W Polsce słowo „ekspert” brzmi dziś podejrzanie. „Profesor” bywa obelgą. „Elita” - oskarżeniem. Im ktoś więcej wie, tym częściej musi się tłumaczyć, że „nie jest oderwany od życia”. To nie przypadek. To nie chwilowa moda. To antyintelektualizm, który stał się jednym z głównych hamulców rozwoju państwa.
Nie chodzi o to, że Polacy są „gorsi” czy „mniej zdolni”. Chodzi o to, że przez dekady wykształciliśmy system, w którym wiedza przegrywa z krzykiem, a kompetencja z emocją. I jeśli ktoś sądzi, że da się zbudować sprawne, sprawiedliwe państwo wbrew temu faktowi, to jest właśnie przykład myślenia życzeniowego, z którym rzekomo walczymy.
Pytanie brzmi więc nie „dlaczego jest źle”, bo to już wiemy, tylko: co konkretnie zrobić, żeby było inaczej?
Po pierwsze: przestać udawać, że każdy pogląd jest równy.
Demokracja nie polega na tym, że każda opinia ma taką samą wartość, tylko na tym, że każdy obywatel ma prawo głosu. To zasadnicza różnica, którą w Polsce celowo się zaciera.
Państwo nie jest rozmową przy stole. Jest skomplikowanym mechanizmem, w którym decyzje mają konsekwencje liczone w miliardach złotych i pokoleniach. Jeśli ktoś projektuje most - pytamy inżyniera. Jeśli ktoś operuje serce - chirurga. Ale gdy chodzi o budżet państwa, energetykę czy prawo, nagle uznajemy, że każdy ma swoje zdanie. To absurd, który kosztuje nas realne pieniądze i realne życie.
Pierwszym krokiem do przełamania antyintelektualizmu jest instytucjonalne przywrócenie różnicy między opinią a wiedzą.
Po drugie: dać ekspertom realną władzę, a politykom realną odpowiedzialność.
W Polsce eksperci doradzają. Politycy decydują. A gdy decyzja okazuje się katastrofą - nikt nie ponosi konsekwencji. To właśnie trzeba odwrócić. Każda ustawa powinna mieć obowiązkową, niezależną ocenę skutków: finansowych, społecznych, prawnych. Nie w formie papieru do szuflady, tylko publicznego dokumentu, dostępnego dla każdego. Jeśli rząd działa wbrew rekomendacjom ekspertów - ma do tego prawo. Ale musi to jawnie uzasadnić i wziąć na siebie odpowiedzialność. Niech ignorowanie wiedzy kosztuje. Choćby tylko politycznie.
Po trzecie: przestać udawać, że problemem są „głupi ludzie”.
Antyintelektualizm nie bierze się z niskiego IQ społeczeństwa. Bierze się z fatalnej edukacji obywatelskiej, mediów nastawionych na konflikt i polityków, którzy świadomie grają na resentymentach.
Polska szkoła zaś uczy zapamiętywania, nie myślenia. Nie uczy, jak rozpoznać manipulację, jak działa demagogia i czym różni się argument od hasła. Efekt? Dorosły człowiek, który nigdy nie dostał narzędzi, by odróżnić wiedzę od propagandy za brak wiedzy jest pogardzany. To nie jest rozwiązanie. To jest samonapędzający się mechanizm.
Po czwarte: zmienić format debaty publicznej, nie tylko jej treść.
Dzisiejsze media premiują to, co proste, emocjonalne i agresywne. Ekspert przegrywa nie dlatego, że się myli, tylko dlatego, że mówi wolniej i bardziej precyzyjnie. A precyzja w 30-sekundowym formacie wygląda jak słabość. Jeśli naprawdę chcemy przełamać antyintelektualizm, musimy zmienić zasady debat. Wymusić odpowiedzi na pytania i ograniczyć performatywny chaos. Nie każdy krzyk jest argumentem. I państwo powinno to jasno komunikować.
Po piąte: elity muszą zejść z piedestału, ale nie na kolana.
Tu trzeba powiedzieć rzecz niewygodną: polska inteligencja też ponosi część winy. Zbyt często była mentorska, oderwana i moralnie wyższa, ale praktycznie bezradna. Autorytet nie bierze się z tytułu naukowego. Bierze się z odpowiedzialności, użyteczności i pokory. Społeczeństwo musi widzieć, że wiedza rozwiązuje problemy, obniża koszty i poprawia życie. Nie w teorii. W praktyce.
