NA RATUNEK PiS-owi

Zdobycie i utrzymanie władzy wystarczająco długo, by przeprowadzić Polskę od III do IV RP – oto dwa zadania, jakie stoją przed Jarosławem Kaczyńskim. O ile pierwsze jawi się jeszcze jako realne, to reforma państwa w obecnej sytuacji wydaje się niemożliwa. I nie chodzi tylko o naszych wrogów – z tymi zwykliśmy sobie radzić. Największą przeszkodą na drodze do zmiany Polski jest… Prawo i Sprawiedliwość – w obecnej postaci.

By z PiS-u uczynić narzędzie zwyciężania i skutecznego sprawowania władzy, potrzebne są gruntowne zmiany. Dostrzega to wielu ludzi życzliwych Jarosławowi Kaczyńskiemu. Rafał Ziemkiewicz tak to ujął:

(…) PiS potrzebuje obudowania go szerszym ruchem społecznym, na takiej zasadzie, na jakiej dawno temu zrobiła to SdRP, tworząc sojusz kilkudziesięciu lewicowych organizacji i organizacyjek. Występując w wyborach jako główny nurt takiego ruchu, gromadzącego różne środowiska, także zawodowe, i wprowadzającego do parlamentu również bezpartyjnych ekspertów z różnych dziedzin, nadrobiłby PiS drugi istotny brak swojego publicznego wizerunku: przestałby być postrzegany jako partia złożona wyłącznie z wiernych wyznawców prezesa, jego dwór czy zgoła sekta, a więc partia niemająca kompetentnych kadr niezbędnych do rządzenia państwem. („Gazeta Polska”)

Marzenie o zjednoczonej prawicy błąka się po naszych umysłach od lat. Gdy w 2008 roku zaangażowałem się w „misję ostatniej szansy” uratowania Unii Polityki Realnej od dryfowania poza nurtem polityki realnej, tak definiowałem swój cel: przyczynić się do powstania w Polsce stabilnej, wielonurtowej partii prawicowej zdolnej do zdobycia władzy i zburzenia okrągłostołowego porządku. Złudzeń pozbyłem się ostatecznie przy próbie stworzenia powszechnego ruchu poparcia dla kandydatury Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta RP. Wydawało się, że smoleński cios wstrząśnie politykami i strona patriotyczna stanie murem za ratowaniem zagrożonego państwa. Niestety, małostkowość lub głupota „wodzów prawdziwych prawic” i aparatczyków PiS-u zwyciężyły. Szansa na zwycięstwo w pierwszej turze została bezpowrotnie zmarnowana.

Zapewne Jarosław Kaczyński zdaje sobie doskonale sprawę z ograniczeń liderów partii (lepiej: partyjek) prawicowych i nie zamierza angażować się w budowanie szerokiego porozumienia środowisk patriotycznych, co odnotował na swoim blogu Marek Jurek: We wtorkowym „Warto rozmawiać” Jarosław Kaczyński po raz kolejny potwierdził doktrynę sformułowaną w grudniu 2009 roku przez Adama Lipińskiego: Nie jest możliwa współpraca przy zachowaniu odrębności partyjnej (marekjurek.salon24.pl).

Rafał Ziemkiewicz, choć radzi Kaczyńskiemu „sojusz kilkudziesięciu organizacji i organizacyjek”, pytany dwa miesiące temu o szanse na zjednoczenie prawicy, wyraził się bardzo sceptycznie:

Oczywiście, bardzo by się przydało polskiej prawicy jakieś zjednoczenie i partia, która byłaby czymś na kształt partii republikańskiej w Stanach Zjednoczonych i bardzo szeroko obejmowała rozmaite nurty. Ale ja już widziałem jednoczenie się prawicy w tzw. Konwencie Świętej Katarzyny, które wyglądało tak, że im dłużej trwał, tym więcej było jednoczących się podmiotów, bo zaczęło się chyba od czterech czy pięciu partii prawicowych, a potem to już się jednoczyło pięć koalicji, każda po dziesięć partii. W związku z czym jestem dość sceptycznie nastawiony do tego, dopóki nie zmieni się ordynacja wyborcza, która skłania do tworzenia partii wodzowskich czy właściwie dworów, a nie partii politycznych („idź POD PRĄD”).

Widzimy więc potrzebę zjednoczenia prawicy wokół PiS-u, a jednocześnie nie wierzymy w jego urzeczywistnienie. Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Zanim zaproponuję rozwiązanie, omówię pokrótce ograniczenia PiS-u, które czynią go niezdolnym do poprowadzenia Polski ku IV RP.

TRZY GRZECHY GŁÓWNE

1. Etatyzm

Przytoczę, co pisałem już w 2009 roku:

W PiS-ie panuje wiara w silne państwo. Z tym oczywiście można się zgodzić. Problemy pojawiają się dalej. Co to znaczy silne państwo? Jak tłumaczył to kiedyś poseł Giżyński na spotkaniu w Lublinie, państwo musi kontrolować nie tylko wojsko, policję, sądy, administrację, politykę zagraniczną, ale i edukację, służbę zdrowia, kluczowe gałęzie gospodarki itd. Gdyby państwo znało się na wszystkim, umiało określić dokładnie potrzeby obywateli w ww. dziedzinach, miało armię kompetentnych, uczciwych urzędników, to może podołałoby tym zadaniom. Rzeczywistość jest jednak inna…
Państwo w wielu dziedzinach nie wie, co jest dobre dla obywateli (interpretacja życzliwa), lub działa na naszą niekorzyść. Przykładem niech będą kolejne reformy szkolnictwa obniżające poziom oświaty i prestiż nauczycieli. Apogeum szkodnictwa Ministerstwo Edukacji Narodowej osiągnęło, obniżając wiek szkolny. Wbrew woli przytłaczającej większości rodziców włączono sześciolatki do szkół, w których muszą siedzieć w jednej klasie z nudzącymi się powtarzaniem tego samego materiału siedmiolatkami. Sześciolatkom w przedszkolach państwo zakazało uczyć się czytać i pisać. (…)
Państwo ze swej natury jest słabym gospodarzem – wielokrotnie to wykazywano. Złotówka wydana przez prywatną instytucję zajmującą się tym samym, co państwowa, jest mniej więcej o 40% efektywniej wykorzystana. Przykładem ogromnego marnotrawstwa pieniędzy przy bardzo mizernych rezultatach jest państwowa służba zdrowia. Szkoda słów na opisywanie tego zjawiska, bo każdy poznał je na własnej – często dosłownie – skórze.
Państwo jest przekupne, a dokładniej jego funkcjonariusze. Uczciwych urzędników jest bardzo mało. Szczególnie w Polsce, gdzie etos uczciwej służby publicznej został zastąpiony przez „etos” radzenia sobie z przeróżną opresją okupantów. Urzędnik (zakładając, że jest fachowcem, co jest założeniem wielce ryzykownym) nie jest wolny od osobistych słabości. Czy PiS planuje przy każdym stanowisku w państwowej biurokracji postawić CBA? Może to i dobry pomysł – ale kto będzie kontrolował agentów CBA? Chyba nikt nie wierzy, że tak liczna wtedy służba zachowa swoją elitarność.
Państwo w dotychczasowej koncepcji PiS-u musi więc być słabe, nieskuteczne, rozrzutne, przekupne i baaardzo kosztowne. Dla obywateli będzie podwójnie uciążliwe – z powodu ucisku biurokratyczno-fiskalnego i niewydolności w swych podstawowych funkcjach.
Sprowadźmy te teoretyczne rozważania na poziom praktyki Polski lokalnej. W administracji samorządowej, w przeróżnych spółkach skarbu państwa, agencjach rządowych czy firmach państwowych trzeba obsadzić tysiące osób. O ile do obsadzenia kluczowych ministerstw Jarosław Kaczyński zapewne znajdzie ludzi na odpowiednim poziomie moralnym i obejmie ich kontrolną opieką CBA, to na poziomie województw, powiatów i gmin wszystko pozostanie po staremu. Jak odznaczali się nepotyzmem, rozrzutnością, łapówkarstwem i pogardą dla przeciętnego obywatela urzędnicy z nadania PO, PSL czy SLD, tak samo będzie (i było przez poprzednie dwa lata rządów) po kolejnym zwycięstwie PiS-u. (niezalezna.pl)

2. Zaskorupienie

Po 10 kwietnia wiele osób mogło się przekonać, z jaką życzliwością czekają na nowych członków lokalni działacze PiS-u. Mogliśmy się też przekonać, jak zainteresowani są naszą pomocą i wkładem w kampanię wyborczą. Trafnie ujął to rozmówca blogera Toyah:

Ogólne wrażenie miałem takie, że nikt tu nie ma żadnego planu. Ciągle widziałem jakichś ludzi i posłów, którzy łazili po korytarzu i zaglądali do pokoi – jakby wszyscy wszystkich szukali. Drugie spostrzeżenie to takie, że tam w ogóle nie było osoby, która wyróżniałaby się zdecydowanym działaniem. Brakowało dyrygenta. Stale miałem wrażenie, że oni wszyscy się o siebie ocierają, uważając tylko, żeby nie nadepnąć komuś na nogę - w końcu nikt do końca nie wiedział, kto był pod kogo podwieszony. Poza tym miałem wrażenie, że każdy chciał być na tyle „mocno” zaangażowany, by w razie sukcesu móc powiedzieć, że to częściowo dzięki niemu, ale jednocześnie na tyle „powierzchownie”, by w razie porażki nikt nie mógł zwalić na nich choćby części odpowiedzialności. To oczywiście było źródłem owej bezdecyzyjności, która każde zadanie czyniła nielogicznym, częściowym i ogólnie trudnym do wykonania, jeśli już w ogóle jakieś się pojawiło. (…)
Zgłosiłem to poseł Jakubiak, która podenerwowana odpowiedziała mi, żeby jej nie zawracać głowy... była tuż przed jakimś telewizyjnym występem. Pewnie jakimś ważnym. Ale zdziwiło mnie, że mniej ważna okazała się ewentualna kompromitacja kandydata, na którego rzecz pracuje. Że nie ma nagle znaczenia, jak kampania Jarosława Kaczyńskiego zostanie przez ten błąd odebrana przez internautów albo jak on sam zostanie wyszydzony przez media. (…) Wtedy jednak zrozumiałem, skąd się brały te wszystkie potknięcia Lecha Kaczyńskiego. Nie jego potknięcia, ale ludzi, którzy organizowali jego pracę. (Toyah1.blogspot.com)

Ten grzech PiS-u jest najtrudniejszy do opisania jednym słowem. Wybrałem zaskorupienie, ale nie wyczerpuje to wszystkich jego aspektów. PiS na przestrzeni kilku lat stał się zamkniętą organizacją, która broni się przed napływem nowych, zdolnych i ideowych ludzi, ponieważ zagraża to zasiedziałym działaczom. Oni nauczyli się skutecznego zniechęcania „natrętów”, a jednocześnie sami niezdolni są do wydźwignięcia partii ze stanu zapaści. Co więcej, dla wielu z nich ten stan może być całkiem wygodny. Mają swoje pensje i zero odpowiedzialności. Bycie w opozycji nawet im odpowiada. Zawierając ciche koalicje z PO czy SLD, mają dostęp do lokalnych konfitur – przeróżne spółki komunalne czy rady nadzorcze dla siebie i rodziny. Po co mają zmieniać tak korzystny dla nich układ? Po co walczyć i się narażać? Oczywiście to tylko uogólnienie – jest w partii Jarosława Kaczyńskiego wielu nieprzeciętnych i oddanych patriotów, ale nikną oni w masie ludzi o mniejszym kalibrze.

