Lato 1966 roku spędziliśmy, trzykrotnie objeżdżając autostopem spory szmat Polski. Sopot, niemal dziewicze Mazury, Suwalszczyzna, cudowne Wigry. Autostop to był świetny wynalazek dla młodzieży. Nie było wówczas jakoś żadnego zagrożenia, nikt na nikogo nie napadał. Mnóstwo kierowców rozklekotanych ciężarówek zabierało młodzież turystyczną, w pismach jak „Na Przełaj” czy „Dookoła świata” drukowali zachęty, w ośrodkach PTTK dawali imienne książeczki autostopowe a kierowcy dostawali nagrody, jak uzbierali kupony od turystów i potem o nich pisano w gazetach.
W Starym Folwarku był telewizor w PTTK. Tam, w końcu lipca, ciągnęły dzikie tłumy młodzieży z okolicznych pól namiotowych. Obejrzeliśmy na żywo sławny mecz futbolowy Anglia-Niemcy, w którym odbyły się dwie dogrywki; Anglia podobno jedyny raz do dziś (kwiecień 2026) została mistrzem świata. Takiego ryku z setek młodych gardeł nie słyszałam potem długie lata. Wszyscy kibicowali Anglikom, Niemcy nie mieli wzięcia, było dopiero 20 lat po wojnie i każdy miał ją w kościach albo w rodzinnych opowieściach.
Czasem łataliśmy trasę pociągami osobowymi albo autobusami PKS. Warszawa na chwilę, Góry Świętokrzyskie, piesza trasa 20 kilometrów ze Świętej Katarzyny przez Ameliówkę do Kielc; w wiosce pod Ameliówką widzieliśmy straszliwą biedę, dzieciaki w samych koszulinach, jakiś mężczyzna wyniósł nam duży kubek mleka i przy naszym uporze, żeby zapłacić, wziął 50 groszy; litr mleka w sklepie kosztował 2,20 zł.
Potem szybko Kraków, Kudowa, pamiętny dla nas „pałac królewski”, czyli poniemieckie sanatorium-hotel w Szczawnie Zdrój. Ze Szczawna pojechaliśmy pociągiem (parowym, parowym) do Jeleniej Góry, stąd autobusem do Sobieszowa, wleźliśmy na Chojnik, gdzie tyle razy byłam od dziecka, znowu w pociąg do Szklarskiej Poręby. W pociągu spotkaliśmy znajomego socjologa Andrzeja K. jeszcze z kimś, chyba Andrzejem Szarkowskim. Mieliśmy ze sobą kupiony jakimś cudem, może w Karpaczu, jeden z najlepszych produktów socjalizmu, kompot malinowy w puszce. Jak to w socjalizmie, z pancernej blachy. Ale mieliśmy także klucz do konserw, cudowny choć socjalistyczny, i był to najlepszy klucz, jaki kiedykolwiek miałam. Z otwartej puszki wyjadaliśmy wspólnie ostatnie maliny, Andrzej patrzył na nasze gruchanie z lekkim obrzydzeniem, ale niemal rozczulony, i powtarzał „Gołąbki, po prostu dwa gołąbki!” Została na dnie ostatnia malina, ofiarowałam ją ukochanemu. Ukochany ofiarował ją mnie. I tak słodko sprzeczaliśmy się, aż Andrzej niemal wrzasnął chyba do mnie: „Zjedz do cholery wreszcie tę malinkę!” Zjadłam ją, przyjmując ofiarę ukochanego. Andrzej wspominał tę scenę 33 lata później, gdy zaczęłam pracę w jego sławnej szkole zarządzania na Pradze. Pamiętaliśmy to oboje doskonale. Ukochany nie pamiętał nic. Jak zwykle.
Dolny Śląsk, nie tylko Górny, obfitował wtedy w dary socjalistycznego cudu gospodarczego ery „naszej małej stabilizacji” Gomułki. Wracaliśmy przez Jelenią Górę. Nocowaliśmy na jakimś kempingu. Rano w centrum ciągle potwornie obdrapanego miasta, śmierdzącego wyziewami z „Celwiskozy”, znaleźliśmy coś w rodzaju baru a może nawet kawiarni. Za kontuarem przejęty rolą barman nalewał do szklanek wrzątek, do którego wkładał torebki z herbatą, stawiał każdą szklankę na spodeczku i dodawał dwie-trzy kostki cukru. Mój ukochany był olśniony. Herbata w torebkach nie była w PRL i sąsiednich kadeelach osiągalna w sklepach, tylko w „zakładach gastronomicznych”. A ten ma worek herbatek! Zwrócił się do barmana:
– Pan mi sprzeda 20 sztuk suchych woreczków z herbatą.
– Jak to? - osłupiał barman. – Co pan, to nie na sprzedaż, ja mam herbatę dla ludzi do picia, a nie na wynos! Tylko do konsumpcji.
– Skonsumuję w domu, przysięgam. Zapłacę podwójnie – odrzekł mój towarzysz.
Tego już było za wiele.
– To nie jest herbata dla bogaczy, tylko dla robotników, do wypicia! Ja tu mam rozliczoną wodę na herbatę, koszty gazu, mycie szklanek i… i… i wszystko!
– To ja poproszę 20 szklanek wrzątku i poproszę, żeby pan położył torebki herbaty obok cukru, na spodeczkach.
Barman oniemiał. Widać było – jak to potem wielokrotnie wspominaliśmy – toczące się przez jego czoło ciężkie procesy myślowe, wreszcie się udało i krzyknął:
– Taki pan sprytny?! Ja nie wrzucę do wody, a pan wtedy zabierze ze sobą suche herbatki!
Wypiliśmy na miejscu po szklance herbaty i poszliśmy piechotą na północną szosę. Ukochany niósł ogromny plecak i namiocik, ja malutki. Po parunastu kilometrach zmęczyłam się. Ukochany wziął mnie na barana na wierzch swego plecaka i tak doszliśmy do przystanku autobusowego PKS. Pojechaliśmy pekaesem do Poznania, dokąd dotarliśmy dopiero po północy. Rozbiliśmy nasz maleńki namiocik na skraju lasku, jak sądziliśmy na łące za miastem. O szóstej rano obudziła nas milicja, bo było to niemal centrum miasta. Sprawdzili dokumenty. Nie mieliśmy świadectwa ślubu ani jednakowych nazwisk. Nocowanie razem było zabronione.
I wygnali nas na dalszą wędrówkę.