Labirynt

Wędrował po martwym mieście. Spokojnie obserwował zabite deskami, zszarzałe od upływu czasu czeluście okien, przestronnie rozwarte drzwi. Wyludnione dzielnice pociągały go swą nienaturalnością, brakowało w nich patroli Obcych. Skąd wzięli się ci oliwkowoskórzy żołnierze? Tego nie wiedział. Świat skończył się nagle, w momencie, gdy rankiem 20081974 otworzył oczy witając nowy dzień. Zdziwiła go dezorganizacja, płaczący rodzice przy oknie. Za oknem ... pochmurna pogoda i kolumny wojska, wszyscy brudni, rozbrojeni, prowadzeni w milczącym pochodzie przez Obcych, zewsząd donikąd.
Nie pamiętał poprzedniego dnia, nieoczekiwane zatarło szary dzień poprzedni wśród ogromu zmian. A może? Właściwie nie miał odpowiedzi. Rodziców widział także ostatni raz. Ciche tłumy rodaków roztapiały się, nikły prędko. Na zawsze. Obcy także milczeli. Nowy ład wprowadził łapanki, strach i wywózkę. Krąg. Unikali się. Nigdy nie widział objawów zorganizowanego, czy nawet, na litość! niezorganizowanego oporu. Czyżby był inny? Co to znaczy?
Wdrapał się na jakiś nasyp, zielony od trawy, która już rok, a może więcej żyła, jak wszystko na tej planecie na własną rękę. Panowało bezprawie - tylko to mogło nie być domeną Obcych. Już pierwszego dnia zawaliła się administracja, zabrakło prądu, umarły śmiercią naturalną fale elektromagnetyczne.
Pomiędzy podkładami, zasłaniając dokładnie ostre kamienie podsypki rosło rozmaite zielsko. Szyna była czerwona od rdzy, tu i tam odpadającej całymi płatami. Tak dawno po bocznicy wiodącej do nieruchomej huty przejechał ostatni pociąg. To było chyba w innym świecie ... Z ostro ułamanej rury sterczącej na dachu jednego z budynków wystawał rdzawy wiecheć dymu. Kiedyś, przeszedłszy przez zrujnowaną, w połowie otwartą i poskrzypującą na zerwanych zawiasach bramę zagłębił się, idąc wzdłuż pokrytych sadzą i olejem szyn między szereg pieców, zakurzonych budynków z powybijanymi oknami, dawno już nieczynnych chłodni. Przebiegał po wyjeżdżonych kołami ciężarówek wybojach, ostrożnie stawiał stopy na zarośniętych płytkach chodników. Brukowaną ulicę otaczały ruiny hal obrośniętych czarnym bzem i czeremchą. Skądś pojawił się tramwaj. Czerwone, lśniące pudło stało z zamkniętymi drzwiami na środku zwrotnicy. Obiegł je dookoła, po czym wszedł na ścieżkę zapadniętą pomiędzy wysokie, sięgające szyi żywopłoty. Poniewczasie zrozumiał, że wplątał się w ogrodowy błędnik.
Z wysiłkiem otworzył oczy. Zbiegł z nasypu. Ulica ... Oni ... Wpadł w bramę, ciemną i pachnącą kiszonymi ogórkami. Wiedział, że woń tę wytwarzały, jakieś grzyby, ale pogoń była blisko, po bruku łomotały kroki podkutych butów. Miotał się w labiryncie podwórzy, rzucał w lewo, w prawo, raz po raz zmieniał kierunek ucieczki.
Skąd wzięli się Obcy? Kim są? Czy są ludźmi? Czy to inwazja? 
Przebiegał przez wąskie, ciemne zaułki, gubił się wśród piętrowych, niegdyś malowanych na brązowo wpółrozwalonych ruder, wdrapywał się na niskie dachy, ze strachem zerkał w wąskie, nieregularne otwory, których wielkie ilości nieznana ręka powybijała w brudnych ścianach. Z wewnątrz wystawały przez nie jakieś kłaki, skrawki szarawej materii, ułamki rur, źdźbła trawy. Kątem oka zauważył jakąś smolistą, nieruchomą sylwetkę zagradzającą mu drogę. Raptownie skręcił w bok. Od czasu jego ostatniej wizyty zaszły tu jakieś zmiany. Z wąskiej, porośniętej z obu stron drzewami uliczki znikł bruk, zastąpiło go mocno ubite ziemne klepisko, w którym nieistniejące wozy wyżłobiły głębokie koleiny.