Po szóste: oddzielić godność człowieka od kompetencji decyzyjnej.
Każdy człowiek ma godność. Ale nie każdy musi decydować o wszystkim. To nie jest elitaryzm. To jest zdrowy rozsądek. Demokracja nie musi oznaczać, że skomplikowane decyzje podejmowane są w oparciu o emocję większości. Może i powinna oznaczać, że wartości wybiera społeczeństwo. Rozwiązania projektują kompetentni fachowcy a instytucje pilnują reguł gry. Bez kultu jednostki. Bez pogardy dla kogokolwiek.
Polska nie przegrywa dlatego, że rządzą nią „zwykli ludzie”. Przegrywa dlatego, że od lat systemowo wypiera wiedzę z procesu decyzyjnego, a potem udaje zdziwienie, że decyzje są złe.
Państwo to nie reality show, w którym wygrywa najbardziej autentyczny krzyk. To wspólne przedsięwzięcie, które wymaga rozumu, instytucji i odpowiedzialności. I dopóki nie zrozumiemy jednej prostej prawdy , że szacunek dla człowieka nie oznacza rezygnacji z kompetencji, będziemy kręcić się w kółko, wybierając emocje zamiast rozwiązań.
A na emocjach, jak pokazuje historia, nie zbudowano jeszcze żadnego sprawnego państwa.
Ja się w pełni zgadzam z tym, co tu napisałeś. Masz rację. Problem w tym, że ta racja wymaga realizacji. A zrealizować ją możesz tylko odgórnie, centralnie, na poziomie całej Polski. W tym celu musisz założyć ogólnopolską partią albo się do takiej zapisać, przeforsować te koncepcje jako program tej partii, a potem zdobyć większość pozwalającą rządzić. A masz jeszcze konkurencje w postaci miliona innych pomysłów na uzdrowienie Polski. Więc lepiej z nimi nie konkurować, ale się uzupełniać.
Jednak jak to zrobić, gdy pomysły się nie uzupełniają, tylko są wzajemnie sprzeczne? To proste: niech każdy podejmie próbę realizacji tych pomysłów lokalnie, najpierw na poziomie gminy, a potem niech próbuje wyżej w powiecie czy województwie. Wtedy wszyscy razem, wszyscy pomysłodawcy mający genialne pomysły, możecie się zjednoczyć przy jednym pomyśle: decentralizacji. Zdobędziecie władzę centralną w całej Polsce, tylko po to, by przesunąć kompetencje władz w dół, by zrealizować subsydiarność, zasadę pomocniczości głoszoną przez katolików.
Wtedy w swojej gminie, która będzie miała autonomię podobną do szwajcarskich kantonów, przekonasz nie miliony do swoich koncepcji, ale setki. I sobie to zrobicie. Wtedy inne gminy zobaczą, że to daje dobre owoce, gmina kwitnie nie tylko materialnie, ale intelektualnie i zaczną was kopiować. Udowodnisz w praktyce swoje idee, a nie teoretycznie.
Więc proponuję Ci sojusz: wywalczmy razem realizację zasady subsydiarności na poziomie całej Polski. Podzielmy ją na tysiąc Liechtensteinów połączonych sojuszem militarnym i dyplomatycznym. To nie tylko pozwoli każdemu realizować swoje pomysły na poziomie gminy, ale wzmocni całe państwo, bo takie konkurencyjne gminy wytworzą wielokroć więcej bogactwa niż centralizm, a to pozwoli utrzymać większą sojuszniczą armię i lepszą wspólną dyplomację.
Wtedy łatwiej się oprzeć zewnętrznym wpływom, spiskom i obcym agenturom, bo będą musiały inwigilować i przekupić tysiąc rządów, a nie jeden. A wpływy agenturalne zauważysz na poziomie gminy dużo szybciej i łatwiej, bo będziesz mieć osobisty kontakt z rządzącymi. A jeśli to się nie uda, ludzie w gminie będą zbyt głupi, by zauważyć destrukcyjne wpływy, albo sensowne rozwiązania, to trudno, gmina upadnie, ktoś ją przejmie. Lepiej by upadła jedna gmina, niż całe państwo, tak jak się to teraz dzieje.
