Coraz bardziej przypada mi do gustu teza, wciąż akceptowalna z nutką ironii, przez wielu filozofów, że nadmiar informacji szkodzi, zwłaszcza nieprzygotowanym erudycyjnie do zgłębiania danego zagadnienia. I zamiast rozszerzać horyzonty myślowe, zamula percepcję. Innymi słowy, lawina bitów informacji nie zawsze sprawia, że odbiorca staje się nie w ciemię bity. Ba, redukowanie danych do niezbędnego minimum przy pomocy brzytwy Ockhama, może niekiedy z dyletanta uczynić eksperta.
Praktyczną egzemplifikacją zmagań z klęską urodzaju są nowoczesne samochody naszpikowane elektroniką nie do przyswojenia w całości przez większość kierowców. Podobnie rzecz ma się z komputerami, telefonami komórkowymi czy telewizorami, a już zupełnie beznadziejnie z analitycznym rozeznaniem istoty zjawisk politycznych i społecznych.
Przy takich założeniach paradoksem przestaje być pogłębiona i trafna analiza krajowej i globalnej rzeczywistości dokonywana za komuny, na peryferiach Europy, odciętych od rzetelnych informacji z wolnego świata żelazną kurtyną.
Istniały oczywiście kanały przekazu „wiadomości dobrych czy złych, ale zawsze prawdziwych, takich, jakie nadawało tylko wolne radio”, czyli monachijska rozgłośnia „Wolna Europa”, wściekle zagłuszana przez reżym. Nadto funkcjonowały inne stacje, „Głos Ameryki”, sekcja polska BBC i na drugą nóżkę groteskowo komunistyczne „Radio Tirana”. Nad Wisłę przemycano kieszonkowe egzemplarze paryskiej „Kultury”. Dotarcie do krajowych wydawnictw podziemnych nie nastręczało zbytnich trudności. Tu i ówdzie czytelnie Empiku udostępniały prasę zachodnią, głównie lewicującą, ale dobre i to.
Mimo wszystko dotarcie do tych nielicznych źródeł wymagało starań. Teraz trzeba uważać, by w natłoku wszelakich treści atakujących, często podprogowo, naszą świadomość, podświadomość i co tam jeszcze tkwi w mózgu i okolicach, odróżniać ziarno od plew, prawdę od fałszu, autentyzm od manipulacji…
A i tak w większości przypadków starania zdają się psu na budę, bo po prostu nie mamy dostępu do źródeł umożliwiających weryfikację danych. I jak to na bezrybiu wspomagamy się intuicją, rozmaitymi analogiami, a zwłaszcza opinią ekspertów z naszej bańki aksjologicznej.
Schody zaczynają się wówczas, gdy zauważamy racje w argumentacji wszystkich stron, lub wręcz przeciwnie, nasze postrzeganie problemu nie jest kompatybilne z żadną opcją. Dla koniunkturalistów, w obu wariantach, są to sprzeczności bez znaczenia, bo nie od parady są oportunistami. U niezłomnych takie rozchwianie powoduje najmarniej dyskomfort, a z reguły frustrację.
owo swoiste rozdwojenie jaźni dotyczy już nie tylko pryncypiów, obejmujących całokształt dobrostanu populacji definiowanego przez wielkie kwantyfikatory typu zdrowie, edukacja, podatki, bezpieczeństwo, sojusze międzynarodowe, klimat… Waśnie obejmują także różnorodność gustów w domenie kultury i sztuki, zwłaszcza awangardowej, upodobania kulinarne, z doprowadzoną do absurdu dietą wegańską, a nawet zasady polszczyzny, ze słowiańską sportowczynią zamiast anglosaskiej sportsmenki.
Mnie zaś, jako amatora penetrującego dosyć pobieżnie Polityczny busz, interesuje głównie skąd się biorą tak fundamentalne różnice w postrzeganiu i ocenie skrzeczącej pospolitości. Wiem naturalnie, że pierwszy lepszy socjolog, politolog, psycholog, nie wspominając o fryzjerze, wróć, styliście, panu Arkadiuszu, wyjaśniliby mi to w tri miga. I mógłbym oddać się rozkminianiu enigmy porównywalnej z kwadraturą koła, czemu nie każdy lubi szpinak.
