza przed popełnieniem błędu.
I nie chodzi tu o oszczędzanie na pacjentach ani o powrót do czasów niedoboru. Chodzi o rozsądek. O świadomość, że wykonywanie dziesiątek kosztownych badań bez jasno określonego celu generuje nie tylko wydatki, ale także kolejki, opóźnienia, niepokój i chaos decyzyjny.
Co wspólnego ma z tym przytoczona na początku anegdota? Być może to, że potrzeba bywa matką wynalazków - ale tylko wtedy, gdy towarzyszy jej myślenie. Technologia może ułatwiać leczenie, lecz nie powinna zastępować rozumu. To on pozostaje najcenniejszym narzędziem medycyny, szczególnie wtedy, gdy przychodzą gorsze czasy.
_____
A teraz zapraszam Was nieustająco na mój blog OPOWIEŚCI WĘDROWNE, gdzie znajdziecie spokój i wytchnienie.
Kto jednak chce poczuć upał i gorąc, niech zaczyta się w opowiadaniu "Kostropate życie" z mojego zbioru opowiadań CHIMERA. Opowiadanie zaczyna się tak: Tego roku we Wrocławiu lipiec był ponad miarę gorący. Nie tylko od upału. W mieście szalała zaraza. Zmieniała oblicze miasta i twarze ludzi. Jak wytrawna artystka malowała na nich strach i niedowierzanie. I krosty – te jawiły się niczym pieczęcie na wyroku: dożywocie czy śmierć? Może wciągnie Was ten klimat epidemii ospy, jaka szalała we Wrocławiu 1963 roku?
Dobre! (:
"...funkcjonujemy dziś w mechanizmie stale rozwierających się nożyc - między możliwościami finansowymi a stale rosnącym zapotrzebowaniem na świadczenia."
i
"(o czym nie chcę dyskutować, by nie wciągać się w polityczne dyskusje)"
Wskazała Pani dwie przyczyny patologii w medycynie: