za który mają zapłacić cale narody po to, aby wzbogacili się nieliczni — powoli zaczyna docierać do szerokiej opinii publicznej. Kapłani Oze-Sroze i czciciele Globcia znaleźli się w defensywie. Wyborcy widzą już, jakie dostają rachunki za elektryczność i ogrzewanie i rozumieją, że istnieją obiektywne przeszkody techniczne, które sprawiają, że nigdy nie będzie się dało napędzać nowoczesnych krajów wiatraczkami i panelkami.
Ale wśród czcicieli Oze-Sroze są jeszcze twardzi wyznawcy, którzy nie złożyli broni. Gdy wyborczy analizują swoje rachunki za prąd i klną: Miało być taniej, a nie jest — to starają się maluczkich strofować i wyprowadzać ich na właściwą linię ideologiczną:
Transformacja doprowadzi do spadku cen prądu, ale nie od razu
Aha. Będzie taniej — kiedyś tam w świetlanej przyszłości.
Nawet blisko trzy biliony złotych będzie kosztować transformacja energetyczna w Polsce w horyzoncie 2040 r. Skutkiem tych zmian mają być niższe ceny energii i większa niezależność surowcowa.
Czyli: wyskakujcie z kasy i bulcie nam pierdyliardy dzisiaj — a w zamian za to kiedyś tam, być może, jak się nie zmieni, będziecie mieli taniej. Albo i nie.
Komuna zawsze obiecuje raj w przyszłości w zamian za wyrzeczenia teraz — po czym ta przyszłość nigdy nie nadchodzi.