Tu wyznam z zażenowaniem, że czasami usiłując bez emocji rozważać racje polemistów w sprawach ważkich, z pozycji neutralnego gapia, a nie faceta o ugruntowanych poglądach, mentalnie związanego z konkretnym środowiskiem, stosuję, fakt, że raczej z marnym skutkiem, technikę kabalistów, którzy wręcz fizycznie wcielają się w figury tarota. I wówczas czuję, że mógłbym z przekonaniem podzielać wiele argumentów wszystkich stron. Wszystkich, bo często sprzecznych koncepcji, ba wykluczających się, bez szans na kompromis, jest multum.
Dla przykładu wspomnę o kilku fundamentalnych kontrowersjach. Czy Polska powinna przystąpić do strefy euro? Czy złoto NBP mogłoby zastąpić kredyt SAFE? Czy koncepcja powstania CPK, to imponujące przedsięwzięcie na miarę budowy Gdyni czy zamiar wzniesienia wieży Babel? Czy służba zdrowia dogorywa czy rozkwita? Czy potrzebujemy nowej konstytucji? Czy gra o igrzyska olimpijskie w Polsce jest warta mszy, lub chociaż świeczki? Czy pomysły ministerek na edukację seksualną to postęp czy deprawacja młodzieży? Czy absolutna suwerenność, zwłaszcza w stanowieniu prawa, to dziewiętnastowieczny anachronizm czy nasza racja stanu? Czy aborcja na żądanie to prawo kobiety czy patologia?
Ostatnio rozpoczęła się dyskusja o uproszczonych rozwodach, jeszcze bez postulatów radykalnych, w arabskim stylu, czyli rozstanie po werbalnym wyrażeniu przez męża woli: idź precz! Ale kto wie, jak się rozwinie debata. Na razie pomysłodawcy sugerują, by rozwodowe formalności w przypadku par bezdzietnych, obopólnie pragnących rozstania, przenieść spod jurysdykcji sądów do USC. Niby jest to krok w słuszną stronę, bo po co niechętni sobie partnerzy mają egzystować w toksycznej wspólnocie, jednak małżeństwo, zatem już rodzina, podstawowa komórka społeczna, to zbyt ważna instytucja, by likwidować je łatwiej niż spółkę cywilną. Pod warunkiem wszak, że reformatorzy nie dążą do unicestwienia zmurszałych struktur rodem z patriarchalnej smuty.
Powyższy przy kład potwierdza, że obniżanie rangi jakiegoś podmiotu, zbiorowości, zjawiska, przedsięwzięcia, znacznie ułatwia jego marginalizację czy wręcz unicestwienie. Pisanie słowa Żyd od małej litery nie zapowiadało zapewne holocaustu, ale stanowiło groźną antysemicką enigmę mimo, że pogromy w Rzeszy zdawały się wystarczająco złowieszcze. Nazywanie zabijania dzieci w łonach matek skrobanką, zdejmowało z aborcji piętno tragedii, zrównując ten dramat z zabiegiem usuwania odcisków u pedicurzystki.
Wyrugowanie wyższych uczuć z bzykanka w krzakach przypadkowej pary po kwadransie dyskotekowej znajomości, dające chwilę fizjologicznej ulgi, powoduje coraz częściej sprzężenie zwrotne, łatwo przyszło, łatwo pójdzie, dzięki pigułce dzień po albo skrobance.„To nic takiego”, mówi bohaterka filmu „Galerianki”, do koleżanki. „Włoży ci kilka razy i tyle”.
Pointując ten tekst zapewniam, że nie stawiam się w roli bazarowego sprzedawcy tubek na szczury, który na pytanie klienta: „jak to działa?”, poinstruował go: - Chwyta pan szczura za ogon, smaruje mu grzbiet maścią z tubki i po godzinie gryzoń odwala kitę. – Ale jak już go złapię to po co mi maść? Wystarczy, że walnę go łbem o mur – docieka klient. – Można i tak i tak – zripostował odparł niezrażony handlarz. Otóż mimo wcielania się w zwaśnione strony rozmaitych konfliktów, po namyśle nie uważam, że można i tak i tak.
Sekator
Ps.
– Wkrótce nadarzy się kolejna okazja, by sprawdzić czy można i tak i tak – mruczy mój komputer, - bo za pasem setna rocznica przewrotu majowego.
– I bardzo dobrze – chwalę bystrość Eustachego. – Wreszcie się dowiemy, kim naprawdę był marszałek.