Przejdź do treści
Strona główna

menu-top1

  • Blogerzy
  • Komentarze
User account menu
  • Moje wpisy
  • Zaloguj

Autostopem przez PRL. 1966

Teresa Bochwic, 29.04.2026

 Lato 1966 roku spędziliśmy, trzykrotnie objeżdżając autostopem spory szmat Polski. Sopot, niemal dziewicze Mazury, Suwalszczyzna, cudowne Wigry. Autostop to był świetny wynalazek dla młodzieży. Nie było wówczas jakoś żadnego zagrożenia, nikt na nikogo nie napadał. Mnóstwo kierowców rozklekotanych ciężarówek zabierało młodzież turystyczną, w pismach jak „Na Przełaj” czy „Dookoła świata” drukowali zachęty, w ośrodkach PTTK dawali imienne książeczki autostopowe a kierowcy dostawali nagrody, jak uzbierali kupony od turystów i potem o nich pisano w gazetach. 

W Starym Folwarku był telewizor w PTTK. Tam, w końcu lipca, ciągnęły dzikie tłumy młodzieży z okolicznych pól namiotowych. Obejrzeliśmy na żywo sławny mecz futbolowy Anglia-Niemcy, w którym odbyły się dwie dogrywki; Anglia podobno jedyny raz do dziś (kwiecień 2026) została mistrzem świata. Takiego ryku z setek młodych gardeł nie słyszałam potem długie lata.  Wszyscy kibicowali Anglikom, Niemcy nie mieli wzięcia, było dopiero 20 lat po wojnie i każdy miał ją w kościach albo w rodzinnych opowieściach. 

Czasem łataliśmy trasę pociągami osobowymi albo autobusami PKS. Warszawa na chwilę, Góry Świętokrzyskie, piesza trasa 20 kilometrów ze Świętej Katarzyny przez Ameliówkę do Kielc; w wiosce pod Ameliówką widzieliśmy straszliwą biedę, dzieciaki w samych koszulinach, jakiś mężczyzna wyniósł nam duży kubek mleka i przy naszym uporze, żeby zapłacić, wziął 50 groszy; litr mleka w sklepie kosztował 2,20 zł. 

Potem szybko Kraków, Kudowa, pamiętny dla nas „pałac królewski”, czyli poniemieckie sanatorium-hotel w Szczawnie Zdrój. Ze Szczawna pojechaliśmy pociągiem (parowym, parowym) do Jeleniej Góry, stąd autobusem do Sobieszowa, wleźliśmy na Chojnik, gdzie tyle razy byłam od dziecka, znowu w pociąg do Szklarskiej Poręby. W pociągu spotkaliśmy znajomego socjologa Andrzeja K. jeszcze z kimś, chyba Andrzejem Szarkowskim. Mieliśmy ze sobą kupiony jakimś cudem, może w Karpaczu, jeden z najlepszych produktów socjalizmu, kompot malinowy w puszce. Jak to w socjalizmie, z pancernej blachy. Ale mieliśmy także klucz do konserw, cudowny choć socjalistyczny, i był to najlepszy klucz, jaki kiedykolwiek miałam. Z otwartej puszki wyjadaliśmy wspólnie ostatnie maliny, Andrzej patrzył na nasze gruchanie z lekkim obrzydzeniem, ale niemal rozczulony, i powtarzał „Gołąbki, po prostu dwa gołąbki!” Została na dnie ostatnia malina, ofiarowałam ją ukochanemu. Ukochany ofiarował ją mnie. I tak słodko sprzeczaliśmy się, aż Andrzej niemal wrzasnął chyba do mnie: „Zjedz do cholery wreszcie tę malinkę!” Zjadłam ją, przyjmując ofiarę ukochanego. Andrzej wspominał tę scenę 33 lata później, gdy zaczęłam pracę w jego sławnej szkole zarządzania na Pradze. Pamiętaliśmy to oboje doskonale. Ukochany nie pamiętał nic. Jak zwykle. 

Dolny Śląsk, nie tylko Górny, obfitował wtedy w dary socjalistycznego cudu gospodarczego ery „naszej małej stabilizacji” Gomułki. Wracaliśmy przez Jelenią Górę. Nocowaliśmy na jakimś kempingu. Rano w centrum ciągle potwornie obdrapanego miasta, śmierdzącego wyziewami z „Celwiskozy”, znaleźliśmy coś w rodzaju baru a może nawet kawiarni. Za kontuarem przejęty rolą barman nalewał do szklanek wrzątek, do którego wkładał torebki z herbatą, stawiał każdą szklankę na spodeczku i dodawał dwie-trzy kostki cukru. Mój ukochany był olśniony. Herbata w torebkach nie była w PRL i sąsiednich kadeelach osiągalna w sklepach, tylko w „zakładach gastronomicznych”. A ten ma worek herbatek! Zwrócił się do barmana: 

– Pan mi sprzeda 20 sztuk suchych woreczków z herbatą. 

– Jak to? - osłupiał barman. – Co pan, to nie na sprzedaż, ja mam herbatę dla ludzi do picia, a nie na wynos! Tylko do konsumpcji.

– Skonsumuję w domu, przysięgam. Zapłacę podwójnie – odrzekł mój towarzysz. 

Tego już było za wiele. 

– To nie jest herbata dla bogaczy, tylko dla robotników, do wypicia! Ja tu mam rozliczoną wodę na herbatę, koszty gazu, mycie szklanek i… i… i wszystko! 

