Nie boję się dyni stojącej na parapecie, wydrążonej dziecięcą ręką i rozświetlonej od środka małym płomieniem, który przez jedną jesienną noc ma udawać tajemnicę, ducha albo baśniowego strażnika ciemności. Nie przerażają mnie dzieci przebrane za czarownice, kościotrupy, zjawy i bohaterów opowieści, których jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie było w polskich domach, ponieważ kultura zawsze wędrowała wraz z człowiekiem, przekraczała granice, zmieniała języki i przybierała nowe stroje. Bardziej niepokoi mnie coś zupełnie innego: możliwość, że przyjdzie kiedyś pokolenie, które będzie doskonale wiedziało, jak zrobić najpiękniejszą halloweenową dekorację, lecz nie będzie już wiedziało, dlaczego pierwszego listopada człowiek zatrzymuje się przy kamieniu z wyrytym nazwiskiem kogoś, kogo nie ma od wielu lat, zapala niewielki płomień i przez chwilę milczy.
Bo przecież w tym milczeniu zawiera się znacznie więcej niż tradycja, obyczaj czy religijny nakaz. Jest w nim coś z odwiecznej rozmowy żywych z tymi, którzy przeszli już na drugą stronę czasu. Człowiek od zawsze próbował pozostawić uchylone drzwi pomiędzy tym, co widzialne, a tym, czego dotknąć już nie można, lecz co mimo wszystko pozostaje obecne w pamięci, w geście dłoni, w brzmieniu nazwiska, w odziedziczonym spojrzeniu, czasem nawet w sposobie, w jaki ktoś śmieje się przy stole, zupełnie nie wiedząc, że podobnie śmiał się jego pradziadek. Dlatego polski listopad nigdy nie był jedynie miesiącem śmierci. Był raczej czasem, w którym śmierć zostawała oswojona przez pamięć, a ciemność nie miała ostatniego słowa, ponieważ naprzeciw niej człowiek stawiał światło.
I może właśnie tutaj zaczyna się moja myśl o Polskim Halloween. Nie o kopiowaniu amerykańskiego obyczaju i nie o budowaniu kolejnej wojny pomiędzy tymi, którzy chcieliby wszystkiego zakazać, a tymi, którzy najchętniej wyrzuciliby przeszłość do muzealnej gabloty. Myślę raczej o próbie pogodzenia dwóch światów, ponieważ dojrzała kultura nie powinna bać się obcego symbolu, jeśli zna znaczenie własnych. Kultura, która drży przed dynią, jest kulturą niepewną siebie, ale równie słaba staje się wtedy, kiedy dla kolorowej dyni zapomina o płomieniu znicza.
Polska zna rozmowę z umarłymi znacznie dłużej niż zna słowo Halloween. Znała ją jeszcze wtedy, gdy przychodzono do przodków z jedzeniem, ogniem i modlitwą, gdy granica pomiędzy światem żywych a światem tych, którzy odeszli, była w ludzkiej wyobraźni czymś niemal namacalnym. Później pojawiło się chrześcijaństwo i przyniosło inną odpowiedź na lęk przed śmiercią, nie likwidując jednak potrzeby pamiętania o tych, których zabrakło. Z czasem dawne obrazy, modlitwy, Zaduszki, święto Wszystkich Świętych i rodzinne pielgrzymowanie na cmentarze zaczęły tworzyć jeden z najbardziej niezwykłych polskich rytuałów pamięci. Wystarczy stanąć wieczorem na cmentarzu pierwszego listopada, spojrzeć na tysiące płomieni rozrzuconych pomiędzy kamiennymi płytami i przez chwilę zapomnieć o nazwach świąt, sporach i definicjach, żeby zobaczyć coś niemal metafizycznego: jakby ziemia otwierała własne niebo, a każdy znicz stawał się maleńką gwiazdą postawioną dokładnie tam, gdzie człowiek nie chce pozwolić drugiemu człowiekowi całkowicie zniknąć.
