Pośród zatrzęsienia nośników informacji, dezinformacjil, manipulacji, propagandy, całej tej odmóżdżającej kakofonii, masy tabulette skrzeczącej pospolitości, istnieje, moim zdaniem, jedno w miarę wiarygodne źródło przekazu, a mianowicie to, co piszczy w trawie.
No, może nie na każdej wiejskiej łące, ale niewątpliwie w renomowanych salonach zieleni, typu murawa stadionu narodowego, korty wimbledońskie czy rabaty w łazienkach otoczonych symbolami władzy, z okrąglakiem parlamentu, belwederem, siedzibą premiera i radiową trójką, niegdyś kultową, dziś kojarzoną z nazwy raczej z truciem na reżymową nutę.
Ale jak to u nas, tę nieco oniryczną symbolikę, wywodzącą się z ducha Słowackiego, że przypomnę frazę: „niechaj mnie Zośka o wiersze nie prosi, bo kiedy zośka do ojczyzny wróci, to każdy kwiatek powie wierszyk Zosi, każda jej gwiazdka piosenkę zanuci”, dyskredytuje ironiczny idiom: mowa trawa. Jeśli jednak nawet pozbawione przywar dysput rozpolitykowanego Realu metafizyczne podszepty natury uznamy za mózgotrzepy, to blaga, wróć, biada nam.
Po tej rapsodycznej introdukcji powracam na obszar gnuśności zalany odmętem politycznych awantur, napisać, że w karczemnym stylu, to nic nie napisać. Najburzliwsza dotyczy od dłuższego czasu ponad czterdziestu miliardów euro kredytu SAFE. Nie rozwijam tematu, bo zainteresowani znają na pamięć rozbieżne argumenty obu stron. A Salomona, który rozstrzygnąłby spór z korzyścią dla rzeczpospolitej, brak.
Zaś sondaże nie zastąpią werdyktu mądrego króla. Bo respondenci optują za jedną z koncepcji z rozmaitych przyczyn, pośród których merytorycznej analizy popartej wiedzą ekspercką, trzeba szukać ze świecą. Najczęściej bowiem odpowiedzi na pytania ankieterów przypominają obstawianie gonitw na Służewcu, tyle, że tam weryfikacja metody Dyzmy następuje bardzo szybko. Przypomnę, pan Nikodem stawiał na przykład na czwórkę, bo koń ma cztery nogi.
Wszak mimo wszystkich zastrzeżeń metodologicznych trudno odmawiać laikom i dyletantom, czyli średniej statystycznej populacji, prawa do własnych ocen prezentowanych na podstawie całego spektrum argumentów, od merytorycznych, po załgane. Bo demokracja stanowi melanż zbiorowej kondycji umysłów, splecionej z chłopskiego rozumu i mentalności chłopków roztropków.
Korzystając zatem z przywileju respondenta sondażowni przyznaję, że bardziej przekonują mnie logicznie umotywowane argumenty przeciwników SAFE, niż tromtadracka propaganda sukcesu koalicji 13 grudnia, przywołująca skojarzenia z plakatem z 1939 roku, na którym Rydz Śmigły na tle eskadry myśliwców autoryzuje buńczuczne hasło: „silni, zwarci, gotowi”.
Trzeba przyznać, że Donald Tusk wykazał większą wstrzemięźliwość w ocenie realnej mocy umowy z Komisją Europejską, niż marszałek zachwalający siłę polskiej armii. I nie podpisał się pod wekslem, cedując ten ryzykowny obowiązek na swych ministrów.
Jeśli jednak diametralna różnica zdań na temat korzyści, lub pułapek tkwiących w kredycie SAFE ma jakieś tam sensowne podstawy, to protest establishmentu nadwiślańskiego landu przeciw propozycji prezydenta Nawrockiego
Rozpoczęcia prac nad nową konstytucją jest żałosnym świadectwem degrengolady elyt 3 RP. Ich chór wujów i ciot na wyprzódki gardłuje, że teraz nie ma momentu konstytucyjnego do takich działań. A moim zdaniem potrzeba najmarniej wyeliminowania mielizn i dwuznaczności umożliwiających falandyzację prawa w stylu złapał Kozak Tatarzyna, zaistniała już w chwili uchwalenia ustawy zasadniczej.
Paradoksalnie, zabetonowana postawa ko wraz z zydlami, napawa mnie optymizmem. Bo oni boją się panicznie, że Karol Nawrocki optujący za systemem prezydenckim w miejsce parlamentarno-gabinetowego, przeforsuje swą koncepcję.
Trzęsąc portkami jak gdyby zapominają, że konstytucyjny finisz ma nastąpić dopiero w roku 2030, czyli na koniec pierwszej kadencji głowy państwa. I kolejne wybory może wreszcie wygrać Trzaskowski albo jakiś inny ich nominat.
Ale ku sromocie elyt, niczym czeluść zsypu na śmieci, zionie ku nim słowo pierwsza. Czują bowiem, że nadciąga kres 3 RP i maleją szanse na przerwanie sztafety prezydentów, mandatariuszy narodowych wartości.
Ufff, osiągnąłem górne C, którego zazwyczaj staram się unikać. Lecz istnieją takie obszary domeny publicznej, gdzie kończą się żarty. I nawet Stańczyk na obrazie Matejki ma posępne oblicze, nie wspominając o czaszce Yorryca, bo ona tym bardziej już się nie uśmiechnie, ku rozczarowaniu Hamleta.
A ponieważ śmiech to zdrowie, dla odprężenia trafiam niekiedy w mediach na erupcję elokwencji niejakiego nomen, omen, Śmiszka. Ostatnio w Polsacie ze swadą zawodowego deratyzatora porównywał posłów Romanowskiego i Ziobrę do szczurów uciekających tchórzliwie przed żurkowym domiarem niesprawiedliwości, wróć., przed rzetelnym wymiarem sprawiedliwości.
Podekscytowany imaginuję sobie, że wkrótce dla urozmaicenia porówna obu przestępców do nędznych kundli i przedzierzgnięty w hycla, co przy jego aparycji nie będzie trudne, wyruszy na łowy do USA, gdzie zbiegli z Węgier.
Na koniec, uwalniając się od mrocznych urojeń Śmiszka, w kilku słowach wyznam, że urzeka mnie vis comica rzecznika rządu, Adama Szłapki. Ale nie może być inaczej w przypadku człowieka o fredrowskim nazwisku. Interpretację tego grepsu pozostawiam państwa domyślności.
Sekator
Ps.
- Słyszałeś? - zagaja mój komputer - podobno bezpotomni zaniechali przyklejania zadków do asfaltu?
- I bardzo dobrze - uśmiecham się akceptująco do Eustachego. - uwolniwszy sfery prokreacyjne, w najgorszym przypadku staną się przedostatnim pokoleniem.