W środowisku naukowym, jak we wojsku, obowiązuje hierarchia. W wojsku szeregowy stoi poniżej kaprala, kapral poniżej porucznika, porucznika majora, major pułkownika a pułkownik generała. (Uprościliśmy trochę). W świecie korporacji też funkcjonują stopnie służbowe, w różnych korporacjach mogą się nieco inaczej nazywać, ale na ogół najniżej jest analyst, potem associate, potem assistant vice president, potem vice president, potem director, potem managing director ... i tak dalej aż do Chief Executive Officer.
A w nauce? Dawniej było tak: Najpierw jest doktor. Potem doktor habilitowany, potem docent, potem profesor nadzwyczajny i na koniec profesor zwyczajny.
Tu podniosą się protesty: Wodzu, to nie całkiem tak! Profesor i doktor to są tytuły - a docent to jest stanowisko!
Tak macie Państwo rację, uprościliśmy, ale nie będziemy tu się wdawać w rozróżnianie między stopniem a stanowiskiem. W praktyce, przez pokolenia, droga kariery na polskim uniwersytecie wyglądała tak: doktor, doktor habilitowany, docent, profesor nadzwyczajny, profesor zwyczajny.
Aż za komuny, pod koniec lat 60 partia uznała, że w światku uniwersyteckim ma za mało zaufanych ludzi gotowych na realizację linii partyjnej i trzeba tam wpuścić trochę świeżej krwi. Co zrobiono w ten sposób, że otworzono furtkę: W szczególnych przypadkach można zostać docentem z pominięciem stopnia doktora habilitowanego. A bardzo szczególnych — w ogóle z pominięciem stopnia doktora.
Nie trzeba tłumaczyć, że ludzie, których w ten sposób, na skróty, awansowano na docentów, to nie były jakieś tuzy intelektu — ale sprawdzeni towarzysze.
Sprytny ludek polski bardzo szybko się w tym zorientował — jeżeli pojawia się ktoś z "docent" przed nazwiskiem — to najwyraźniej nie jest to ktoś najmądrzejszy. Nie upłynęło wiele lat a w języku polskim słowo "docent" zaczęło funkcjonować jako synonim do: "nadęty głupek". Strasznie popularne zrobiły się dowcipy od Zenonie i Docencie, a w jednym z rysunków Andrzeja Mleczki (który w tamtych czasach był jeszcze bardzo dowcipny) widzimy budowlańca mówiącego do drugiego; "Panie majster jak sobie pomyślę, że mogłem iść na uniwersytet, skończyć studia, zostać docentem — i wszyscy by sobie ze mnie robili jaja — to aż mnie ciarki przechodzą ze zgrozy...".
Gdy ktoś się przedstawiał i mówił, że "jestem docent Taki-A-Taki" - to musiał się liczyć z tym, że na twarzy rozmówcy pojawi się ironiczny uśmieszek.
Pod koniec komuny, w latach 80, słowo "docent" było już tak skompromitowane, że ludzie pomijali je w swoich tytułach. Na drzwiach do gabinetów pisano na tabliczkach po prostu "doktor habilitowany X" (jeżeli gość miał habilitację). Przyznawać się do bycia docentem — to był po prostu obciach.
Dlatego pod koniec komuny stanowisko docenta zniesiono. Od tej pory na uczelni jest się doktorem, doktorem habilitowanym, profesorem uczelnianym (dawniej nadzwyczajnym) oraz profesorem belwederskim (dawniej zwyczajnym).
Ale po upadku komuny poluzowano też wymagania od kandydatów na profesorów. Od tego czasu profesorowie zaczęli się mnożyć jak króliki, tak, że dzisiaj co drugi to już jakiś profesor, najczęściej Bzdurologii i Głupotoznastwa. Nie wiadomo dokładnie ilu nowych profesorów mianowano po 1989, ale możemy ostrożnie zakładać, że jest ich w tysiące. Co oznacza, że w wojskach Obrony Terytorialnej można by wystawić kilka brygad złożonych tylko i wyłącznie z profesorów uniwersyteckich.
Można więc postawić pytanie: Jakie konkretnie korzyści odnosi Polska z posiadania tej armii pasożytów? Czy dokonali oni jakiś wielkich wynalazków? Czy podnieśli poziom życia w Polsce?
Otóż odpowiedź brzmi: Nie, Polska z profesorów nic nie ma. Ludzi wybitni to wśród nich margines. Ogromna większość to miernoty, które nigdy nie powinny być profesorami ani nawet nie powinny ukończyć studiów. Ich wkład w życie intelektualne Polski jest ujemny. Wcześniej czy później reforma polskiego świata akademickiego będzie musiała stanąć wobec wyzwania: Trzy czwarte — won!
To przekonanie, że profesorowie to bezużyteczna kasta zaczyna powoli docierać do opinii publicznej. Przypomina się Nam Rafał Ziemkiewicz na konferencji w Karpaczu, który był kompletnie zdumiony gdy spotkał tam paru mądrych profesorów. Nie do wiary — nie mógł wyjść ze zdumienia — są jeszcze jacyś mądrzy profesorowie. Bo normalnie gdy w TV pokazują takiego jednego z drugim — to od razu widać, że to idiota.
Tylko że ci mądrzy profesorowie to wyjątek od normy. Norma to Radosław Markowski lub Wojciech Sadurski. Lub Janusz Majcherek, socjolog, którego mądrości pozwalamy sobie tutaj przytoczyć:
Rozejście się lewicy z warstwami plebejskimi jest w krótkim terminie nieodwracalne
Gdyby lewica, jak jej radzą i do czego ją wzywają rozmaici doktrynerzy, miała powrócić do obrony interesów i poglądów klas ludowych, powinna się stać klerykalna, homofobiczna, mizoginiczna, ksenofobiczna, antyimigrancka, wspierać palenie węglem i użytkowanie starych diesli.