Dlatego nie sądzę, abyśmy musieli wybierać pomiędzy dziecięcą zabawą a powagą pamięci. Zachodni Halloween mówi w swoim najprostszym wymiarze: pobawmy się strachem, przebierzmy śmierć, nadajmy jej groteskową twarz, sprawmy, żeby na kilka godzin przestała być przerażająca. Polska tradycja odpowiada inaczej: zatrzymajmy się przy śmierci i spróbujmy zrozumieć, że człowiek, którego już nie widzimy, nadal może istnieć w nas. A Zaduszki, jakby stojąc pomiędzy tymi dwoma światami, przypominają, że nie wszystko, czego nie widzimy, przestaje być obecne. Nie widzę powodu, dla którego te trzy doświadczenia miałyby się wzajemnie wykluczać.
Niech więc dzieci trzydziestego pierwszego października przebierają się, chodzą po cukierki, śmieją się z duchów, robią zdjęcia przy świecących dyniach i przez kilka godzin zamieniają jesienny wieczór w teatr wyobraźni. Dzieciństwo ma przecież prawo do zabawy, fantazji, śmiechu i odrobiny bezpiecznego strachu. Ale następnego dnia weźmy te same dzieci za rękę i zaprowadźmy je na cmentarz, nie po to, aby odebrać im radość poprzedniego wieczoru, lecz żeby pokazać im, że świat ma również głębię, której nie da się kupić razem z kostiumem.
Stańmy przy grobie pradziadka i nie mówmy tylko: "tu leży twój pradziadek". Opowiedzmy, jaki był. Powiedzmy, co kochał, czego się bał, z czego się śmiał, czy umiał tańczyć, czy wracał z wojny, czy całe życie pracował w jednym miejscu, czy potrafił naprawić wszystko w domu, czy może właśnie niczego naprawić nie umiał. Powiedzmy dziecku, że ta kobieta ze starego czarno-białego zdjęcia kiedyś biegła po łące, zakochiwała się, złościła, czekała na list, piekła ciasto, płakała po kryjomu i śmiała się przy rodzinnym stole. Wtedy nagrobek przestaje być kamieniem, data przestaje być cyfrą, a nazwisko zaczyna oddychać. Człowiek odzyskuje twarz.
Może więc najważniejsze pytanie wcale nie brzmi: Halloween czy Wszystkich Świętych? Może problem zaczyna się właśnie wtedy, gdy próbujemy zmusić młodego człowieka do takiego wyboru, jakby nowoczesność musiała zawsze oznaczać odejście od tradycji, a tradycja była skazana na wieczny konflikt z teraźniejszością. Tymczasem prawdziwa wolność człowieka nie polega na tym, że nie ma on żadnych korzeni, lecz na tym, że zna swoje korzenie tak dobrze, iż nie musi się ich wstydzić ani nimi bronić przed całym światem.
Chciałbym właśnie tak rozumianej wolności dla dzieci i młodych ludzi. Nie wolności pustej, której jedynym prawem jest możliwość zrobienia wszystkiego, lecz wolności świadomej, która potrafi odpowiedzieć sobie na pytanie: skąd jestem, czyją historię niosę, czyje życie poprzedziło moje życie i komu zawdzięczam miejsce, z którego dziś patrzę na świat. Człowiek zakorzeniony może podróżować daleko, poznawać inne kultury, zachwycać się nimi, zapożyczać ich zwyczaje i nadal pozostawać sobą. Człowiek bez korzeni również może iść bardzo szybko, lecz czasem dopiero po latach odkrywa, że nie wie już, dokąd właściwie zmierza.
Dlatego mądra wolność wydaje mi się jednym z najważniejszych darów, jakie możemy pozostawić następnym pokoleniom. Nie zatrzymywać ich w świecie naszych dziecięcych wspomnień, bo ten świat już nie wróci i nie powinien wracać. Nie budować wokół nich muru ze strachu przed wszystkim, co nowe. Ale również nie pozwolić, żeby nowoczesność stała się elegancką nazwą dla zbiorowej amnezji. Niech poznają świat, lecz niech wiedzą, z jakiego domu wyszli. Niech mają własne wybory, lecz niech rozumieją, że ich wolność nie pojawiła się znikąd, ponieważ wcześniej żyły pokolenia ludzi, które pracowały, cierpiały, kochały, walczyły, modliły się, popełniały błędy i pozostawiały po sobie świat trochę lepszy albo trochę gorszy, ale zawsze jakiś, z którego my wszyscy wyrastamy.