– To ja poproszę 20 szklanek wrzątku i poproszę, żeby pan położył torebki herbaty obok cukru, na spodeczkach. 

Barman oniemiał. Widać było – jak to potem wielokrotnie wspominaliśmy – toczące się przez jego czoło ciężkie procesy myślowe, wreszcie się udało i krzyknął:

– Taki pan sprytny?! Ja nie wrzucę do wody, a pan wtedy zabierze ze sobą suche herbatki! 

Wypiliśmy na miejscu po szklance herbaty i poszliśmy piechotą na północną szosę. Ukochany niósł ogromny plecak i namiocik, ja malutki. Po parunastu kilometrach zmęczyłam się. Ukochany wziął mnie na barana na wierzch swego plecaka i tak doszliśmy do przystanku autobusowego PKS. Pojechaliśmy pekaesem do Poznania, dokąd dotarliśmy dopiero po północy. Rozbiliśmy nasz maleńki namiocik na skraju lasku, jak sądziliśmy na łące za miastem. O szóstej rano obudziła nas milicja, bo było to niemal centrum miasta. Sprawdzili dokumenty. Nie mieliśmy świadectwa ślubu ani jednakowych nazwisk. Nocowanie razem było zabronione. 

I wygnali nas na dalszą wędrówkę. 

  • Zaloguj lub zarejestruj się aby dodawać komentarze
  • Odsłony: 114
Mrówka

Mrówka

29.04.2026 16:44

Chylę czoła przed tak doskonałą pamięcią tamtych wydarzeń.

Wspólnie z bratem, na książeczkę autostopowicza wybraliśmy się z Opola na Mazury. Był wczesny poranek lipca połowy lat siedemdziesiątych, wakacje w pełni. Kierowcy, szczególnie pojazdów służbowych, dostawczych, chętnie się zatrzymywali i podwozili, choćby do następnego miasteczka. Kupony ubywały dość szybko. Za Częstochową udało się nam zabrać wypasioną limuzyną, dużym Fiatem 125. Jazda starą Gierkówką okazała się pełna wrażeń, gdy w stojąca w koleinach woda po opadach deszczu wprawiała Fiata w taneczny pląs. Przy wjeździe do Warszawy na jakimś rondzie kierowca nie potrafił z niego zjechać. Oznakowanie zjazdów było żadne, nie wiadomo było w jakim kierunku one podążają. Warszawę musieliśmy pokonać autobusami komunikacji miejskiej. W Na Bielanach okazało się, że zatrzymać jakieś auto graniczyło z cudem. W końcu udało się załapać na skrzyniowego Żuka z drewnianymi ławkami pod brezentową osłoną. Tak dotarliśmy do Mławy i pierwszy dzień wypadu autostopem zakończyliśmy wieczorem rozbijając namiot tuż przy trasie. Drugiego dnia szło dużo gorzej. Przeplatając drobnymi podwózkami dotarliśmy do Olsztyna a stamtąd do Morąga już PKS-em. Kolejne rozbicie namiotu u celu naszej podróży było nad jeziorem Narie. Po latach, odwiedziłem ponownie tamte strony. Niegdyś prawie dziewicze tereny, z krystalicznie czystą woda, dziś są tak skomercjalizowane, że w większości dostęp do linii brzegowej jest niemożliwy bez naruszenia prywatnych terenów. Powiadają, że Warszawka wykupiła Mazury.

Mogę potwierdzić, tamte czasy były bezpieczne a ludzie życzliwi i pomocni.

"To se ne vrati..."

Teresa Bochwic
Nazwa bloga:
Blog Teresy Bochwic
Zawód:
Sokole Oko
Miasto:
Warszawa

Statystyka blogera

Liczba wpisów: 596
Liczba wyświetleń: 2,341,229
Liczba komentarzy: 2,846

Ostatnie wpisy blogera

  • Niemcy po raz trzeci
  • Media a niepodległość (tekst z 1993 roku, a jaki aktualny)
  • Mądrego warto posłuchać. Oświata polska

Moje ostatnie komentarze

  • To Polsce czy Niemcom? 
  • Polecam Panu moje opowiadanie Pieśń wigilijna kilka wpisów niżej
  • Dlaczego to się nazywa jubileusz? zupełnie tego nie rozumiem

Najpopularniejsze wpisy blogera

  • Chcieli Europy, wybrali polski los
  • Poradnik męża zaufania wybory samorządowe 2014
  • Gdzie było nieproporcjonalnie dużo nieważnych,wysokie ryzyko

Ostatnio komentowane

  • Mrówka, Chylę czoła przed tak doskonałą pamięcią tamtych wydarzeń.Wspólnie z bratem, na książeczkę autostopowicza wybraliśmy się z Opola na Mazury. Był wczesny poranek lipca połowy lat siedemdziesiątych,…
  • Romuald, Dziękuję, poszukam.
  • Teresa Bochwic, Polecam Panu moje opowiadanie Pieśń wigilijna kilka wpisów niżej

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2008 - 2026, naszeblogi.pl

Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | tvrepublika.pl | albicla.com

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Do czego są one potrzebne może Pan/i dowiedzieć się tu. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek. | Polityka Prywatności

Footer

  • Kontakt
  • Nasze zasady
  • Ciasteczka "cookies"
  • Polityka prywatności