Macie na piśmie: Socjolog, czyli człowiek mający się zajmować opisywaniem społeczeństwa, nic ze społeczeństwa nie rozumie i zamiast to społeczeństwo opisywać — zajmuje się projekcją swoich wyobrażeń o tym jak wyglądają jego przeciwnicy polityczni.
Czy jest sens utrzymywania tego pasożyta z publicznych pieniędzy?
Twierdzimy, że przekonanie, iż profesorowie to kasta bezużyteczna, ale strasznie droga w utrzymaniu zaczyna powoli się przebijać do powszechnej świadomości. Efektem tego będzie to, iż tytuł "profesor" zacznie — podobnie jak wcześniej: "docent", stanowić wyraz bliskoznaczny do: "nadęty głupek". Tak jak wcześniej były dowcipy o docentach tak teraz zaczną się dowcipy o profesorach — z profesorami Markowskim czy Środową na czele. (Tak szczerze mówiąc to trochę dziwi nas, że jeszcze nie ma dowcipów o Środowej, inna sprawa, że krążą już po internecie antologie jej najgłupszych wypowiedzi).
Kasta profesorska będzie się oburzać, pieprzyć coś o antyintelektualizmie, opowiadać, że jej przeciwników cechuje pogarda dla nauki (jaką "naukę" reprezentuje Radosław Markowski?) - ale to nic nie da. W momencie gdy raz się okaże, że tytuł profesorski to obciach — to nie będzie już siły, by autorytet tytułu uratować. Ludzie zaczną pomijać ten tytuł przy nazwiskach, aby się nie ośmieszać, tak jak wcześniej pomijano "docenta".
Aż w końcu ktoś zaproponuje zmianę tytułu "profesor" i zastąpienie go czymś innym.
Z tym że takie przemianowanie tytułu to jest tylko mieszanie herbaty bez dodawania cukru. Jedynym sposobem na podniesienie prestiżu profesorów jest reforma "Trzy czwarte — won!".
Ale to temat na osobny tekst.
Problem ten ujawnia się już na etapie rekrutacji na studia oraz w początkowej fazie kształcenia akademickiego. Poniższe uwagi formułuję z perspektywy własnych doświadczeń – wydłużonego toku studiów oraz częściowo eksternistycznego trybu ich realizacji, co umożliwiło mi obserwację różnorodnych zjawisk zachodzących w środowisku akademickim.
Po pierwsze, rezygnacja z egzaminów wstępnych na rzecz innych form selekcji kandydatów skutkuje obniżeniem trafności doboru studentów do kierunków studiów. Na uczelnie trafiają osoby przypadkowe, często niedostosowane do wymagań wybranego kierunku, a niekiedy również takie, które nie posiadają podstawowych predyspozycji do podejmowania studiów wyższych.
Po drugie, szczególną kategorię stanowią osoby o wysokim poziomie ambicji, lecz niewystarczających kompetencjach. Choć ich zaangażowanie może być postrzegane jako wartość, problem ujawnia się w momencie ich dalszej kariery akademickiej. W sytuacji, gdy osoby te podejmują studia doktoranckie, a następnie pracę naukowo-dydaktyczną, pojawia się ryzyko reprodukcji braków merytorycznych, przerostu ambicji nad kompetencjami oraz niepożądanych praktyk, takich jak naruszenia zasad rzetelności naukowej.
Po trzecie, obserwuje się zjawisko pozostawania na uczelni osób, które nie odnajdują się w praktycznym wymiarze danego zawodu. Kwestia ta pozostaje przedmiotem dyskusji, ponieważ kompetencje dydaktyczne i praktyczne nie zawsze idą w parze. Niemniej jednak brak równowagi między tymi obszarami może przyczyniać się do obniżenia jakości kształcenia oraz spadku pozycji jednostek akademickich w rankingach.
Po czwarte, odrębnego omówienia wymagają uczelnie niepubliczne. Obok instytucji prowadzących rzetelną działalność dydaktyczną funkcjonują również takie, w których proces kształcenia ulega deprecjacji, a uzyskanie dyplomu bywa w praktyce uzależnione głównie od regularnego uiszczania opłat. Zjawisko to podważa społeczne zaufanie do systemu szkolnictwa wyższego.
Po piąte, istotnym problemem pozostaje poziom nauczania w niektórych obszarach, który – w perspektywie historycznej – uległ znacznemu obniżeniu. Zdarzają się przypadki opierania całego toku kształcenia na materiałach dydaktycznych przeznaczonych pierwotnie dla znacznie niższych poziomów edukacji, takich jak podręczniki dla drugiej klasy gimnazjum z okresu międzywojennego. Tego rodzaju praktyki budzą poważne wątpliwości co do adekwatności stosowanych narzędzi dydaktycznych oraz ich zgodności ze współczesnymi standardami akademickimi. W konsekwencji prowadzi to do obniżenia jakości kształcenia i podważa sens realizacji programu studiów na poziomie wyższym.
W tej materii nie wydaje się istnieć realne rozwiązanie. Pozostaje zatem przyjąć postawę przypisywaną innemu Wielkiemu Wodzowi, Siedzącemu Bykowi i oczekiwać nieuchronnego rozstrzygnięcia zaistniałej sytuacji, niezależnie od tego, do jakich konsekwencji ono doprowadzi.
Howgh!