NIEMCY po raz trzeci
(opowiadanie prawdziwe)
Młodego Niemca, dajmy na to Hansa W. (tak naprawdę nie pamiętam jego imienia), poznałam gdzieś po 1970 roku na jednej z licznych w PRL i tak modnych u wypływających wtedy na szerokie wody światowe władz PRL wystaw „na poziomie”; ta była o narodowo-wyzwoleńczych sukcesach światowego marszu ku ustrojowi szczęśliwości robotników i chłopów, reprezentowanego przez Związek Radziecki i satelitów, czyli kadeele (kraje demokracji ludowej, stało w gazetach). Jak zwykle, był tam misz-masz, Wietnam, Angola, jakieś narody afrykańskie, Grecja czarnych pułkowników, kraje południowo-amerykańskie, Kuba, Angela Davis – słowem marsz ku wolności. Na zdjęciach wesołe, często ciemne twarze ludzi, w późniejszych czasach lub innych ustrojach określanych mianem terrorystów i wywrotowców.
Przechodziłam tamtędy przypadkowo, być może zatrzymało mnie jakieś zdjęcie za szybą. Hans zaczepił mnie uprzejmie po francusku. Jest Niemcem Zachodnim gdzieś znad granicy francuskiej, jak ja kończy studia, przyjechał obejrzeć kraj komunistyczny, bo jak wielu Niemców z RFN bał się podróżować do NRD. O czym właściwie jest ta wystawa? Tytuł uważa za ogólnikowy i banalny i nie może uchwycić głównej idei wystawienia tego wszystkiego razem.
Rozmawialiśmy z pół godziny, wiedzę miał najwyraźniej o wiele większą niż ja o tych ruchach i narodach, bo nie czerpał jej jak ja z komunistycznej propagandy gazetowej skrzyżowanej z urywkami wieści z Radia Wolna Europa. Z wystawy wynikało tylko, że przedstawione narody są słuszne, „nasze” (prokomunistyczne), że walczą z imperializmem czyli paskudną Ameryką, z brzuchatymi kapitalistami z cygarem w zębach itd. Wyjaśniałam mu ideę wystawy, wynikającą z kilku podpisów pod zdjęciami, ale to go nie przekonało. Parę razy powtórzył: „Je suis aussi communiste, mais…” („Jestem także komunistą, ale…”). Nie rozumiał przedstawionych związków.
Oczywiście, na sam widok Niemca, do tego zachodniego, przez głowę przebiegł mi cały zestaw określeń związanych z Niemcami: Oświęcim (nie używało się w tych latach nazwy Auschwitz), Hände hoch, polnische Schweine itd., ale zestaw ten szybko umknął z myślą, że on ma ze 24 lata jak ja, że są nowe czasy, mieszka na światłym Zachodzie itd. Nie wdając się w szersze wyjaśnienia, raz powiedziałam mu sucho, że bynajmniej nie jestem komunistką i nie akceptuję żadnej formy komuno-socjalizmu panującego w moim kraju, co do którego najwyraźniej żywi złudzenia. Coś tłumaczył, że tu w Polsce nie mamy prawdziwego komunizmu, ale zmilczałam. Na pożegnanie podał mi wizytówkę z adresem zachodnioniemieckim, powiedział, że wkrótce wyjeżdża na stałe do Ameryki, czyli USA, i czy może do mnie napisać.
Może, odrzekłam. Nie tylko młodzież, ale w ogóle nikt chyba wtedy nie zabiegał o ochronę tzw. danych osobowych, swobodnych stosunków międzyludzkich nie niszczyło jeszcze RODO, ba, prawie nie istniały domofony ani zamknięte wejścia do budynków, a te co były, psuły się natychmiast i nikt się tym nie przejmował. Dałam mu adres i numer telefonu, oczywiście podałam swoje imię i nazwisko, i wzięłam jego wizytówkę, którą w domu wrzuciłam do jednej z szuflad z różnościami. Czasy trzęsienia się przed kontaktami z kimś z Niemiec Zachodnich czy innego wrogiego kraju już minęły.
Skądinąd wiele lat później, gdy można już było zajrzeć do akt IPN, zobaczyłam, jak ważne były takie zagraniczne adresy w „śledztwach” esbeckich. Kiedy chcieli, mogli użyć faktu posiadania jakiegoś adresu czyli domniemanego kontaktu z Zachodem do choćby szantażowania odebraniem prawa do paszportu zagranicznego; taki kapitan SB trzymał w ręku twój paszport i stukając weń palcem pytał: „No i co ja mam z panią zrobić, jak pani nie chce z nami współpracować?” Każdy właściwie podróżujący na Zachód uważany był za potencjalnego szpiega na rzecz Agencji Gehlena, ze smakiem opisywanej w telewizji i „Trybunie Ludu” jako gniazdo szczególnie wściekłych antysocjalistycznych szerszeni. Ale to były czasy wkrótce po przyjściu Gierka, czyli względnej chwilowej swobody również w wyjazdach i kontaktach z zagranicą, żadnych też kłopotów mi nie przyniosła ta krótka znajomość, kontynuowana w paru jeszcze jego kartkach okolicznościowych.