3. Brak dalekosiężnego planu

Zakładam, że ogólny plan ma Jarosław Kaczyński, ale już w działaniach wielu parlamentarzystów PiS-u go nie widać. Panuje tu raczej chaos, improwizacja, odruchy stadne, brak kompetencji i jasnego podziału ról. Przykładem niech będzie choćby brak profesjonalnej telewizji i radia – przynajmniej w Internecie. Skupiono się na walce o telewizję publiczną, a nie przygotowano planu „B” na wypadek czystki totalnej w wykonaniu PO/SLD. A przecież co roku partia dostawała ciężkie miliony z budżetu. Kiedy już w zeszłym roku ruszyła próba zaradzenia tej sytuacji – portal myPiS, to pierwszy wywiad z Prezesem przy jakimś biurku i z hałasem w tle jasno pokazał, z czym mamy do czynienia. Czy partia działająca tak amatorsko może skutecznie zarządzać całym państwem? Jeden z wojewódzkich liderów PiS-u, skonfrontowany z tą rzeczywistością, odparł: Jesteśmy młodą partią i nie mamy na wszystko pieniędzy...

Pobieżnie opisałem stan partii Kaczyńskiego nie po to, by się nad nią pastwić. Na tle innych formacji parlamentarnych PiS w niektórych obszarach prezentuje się nawet nieźle, ale my potrzebujemy siły, która ma dokonać reformy ustrojowej Polski, a nie tylko wygrać najbliższe wybory. Trzeba więc mieć świadomość swoich ograniczeń, by szukać właściwego rozwiązania.

Koncepcja budowania ruchu społecznego wokół PiS-u wydaje się właściwym wyjściem. Miały być jego zaczynem Honorowe Komitety Poparcia z wyborów prezydenckich. Czas ucieka, a efektów nie widać. Dlaczego? Bo za organizację tego ruchu wzięli się działacze PiS-u! Czy w ich interesie leży tworzenie dla siebie konkurencji? Jeśli nawet ten twór jakoś ruszy, to zdominowany przez ludzi, którzy dziś tłumią rozwój PiS-u, szybko stoczy się do tego samego poziomu.

PARTIA ZEWNĘTRZNA?

By zbudować zdrowe mechanizmy partyjne, Jarosław Kaczyński powinien stworzyć drugą partię! Na pierwszy rzut oka wydaje się to może absurdalne, ale głębsza analiza tego rozwiązania pokazuje jego zalety. Posłużę się tu analogią z dziedziny służb specjalnych. Gdy władca polega na jakiejś jednej strukturze wywiadowczej, to stopniowo ta służba traci swoją żywotność, zaczyna oszukiwać władcę, kreując korzystny dla siebie obraz rzeczywistości, a w końcu może pokusić się o zmianę suwerena. Dlatego dla skuteczności rządzenia powołuje się co najmniej dwie służby autentycznie ze sobą konkurujące. Władca ma wtedy zawsze materiał porównawczy (lepszy ogląd rzeczywistości), służby się ciągle starają, by wypaść lepiej od rywali (żywotność), i nie w głowie im przewroty pałacowe (skupiają się na pożytecznej pracy). Podkreślam, że do skutecznego funkcjonowania tego modelu potrzebna jest konkurencja i wręcz pewna niechęć wzajemna między tymi dwoma organizmami.

Wracając na partyjne podwórko - zalążek takiej sytuacji zaobserwowałem ostatnio podczas spotkania jednego z Klubów GP z wojewódzkim liderem PiS-u. Takiego „lania” od elektoratu ten poseł dawno chyba nie dostał. Takiej dawki prawdy nie dadzą mu przecież tzw. doły partyjne zależne od niego i liczące w przyszłości na jego przychylność. To mogła zrobić tylko struktura niezależna, nakierowana na zbliżony cel. Podkreślam: struktura i zbliżony cel. Gdyby to wydarzyło się na jakimś spotkaniu wyborczym, to poseł nie czułby się zagrożony (ponarzekają i pójdą do domów) i mógłby wytłumaczyć sobie krytykę wrogością polityczną. Tu jednak wiedział, że osobom krytykującym przynajmniej tak samo, jak jemu zależy na powodzeniu misji PiS-u, oraz wiedział, że swoje niezadowolenie potrafią „przekuć w czyn” z dotarciem do Prezesa włącznie. Daleki jestem od myśli, by Kluby GP przekształcać w jakąś strukturę polityczną, pokazuję tylko, jak działa na PiS pojawienie się samej tylko groźby konkurencyjnej „partii zewnętrznej”.