Ty mnie potraktowałeś poważnie, to i ja Cię tak potraktuję. Twoja propozycja brzmi atrakcyjnie, bo odwołuje się do bardzo silnej intuicji - nie da się naprawić wszystkiego naraz, więc róbmy to lokalnie. Subsydiarność, eksperymenty oddolne, konkurencja modeli, to wszystko są poważne idee, a nie fantazje. Problem polega na tym, że nie rozwiązują one problemu, o którym pisałem, tylko go omijają. I to w sposób, który w praktyce prowadzi do nowych patologii.
Po pierwsze antyintelektualizm nie jest problemem skali, tylko reguł gry. Antyintelektualizm nie znika dlatego, że decyzje są podejmowane bliżej ludzi. On znika wtedy, gdy wiedza jest systemowo premiowana, a ignorancja kosztowna. Jeśli w gminie burmistrza wybiera się na emocji, decyzje podejmuje się bez analiz a eksperci są ignorowani jako oderwani, to dokładnie te same mechanizmy zadziałają lokalnie, tylko na mniejszą skalę. Decentralizacja nie leczy antyintelektualizmu. Ona go rozprasza.
Po drugie, lokalne eksperymenty działają tylko tam, gdzie już istnieje kapitał kulturowy. Model szwajcarski, kantonalny czy liechtensteiński działa, bo istnieje wysoki poziom zaufania, istnieje etos instytucjonalny, istnieje kultura prawna i racjonalna debata. To nie są efekty decentralizacji, to są jej warunki wstępne. W Polsce wiele gmin nie ma kadr, nie ma zaplecza eksperckiego i nie ma kontroli lokalnych układów. Oddanie im większej autonomii oznaczałoby feudalizację, nepotyzm i lokalne księstwa bez kompetencji. Upadnie nie jedna gmina, tylko setki, a ich mieszkańcy nie przeniosą się magicznie do lepszych.
Po trzecie, państwo to nie inkubator start-upów. Twoja teza - niech gminy upadają, to się nauczą, brzmi darwinistycznie, ale jest społecznie i politycznie nieakceptowalna. Państwo nie może powiedzieć ludziom i jeśli wasza gmina jest źle rządzona, trudno, przegrajcie życie, ktoś was przejmie. To nie rynek aplikacji. To system, edukacji, zdrowia, infrastruktury i bezpieczeństwa. Koszt eksperymentów ponoszą realni ludzie, nie abstrakcyjne jednostki administracyjne.
Po czwarte - decentralizacja nie zastępuje silnych instytucji centralnych. Są obszary, które muszą być centralne. Prawo, standardy edukacji, finanse publiczne, polityka energetyczna i bezpieczeństwo. Bez tego - bogate gminy się wzmacniają, biedne degenerują a państwo się fragmentaryzuje. I wtedy zamiast tysiąca Liechtensteinów dostajesz kilkanaście metropolii plus peryferyjny bantustan. To nie jest wzmocnienie państwa. To jego erozja.
Po piąte, problemem nie jest brak pola do działania, tylko brak mechanizmów selekcji. Twoja propozycja zakłada, że dobre pomysły same się obronią, ludzie zobaczą efekty i skopiują rozwiązania. Ale to nie działa w warunkach dezinformacji, populizmu i niskiego zaufania do wiedzy. Gminy nie kopiują najlepszych praktyk. Gminy kopiują to, co popularne, to, co medialne i to, co ideologicznie wygodne. Bez centralnych standardów jakości, wiedza nadal przegrywa.
Co zatem ma sens?
Umiarkowana decentralizacja, ale, centralne standardy oparte na wiedzy, centralne instytucje kontrolne i realna władza ekspertów nad polityczną fantazją. Czyli wartości mogą być lokalne, realizacja elastyczna, ale reguły racjonalności muszą być wspólne.
Twoja propozycja jest logiczna, ale odpowiada na inny problem. Ja nie piszę o tym, gdzie podejmować decyzje, tylko na jakich zasadach. Bo jeśli zasada brzmi - każdy ma swoją prawdę, a ekspert to tylko opinia, to w Warszawie to niszczy państwo a w gminie niszczy gminę.
Antyintelektualizm nie upada przez decentralizację. Upada wtedy, gdy system przestaje go nagradzać. I tego nie da się zrobić wyłącznie oddolnie.
„Ja nie piszę o tym, gdzie podejmować decyzje, tylko na jakich zasadach”. A kto i jak ustanowi te zasady i co zrobi, by były stosowane?