Nawierzchnia powypaczała się, w pewnym miejscu zbiegł na łeb, na szyję z nowo utworzonej pochyłości. Z lewej otworzył się przed nim podjazd do zagłębionego w ziemi garażu. Przez otwarte drzwi z powodu panującej w nim ciemności nie było widać nic. Jak piorunem rażony przeskoczył na przeciwną stronę ulicy. Ze ścian wąwozu, w którym się znajdowała zwieszały się pędy malin. Drzewa kończyły się. Rozpoznał miejsce, w którym nie aż tak dawno znalazł w opuszczonym ogrodzie jakieś jadalne warzywa. Wśliznął się w kolejne podwórze. Ostrożnie doszedł do jego końca i stanął. Odgłosy pogoni umilkły. Wydało mu się, że to koniec. Drżącą dłonią pchnął skrzydło bramy i chwiejnym ze zmęczenia krokiem wysunął się na zewnątrz.
Czarny otwór lufy karabinu. Nie od razu zrozumiał ten obraz. Dalszą drogę odbywał z rękami założonymi na kark. Na szczęście - zobojętniał - była krótka. Wiodła do niewielkiej ciężarówki, szczelnie okratowanej drutem kolczastym. Wewnątrz siedziało już kilku.
-Jak was wzięli?
Milczenie.
-Skąd jesteście?
Milczenie.
-Dlaczego nie odpowiadacie?
Ciężarówka z warkotem ruszyła. Gdyby gdzieś znaleźć obluzowaną deskę, śrubę a może łom... Płynął czas. Zjeżdżali w dół. Koła uderzyły o jakiś próg, zabuksowały w błocie, chwilowa ciemność - tunel. Krąg. Na wielką, czarną płaszczyznę wychodzili kolejno, powoli, ze zwieszonymi głowami. Kto wymyślił tę nazwę? Strome, bazaltowe ściany, dokładnie dopasowane ponure, szorstkie bloki, a w górze, wysoko, zasieki z drutu kolczastego i reflektory. Tłum zgromadzony na dnie milczy. Zagadywani sąsiedzi nie odpowiadają. Siada, czy też pada, na betonowe podłoże. Może właśnie kołowej płycie pokrywającej centrum ponurej głębi zawdzięcza nazwę to miejsce? Gorączkowe majaczenia.
Zapada zmrok. Rano kręcą się Obcy. Co jakiś tam czas klepią kogoś po ramieniu i on wychodzi pod eskortą na zewnątrz i nie wraca. Strzałów nie słychać. Nad czeluścią przelatuje samolot. Cóż z tego, że jest to pierwszy od lat obiekt latający? W takim tempie mija dzień. Dręczą go koszmary snów. Na środku Kręgu tworzy się biała, omglona kolumna, wciągająca wszystko: ludzi, kamienie, mrówki, cały ten piekielny świat...
Budzi się, ktoś krzyczy:
-Co? Jak? DLACZEGO?
To tylko jakiś szaleniec. Jest jasno, nie ma jedzenia, nie ma Obcych. Obsesyjna myśl: coś się zawaliło. Nadzieja. Uśmiecha się radośnie.
Brak reakcji na twarzy zbiedzonej dziewczyny. Prosto na niego kroczy dwóch Obcych. Nieznaczny gest. Posłusznie poszedł za nimi.
Wolność to wielkie słowo. Przeprowadzono go na drugą stronę. To było Miasto. Tak samo ciemne i puste, pociągające swą nienaturalnością. Nadzorca z rewolwerem. Na ulicy, tuż obok filarka podcieni leży cegła. Pokusa. Zerknął raz i drugi. Strażnik coś zauważył. Towarzysz błyskawicznym ruchem przewraca go, łapie za gardło. Wkopuje broń do kanału. Chwila wahania. Zabić? Rozbija cegłą głowę Obcego.
Rozprysnęli się na wszystkie strony w nieprzytomnej ucieczce. Poznikali w okolicznych podwórzach i zaułkach.