Co nie oznacza, że nie nastąpił, w pewnym sensie, jej dalszy ciąg.
Gdzieś w rok później znalazłam w skrzynce pocztowej kopertę z widokówką z jakichś niemieckich gór. Nadawcą była pani W., matka Hansa poznanego na wystawie. Tekst napisany po niemiecku. Nie znałam niemieckiego, z kolegami nie mogliśmy się przemóc, by zostać na lektoracie. Pani W. dowiedziała się o naszej znajomości od syna, który już wyniósł się do Kalifornii, podobnie jak reszta jej pięciorga dorosłych już dzieci. Zainteresowały ją znajomości, jakie syn zawarł podczas podróży do Polski, między innymi ze mną. Mieszkają z mężem w malutkim miasteczku przy granicy francuskiej, są na emeryturze, chętnie zaproszą mnie czy kogoś z mojej rodziny na tydzień czy dwa do Niemiec.
Rodzinę ta kartka zelektryzowała. Mama i Ciotka, znające doskonale niemiecki, odpowiedziały jej w imieniu reszty i wyraziły zainteresowanie zaproszeniem, odwzajemniły się też własnym dla nich. Ja sama na razie uprzejmie podziękowałam, nie wybierałam się. Tego wszystkiego, co słyszałam lub czytałam o Niemcach w czasie wojny, o niemieckich obozach śmierci, o Powstaniu, nie mogłam oderwać od wizji pary spokojnych i życzliwych starszych emerytów z bogatych i wolnych Niemiec Zachodnich.
Kartki z pozdrowieniami krążyły chyba przez dwa lata. Wkrótce ciekawa wszystkiego Ciotka wyjechała do państwa W. na tydzień, a potem Mama, której dawali paszport nawet parę razy, w nadziei, jak uważała, że zostanie na Zachodzie i będą mieli święty spokój z jej intensywną działalnością opozycyjną.
Potem państwo W. przyjechali do Warszawy. Spędziliśmy u Ciotki przemiły weekend. Zdaje mi się, że dali jej, jak mówiło się pożyczyli, trochę pieniędzy na remont wiecznie przeciekającego dachu domu. Mama dowiedziała się, że on był podczas wojny w Africa Korps, ona była sporo młodsza. „Ale on twierdzi, że jego oddział czy pułk został gdzieś na bok oddelegowany i nie uczestniczył w walkach” – wyjaśniła nam pani W. Mama z Ciotką jeszcze dłuższy czas po ich wyjeździe zastanawiały się, czy to możliwe.
W końcu dostałam paszport i wyjeżdżałam do Paryża. Po raz pierwszy byłam tam w 1972 roku, u rodziny. Teraz jechałam w jakichś sprawach związanych z opozycją, Giedroyciem itd. Zatrzymywałam się w Berlinie Zachodnim, wolnym od komunistów mieście, gdzie miałam chyba nie mniej znajomych niż w Warszawie po fali emigracyjnej 1968 roku i wyciekaniu młodych ludzi z Polski przez lata siedemdziesiąte. Samolot z Polski do Berlina a potem Paryża był piekielnie drogi, za pociąg przez Polskę i NRD do granicy z RFN na Łabie płaciło się wg cen radzieckich, więc był nawet dla nas niezwykle tani, dopiero na Zachodzie nabierał wysokości cen zachodnich. Cóż szkodziło wysiąść po drodze w Kolonii i obejrzeć choćby katedrę, skąd państwo W. zabraliby mnie samochodem na parodniową wizytę do swego miasteczka?
Wysiadłam. Katedra była upajająca pięknem. Zabrali mnie do swego samochodu, niezbyt nowego, ale świetnie utrzymanego Mercedesa. Przejechaliśmy urokliwą trasę w niewysokich górkach, przez miasteczka jakby wycięte z Karkonoszy, wśród wiszących na każdym oknie i rogu ulicy fontann starannie hodowanych pelargonii i fuksji. W końcu wjechaliśmy na ogromne pole uprawne sięgające po horyzont, na środku którego stało dwadzieścia pięć, dokładnie dwadzieścia pięć (miały numery) identycznych domków z wejściem tylko przez garaż (mieli po dwa), z ładnym ogrodem od tyłu. Nie było tu żadnego sklepu, tylko automat z papierosami i coca-colą. Osada otoczona była szosą, prowadzącą do oddalonego o parę kilometrów miasteczka z supermarketem, kinem i restauracją.