"tysiąc Liechtensteinów połączonych sojuszem militarnym i dyplomatycznym" W Liechtensteinie zainwestowali sąsiedni Szwajcarzy. Liechtenstein stał się potęgą światową w przemyśle dentystycznym. Mój przyjaciel Żyd z Białegostoku był zachwycony wycieczką w Liechtensteinie. Widział przedsiębiorczość tamtych ludzi :)
https://www.salon24.pl/u/gps65/698300,tysiac-liechtensteinow
"Szwajcarii nikt się nie odważa napaść."
Mam dobrego znajomego z dzieciństwa, z którym sluchałem namiętnie płyt the Beatles w jego domu. Jest obecnie obywatelem Szwajcarii. Jako że traktuję jako pewnik wizje Mariana Węcławka z Leszna to nie ostrzegłem Go jeszcze przed bombką atomową w pobliżu Mont Blanc, bo nie mam z Nim kontaktu. W sumie totalnie oświecony Bóg Ramtha by to tylko wyśmiał :)
PS Był niedawno jakiś tragiczny pożar w Crans Montana, ale tutaj chodzi o wiele większy Armagedon.
No proszę. A ja naiwny myślałem, że problemem są jednak "profesorowie" bez matury, polityczni mianowańcy, intelektualiści po duraczówkach i wumlach, absolwenci wielu działających nadal fabryk tumanów, sprzedajni "eksperci" za pieniądze uzasadniający każdy idiotyzm. A to jednak nieprawda, no bo przez dekady wykształciliśmy system, w którym wiedza przegrywa z krzykiem, a kompetencja z emocją. Słuszna koncepcja, wszak wystarczy posłuchać na ten przykład pana profesora Niesiołowskiego, by przyznać pełną rację.
Nie trzeba cofać się o dekady. Wystarczy przypomnieć sobie nie tak odległe czasy tzw. pandemii. I poczytać, bądź posłuchać, co chórem powtarzali profesorowie, eksperci, politycy, celebryci - czyli elita. Ich przekaz to w 100 % wiedza poparta kompetencjami, prawda?
Masz rację co do faktów - nieufność wobec ekspertów w Polsce nie wzięła się znikąd. Została w dużej mierze wypracowana przez ludzi z tytułami, ale bez rzetelności - profesorów z politycznego nadania, medialnych autorytetów od wszystkiego i „ekspertów”, którzy potrafią uzasadnić każdą tezę za odpowiednią cenę. To realny problem, a nie wymysł „ciemnego luda”.
Ale tu pojawia się zasadnicze rozróżnienie: to nie jest porażka wiedzy, tylko porażka systemu selekcji autorytetów.
Pandemia jest tu dobrym przykładem. To, co wtedy dominowało w przekazie publicznym, nie było nauką w jej normalnym sensie, tylko politycznym użyciem języka nauki. Zamiast niepewności, sporów i korekt, mieliśmy dogmaty. Zamiast debaty - moralne szantaże. Społeczeństwo to wyczuło i zareagowało nieufnością. Słusznie.
Problem zaczyna się wtedy, gdy z tej nieufności wyciąga się wniosek, że każda wiedza to propaganda, a każdy ekspert to oszust. To już nie jest obrona przed manipulacją, tylko droga w stronę decyzji opartych na intuicji, emocji i teorii spiskowej. I to także już przerabialiśmy.
Moja teza nie brzmi: „zaufaj elitom”. Brzmi: zmieńmy reguły gry, tak by tytuł nie był immunitetem. Konflikt interesów był jawny, błędy można było wskazywać bez linczu a ekspert odpowiadał za swoje rekomendacje.
Bo alternatywa jest fałszywa, albo fałszywy autorytet, albo głośna ignorancja. Państwo nie przetrwa długo, opierając się wyłącznie na jednej z tych rzeczy.
Proponuję zejść na ziemię z obłoków intelektualnego obłędu i spokojnie przeczytać:
Polska nie będzie ukraińskim bankomatem!
"Skandal! Polacy mają łożyć na ukraiński dług.
Przyjęliśmy uchodźców, przekazaliśmy broń, udostępniliśmy infrastrukturę.
Polska zrobiła więcej niż ktokolwiek inny.
Nie możemy zgodzić się na kolejne miliardy z kieszeni Polaków.
Nie będziemy płacić za cudze długi!