Znów miał czas na rozmyślania. Minął koszary oddzielone od niewielkiego placyku głębokim wykopem pamiętającym jeszcze dawne czasy, częściowo zasypanym ziemią naniesioną przez jesienne deszcze minionych lat, zarośniętym. Dalej mury domów otaczających ulicę zaczęły się wznosić. Nad jezdnią i zarośniętymi chodnikami wisiały jakieś druty i kable, tu i tam poprzerywane porcelanowymi izolatorami, do złudzenia przypominające tramwajowe, ale szyn nie było, zwisały z nich czarne pajęczyny kurzu. Panował spokojny, skupiony półmrok. Usłyszał jakiś dźwięk. Uniósł głowę. Wysoko, kilkanaście metrów nad nim, u podnóża wielkiego komina osadzonego w mansardowym dachu budynku wybudowanego z czerwonej cegły dojrzał języki ognia. Pożar nie rozszerzał się, pochłaniając coś, czego z powodu oddalenia nie mógł dojrzeć; rzucając słaby poblask na czarne szyby domów po drugiej stronie; sypały się z niego kawałki desek, cegły, kurtyny białych włókien. Cofnął się o krok. Na górze kominów było więcej. Niżej widniały prostokątne witraże okien, jakieś opancerzone drzwi wiodące donikąd, kunsztowne gzymsy i sztukaterie. Zupełną ciszę przerywał tylko huk płomieni. Wstrząsnął się. Przebiegł kilkanaście metrów, słysząc, jak za nim sypie się coś z góry, nie dotykając go. Schronił się w bramie po przeciwnej stronie, przez którą dostał się na długie, otwarte podwórze, przechodzące w otwarte pole. Daleko, przed nim, szarzała jakaś budowla. Ze spuszczoną głową powlókł się w tym kierunku. Zapadał zmrok. W miarę, jak zbliżał się do niej, rosła, przesłaniając więcej niż połowę widnokręgu, na szerokość i wysokość nie mieściła się w polu widzenia. Olśniewająco białe ściany poprzerywane były symetrycznie biegnącymi pasami mrocznych okien, czarnych aż do granic możliwości, których nawet wyobraźnia nie potrafiłaby ożywić, żadnym, chociażby najmniejszym światełkiem. Drzwi nie było widać. Po ołowianym niebie pełzały powoli fioletowo-czerwone refleksy, niby odblaski dalekiej łuny, nad horyzontem unosiły się żółte dymy, zasłaniając styk nieba i czarno-brunatnej, pociętej głębokimi wądołami i kolistymi pagórami ziemi, zasypanej odłamkami skał i betonu, odsłaniającej miejscami nieskończenie długie pozornie rysy i szczeliny, rzędy bruzd wyryte przez coś ... spychacze albo pługi? Gdzieniegdzie, szczególnie na grzbietach wyniesień w powiewach martwego wiatru szeleściły zeschłe źdźbła traw. Spojrzał w górę, pomiędzy posępnie powyginane balustrady. Później położył się spać pod ścianą, w wygrzebanym przez coś piaszczystym dołku. Na nogi zerwał się o świcie. 
Kto to? Obcy... Ucieczka. Na próżno. Krąg. Czarne, przytłaczające milczeniem ściany. Na dnie ludzkie kolisko.
Krąg powoli pogrążał się we mgle. Rozejrzał się dookoła. I wówczas otaczająca go biel zgęstniała. W pierwszej chwili pomyślał o trąbie powietrznej. Rozległ się dziwny, wibrujący dźwięk. Z mgły wyłoniła się kolumna, której koniec ginął w chmurach, chropawa, niesamowita. Co zasugerowało mu tę nazwę? Bezkształtna rura pożerała otoczenie, bezgłośnie wsysała tworzący malownicze kłębki piach, wciągała płyty okładziny, małe i duże, pojedyncze kamienie, wydarte spod nich, surrealistyczne mrówki i teraz już ludzi, początkowo tych bliższych, zahipnotyzowanych zjawiskiem a następnie dalekich, z obszaru całego Kręgu.
Zaobserwował narastającą ciemność. Zdążył schwycić jeszcze czyjąś dłoń i tak zawieszony pogrążył się w niepamięci.