On był cale życie woźnym sądowym, ona gospodynią domową, pięcioro dzieci, więc głównie nie pracowała, dorabiała wcześniej w jego sądzie na godziny, i stąd miała jakąś rentę. Domek był kupiony na długoletni kredyt, wspomagany przez miejsce pracy.
Na dole był hol, salon połączony z jadalnią i świetnie wyposażoną dużą kuchnią oraz gabinecik pana domu. Pełno okien, tarasy. W kąciku salonu wspomnienie po synach - elektryczna kolejka jak prawdziwa, raj dla chłopców, rozjazdy, semafory, wagoniki towarowe i osobowe, lokomotywa z doczepionym sztucznym dymem, maleńcy kolejarze i obładowani walizkami pasażerowie. Łazienka, toaleta. Wygodne schody prowadziły na górę, gdzie było pięć niewielkich sypialni i chyba ze dwie łazienki. Wyżej było jeszcze półmieszkalne poddasze, w sam raz dla młodzieży. Ładny widok na ogrody i daleki na miasteczko.
Spędziliśmy miły wieczór na pogawędkach o tym i owym. Wspominali wizyty Mamy i Ciotki. On uparł się, żebyśmy przeszli na ty. Do niej jakoś nie miałam oporów, do niego nie byłam w stanie się przemóc.
Opowiadałam im o nędzy życia w PRL. Była zdziwiona, że nie mam zamrażarki ani pralki automatycznej. Tłumaczyłam, że to rzeczy za drogie, zresztą w sklepach ich nie ma, kupuje się z prywatnego ogłoszenia albo stoi beznadziejnie kilka dni i nocy w „społecznej” kolejce, w nadziei, że „rzucą” do sklepów; taka pralka z ogłoszenia kosztowała ponad trzy przeciętne pensje a z pięć razy drożej niż sklepowa.
Nie mogłam opędzić się od wojennych (ze słyszenia) skojarzeń.
Późnym wieczorem poszłam na górę, do sypialni. Łądne mebelki, stół, brązowe biureczko, parę krzeseł, jakieś szafki. Świeża pościel, uchylone okienko na już skoszony jesienny ogród, ślicznie i spokojnie. Chwilę czytałam jakieś bajecznie kolorowe ulotki reklamowe, nieznane nam w PRL.
Obudziłam się głęboką nocą, gdy księżyc zajrzał na moje łóżko. Jakieś idiotyczne sny mnie męczyły, jakieś pustynie, piwnice pełne kości, błoto, w którym tonęłam. Bałam się. Sen snem, ale nigdy nic nie wiadomo. Tyle było horrorów o spokojnych mieszkańcach amerykańskich czy francuskich wiosek, którzy mordowali przejezdnych, zakopywali ich w ogrodzie czy na usypanym przy dziecinnej kolejce sztucznym pagórku, jak było w jakimś niemieckim filmie. Nie mogłam już zasnąć.
Zerwałam się, przesunęłam meble do drzwi, wizja skradającego się po schodach gospodarza nie pozwalała mi nawet wrócić do łóżka. Przesunęłam je, zablokowałam krzesłami, dosunęłam biureczko. Zakręciłam klamkę okienka. Ubrałam się kompletnie, wsunęłam się pod biurko i tam spędziłam parę godzin pozostałych do rana.
Poranek był jasny, mieliśmy jechać do miasteczka, na wycieczkę do sąsiedniego miasteczka zdrojowego. Poprosiłam o możliwość zatelefonowania na krótko do Polski. Matce powiedziałam, że nie zostanę tu ani minuty dłużej, i że im powiem, że w domu coś się stało i że ona prosi mnie o powrót. Tylko raz zaczęła mówić, że zwariowałam, że… Potem urwała i zgodziła się wyjaśnić państwu W. po niemiecku mój nagły wyjazd.
Bardzo byli zdziwieni i rozczarowani. Spakowana już byłam w nocy. Pożegnałam serdecznie panią W., pan W. odwiózł mnie na pociąg, do którego miałam parę godzin, więc odjechał i nie widział, że wsiadłam do wcześniejszego, w kierunku Paryża.
Siedziałam w luksusowym wagonie, piłam kawę z prześlicznych plastikowych filiżanek, które potem zabrałam ze sobą, i marzyłam, żeby wreszcie przekroczyć granicę francuską.
KONIEC