Znów ktoś chce sięgnąć do naszych kieszeni. Tym razem rachunek ma opiewać na dziesiątki miliardów dolarów, a pretekstem jest „europejska solidarność” i „wspólna odpowiedzialność”. W praktyce jednak chodzi o coś zupełnie innego: przerzucenie na Polskę ciężaru spłaty ukraińskiego długu, podczas gdy inni sprytnie umywają ręce.
W przestrzeni publicznej coraz głośniej mówi się o planach, zgodnie z którymi państwa Unii Europejskiej miałyby wspólnie składać się na spłatę około 100 miliardów dolarów ukraińskich zobowiązań. I wszystko wskazuje na to, że polski rząd – zamiast powiedzieć „dość” – jest gotów wciągnąć Polskę w ten układ.
To gigantyczne, wieloletnie zobowiązanie, którego realny ciężar w końcu spadnie na zwykłych obywateli: w podatkach, w długu publicznym, w cięciach wydatków na zdrowie, edukację i bezpieczeństwo.
Polska już zapłaciła. I to niemało!
Polska zrobiła więcej niż ktokolwiek – i to nie na papierze, nie w deklaracjach, lecz w realnych działaniach. Przyjęliśmy miliony uchodźców wojennych, często pod dachy prywatnych domów, do mieszkań zwykłych rodzin, a nie do obozów i gett, jak ma to miejsce w wielu krajach Zachodu. Okazaliśmy otwarte serca i wielkie poświęcenie. (...)"
--------------
Trzeba wybrać do rządzenia ludzi, którzy są Polakami i dla których interesy Polski i Polaków są racją stanu, a nie rusko-amerykańska telewizja TVN24. Ludzi z gotową koncepcją ustroju państwa i realizacji swoich pomysłów. Proste!
Bo skoro polskie pieniądze są wyprowadzane z Polski w cudzych interesach, to nie ma mowy o rozwoju państwa, o dobrobycie obywateli, bo ci są w sposób bezczelny okradani w biały dzień przez obecnie rządzącą mafię agentów, realizujących obce interesy naszym kosztem.
"W Polsce słowo „ekspert” brzmi dziś podejrzanie. „Profesor” bywa obelgą. „Elita” - oskarżeniem."
W państwie niemieckiego gauleitera Tuska to nie dziwota. Niemcy mają od dziesięcioleci plan eksterminacji polskiej inteligencji :)
Wypadałoby zauważyć, że eksperci to ludzie wynajęci do zakłamywania rzeczywistości, by na kanwie kłamstwa forsować przepisy niszczące państwo.
W TV Republika od rana wałkują dziś ceny energii, koszmarne, w których 2/3 to podatek ETS.
Senator z rządzącej mafii i wszyscy inni "eksperci" przyjmują to jako oczywistą oczywistość. Nikt, nawet red. Klarenbach, nie pytają jakim prawem POLACY SĄ OKRADANI NA TAK WIELKIE SUMY?
Nikt się nie zastanawia jak to wariactwo przeciąć jednym ruchem premiera, prezydenta, czy KOGOKOLWIEK i po prostu przestać POBIERAĆ OD LUDZI i wysyłać do UE te nasze pieniądze!
TO JEST KRADZIEŻ BEZCZELNA! GDZIE I NA CO IDĄ TE PIENIĄDZE? Jak młodzi na pensjach minimalnych mają się utrzymać i mieć dzieci? Ci Ci co wymyślili ETS i ci co przyjęli te koszmarne opłaty, to zbrodniarze przeciwko Polakom! Ja tylko mogę się domyślać, że pieniądze wyciągnięte z Polski - bo to chyba głównie z Polski - są wykorzystywane na Bliskim Wschodzie do popełniania innych zbrodni.
Zbrodniarzami są też ci wszyscy, którzy likwidują i zasypują kopalnie węgla kamiennego zamiast je zamknąć, jeśli są teraz nieekonomiczne, lecz utrzymywać w technicznej gotowości do wydobycia np. w razie strategicznej konieczności.
@Alina Najpierw jest ideologia. Potem eksperci, dziennikarze i już prosta droga do tworzenia rzeczywistości w Sejmie. Potem dotacje z dziury budżetowej i pełnia upojenia. Potem kac. A na kaca dobry klin:
https://dorzeczy.pl/ekon…
Jasne, że najlepiej na restrukturyzacji meliny znają się meliniarze.
Polacy ślepi po czerwonym metylu cierpią na syndrom sztokholmski. W przeciwnym razie brakłoby więzień i stadionów. Wypełniłyby się Orliki.