„Partia zewnętrzna” nie ma na celu prostego dublowania „partii wewnętrznej” - niech PiS dalej zajmuje się tym, co przynależy do zadań partii politycznej. „Partia zewnętrzna” ma tworzyć zaplecze kadrowe i intelektualne dla PiS-u, a jednocześnie go kontrolować. W sytuacjach kryzysowych „partia zewnętrzna” może czasowo nawet przejmować funkcje „partii wewnętrznej”, ale nie może to być normą. Przykładem takiej konieczności mógłby być konflikt w Wielkopolsce z frakcją posła Marcina Libickiego. Jarosław Kaczyński, mając do dyspozycji tylko „partię wewnętrzną”, został tam praktycznie bez struktur i znanych postaci.

Czym miałaby się zajmować „partia zewnętrzna”? Przede wszystkim grupowaniem jak najszerszego spektrum ludzi, którym zależy na Polsce, bez wdawania się w ocenę ich poglądów. Miałaby za zadanie stać się miejscem autentycznej debaty obywatelskiej o kształcie państwa. Efektem byłoby z jednej strony samokształcenie się sporych grup obywateli, a z drugiej „intelektualne zapładnianie” aparatu partyjnego „partii wewnętrznej”. Byłaby też siecią do wyławiania ludzi wartościowych i przebojowych, przydatnych do pracy partyjnej, likwidując obecne braki kadrowe PiS-u. Kolejne zadanie to funkcja kontrolna wobec działaczy PiS-u. Nie chodzi tylko o eliminowanie z życia partyjnego karierowiczów, kombinatorów czy zwykłych złodziei. Po prostu każdy z nas lepiej pracuje, gdy wie, że jest ze swoich działań regularnie rozliczany. Tego nie zapewni ani aktyw „z dołu” (zależność służbowa), ani przełożeni z góry (niedoinformowanie). To może zapewnić tylko struktura równoległa. Nie bez znaczenia są też: niezależny dopływ informacji do Jarosława Kaczyńskiego oraz stworzenie miejsca dla życzliwej i pozbawionej wazeliny krytyki niektórych jego poczynań.

Jak powinna być zorganizowana „partia zewnętrzna”? Po pierwsze, musi być całkowicie niezależna od PiS-u (to podstawowa różnica wobec koncepcji ruchu zbudowanego wokół PiS-u na wzór SLD) i podlegać bezpośrednio Jarosławowi Kaczyńskiemu. Po drugie, nie powinna mieć silnej, scentralizowanej struktury. To z jednej strony krępowałoby oddolną aktywność, a z drugiej groziło wykreowaniem lidera konkurencyjnego dla Prezesa, co w obecnej sytuacji Polski jest marzeniem „partii zagranicy”. Wystarczyłaby struktura składająca się z koordynatorów wojewódzkich podległych bezpośrednio Jarosławowi Kaczyńskiemu. Powinni to być ludzie niemający mocnych aspiracji politycznych, ale posiadający talenty organizacyjne i dydaktyczne oraz nakierowani na pracę u podstaw. Po trzecie, formą pracy „partii zewnętrznej” powinny być przede wszystkim regularne, otwarte spotkania dyskusyjno-dydaktyczne, tworzenie zespołów celowych, zarówno intelektualnych (think tanków), jak i roboczych (grupy kolportażu, mediów lokalnych itp.).

Jarosław Kaczyński, mając do dyspozycji sprawny i ciągle „doskonalący się wewnętrznie” PiS oraz „partię zewnętrzną” o charakterze szerokiego ruchu społecznego, miałby szanse nie tylko zdobyć władzę, ale i utrzymać ją, by wyprowadzić Polskę ze stanu cherlawego kondominium do zamożnego państwa obywatelskiego.

Tekst pochodzi z lutowego numeru miesięcznika "idź POD PRĄD".