Forum jest miejscem wymiany opinii użytkowników, myśli, informacji, komentarzy, nawiązywania kontaktów i rodzenia się inicjatyw. Dlatego eliminowane będą wszelkie wpisy wielokrotne, zawierające wulgarne słowa i wyrażenia, groźby karalne, obrzucanie się obelgami, obrażanie forumowiczów, członków redakcji i innych osób. Bezwzględnie będziemy zwalczali trollowanie, wszczynanie awantur i prowokowanie. Jeśli czyjaś opinia nie została dopuszczona, to znaczy, że zaliczona została do jednej z wymienionych kategorii. Jednocześnie podkreślamy, iż rozumiemy, że nasze środowisko chce mieć miejsce odreagowywania wielu lat poniżania i ciągłej nagonki na nas przez obóz "miłości", ale nie upoważnia to do stosowania wulgarnego języka. Dopuszczalna jest natomiast nawet najostrzejsza krytyka, ale bez wycieczek osobistych.

Komentarze

Obrazek użytkownika NASZ_HENRY

30-12-2023 [12:23] - NASZ_HENRY | Link:

@SilentiumUniversi 

Nie będę ukrywał, że wolę krótsze formy 😉
 

Obrazek użytkownika SilentiumUniversi

30-12-2023 [12:41] - SilentiumUniversi | Link:

A ja te Twoje krótkie formy zawsze z wielką przyjemnością czytam.

Obrazek użytkownika Ula Ujejska

30-12-2023 [12:51] - Ula Ujejska | Link:

 SilentiumUniversi
A ja tam czytam wszystkie formy :) Lubię poznawać ludzi i to, czym żyją. To taka belferska skaza. Ale to prawda, że najlepiej i najszybciej do ludzi docierają krótkie formy. Swoim uczniom od lat powtarzam jedno: Jeśli nie potrafisz przekazać czegoś w 30 sek. to nie dasz rady nawet w godzinę.

Obrazek użytkownika sake3

30-12-2023 [13:43] - sake3 | Link:

Może to tylko sen a Autor każe się domyślać....Ranek 20081974.roku? Warto więc pospekulować nad interpretacją tekstu. Czy w tym przedstawionym czasie wszystko ma wyglądać jak teraz?Żołnierze,bezprawie,rozmaite zielsko,ułamane rury,,rdza i skrzypiące wiszące na zawiasach bramy? Myślałam że tak odległy czas to sztuczna inteligencja,galaktyczne pojazdy a nie jakieś samoloty,.Roboty i powszechna szczęśliwość.Przyjaźni Obcy .Jeśli się pomyliłam lub źle odczytałam intencje Autora proszę go o wstrzemięźliwość w krytyce i wskazanie prawidłowej oceny tekstu.

Obrazek użytkownika SilentiumUniversi

30-12-2023 [14:16] - SilentiumUniversi | Link:

Mogę zdradzić tajemnicę liczby, to data powstania tekstu, rok 1974 i kiepskie samopoczucie szesnastolatka. Trochę "Pikniku na skraju drogi" raczej niż "Małej Apokalipsy", rozpad cywilizacji i samodzielne życie (martwota?) przedmiotów, jak dymu wystającego z komina. Ale skąd wzięli się Obcy, nie wiem. 

Obrazek użytkownika sake3

30-12-2023 [14:32] - sake3 | Link:

Czyli moją interpretację obalił pan w proch.Wyszłam ze złego założenia.Może następnym razem mi się uda.

Obrazek użytkownika SilentiumUniversi

30-12-2023 [17:39] - SilentiumUniversi | Link:

Uwagi czytelników zawsze są cenne. Autor często nie zdaje sobie sprawy, co napisał. Dziękuję i dosiego

Obrazek użytkownika Edeldreda z Ely

30-12-2023 [17:59] - Edeldreda z Ely | Link:

Ja też mam uwagę, a raczej wniosek:
Proszę pisać częściej. 

Niech Henry trenuje koncentrację  ;) 
 

Obrazek użytkownika NASZ_HENRY

30-12-2023 [18:27] - NASZ_HENRY | Link:

Jak miło, że ciągle o mnie myślisz 🌼  

 

Obrazek użytkownika Edeldreda z Ely

01-02-2024 [12:04] - Edeldreda z Ely | Link:

@SilentiumUniversi 
Przepraszam, ale czy ta grafika była tu od początku czy uwikłana w jakiś pozorny labirynt nie spostrzegłam jej wcześniej? 

Obrazek użytkownika SilentiumUniversi

06-02-2024 [06:52] - SilentiumUniversi | Link:

Nie było jej, bardzo się ucieszyłem, że potrafię obrazek wstawić