Widzę więc Polski Halloween jako dwa światła stojące obok siebie. Jedno zamknięte we wnętrzu dyni, trochę żartobliwe, trochę teatralne, dziecięce i chwilowe. Drugie płonące na grobie, spokojne, poważne i skierowane w stronę pamięci. Nie trzeba jednego gasić, żeby mogło świecić drugie. Przeciwnie, dopiero razem mówią coś ważnego o człowieku. Jedno przypomina, że jesteśmy żywi i mamy prawo się bawić. Drugie przypomina, że nasze życie jest tylko fragmentem znacznie dłuższej opowieści.
Nie chciałbym więc Polski, która straszy dzieci Halloweenem, jakby dynia była bramą prowadzącą ku utracie całej naszej tożsamości. Nie chciałbym również Polski, która z pobłażliwym uśmiechem patrzy na własne cmentarze, modlitwy, Zaduszki i rodzinne rytuały, uznając je za relikty świata, który rzekomo musi odejść, abyśmy mogli stać się nowocześni. Chciałbym Polski wystarczająco dojrzałej, aby powiedzieć młodemu człowiekowi: baw się, poznawaj, próbuj, podróżuj, śmiej się, przebieraj się, zaglądaj do innych kultur, ale kiedy przyjdzie listopadowy wieczór, zatrzymaj się czasem przy płomieniu postawionym dla człowieka, dzięki któremu w jakiejś części jesteś dzisiaj sobą.
Bo może najgłębszą tajemnicą Wszystkich Świętych i Zaduszek nie jest wcale śmierć. Może jest nią ciągłość. To niewidzialne przekazywanie życia z rąk do rąk, z pokolenia do pokolenia, przez ludzi, którzy nigdy się ze sobą nie spotkali, a mimo to należą do jednej opowieści. Dziecko stojące dzisiaj przed grobem pradziadka być może za osiemdziesiąt lat samo stanie się fotografią, nazwiskiem i wspomnieniem przechowywanym przez kogoś, kto jeszcze się nawet nie urodził. W tym jest coś większego niż obyczaj, religijna ceremonia czy kulturowa moda. Jest w tym pokora wobec czasu.
I dlatego niech dzieci mają swoje dynie, kostiumy i cukierki. Niech znają bohaterów współczesnego świata i duchy z dziecięcych opowieści. Ale pokażmy im również stare fotografie i opowiedzmy o prawdziwych ludziach, którzy kiedyś byli młodzi dokładnie tak jak one. Niech przez jeden wieczór śmieją się ze śmierci, skoro śmiech pozwala człowiekowi oswoić strach. Następnego dnia pokażmy im jednak, dlaczego życie jest warte pamiętania.
Wtedy Polski Halloween przestaje być próbą pogodzenia dwóch świąt. Staje się czymś znacznie większym: lekcją człowieka, który potrafi patrzeć jednocześnie do przodu i za siebie, nie tracąc równowagi. Człowieka nowoczesnego, ale nie wykorzenionego. Wolnego, lecz nie pozbawionego odpowiedzialności. Otwartego na świat, ale świadomego miejsca, z którego do tego świata wyszedł.
Bo przyszłość nie musi zaczynać się od zapomnienia przeszłości. Być może najpiękniejsza przyszłość zaczyna się właśnie wtedy, kiedy człowiek potrafi zabrać swoją pamięć ze sobą. A kiedy wieczorem zgaśnie już światło w wydrążonej dyni, gdzieś na cmentarzu nadal będzie płonął niewielki znicz. I może właśnie tam, pomiędzy tymi dwoma płomieniami, znajduje się przestrzeń dla współczesnego człowieka. Nie przestraszonego światem. Nie uwięzionego w przeszłości. Wolnego. Pamiętającego. I dlatego naprawdę żywego.
Artur Arvel
"Jest w nim coś z odwiecznej rozmowy żywych z tymi, którzy przeszli już na drugą stronę czasu."
Serio potrafisz rozmawiać z duchami? Z jakim duchem rozmawiałeś ostatnio?
PS. Polski Halloween to antonim
Nie, nie rozmawiam z duchami i nie taki sens ma zacytowane zdanie. „Odwieczna rozmowa żywych z tymi, którzy przeszli na drugą stronę czasu” jest metaforą pamięci: rozmową przez wspomnienia, fotografie, opowieści rodzinne, modlitwę, odwiedzanie grobów i wszystko to, dzięki czemu człowiek, który odszedł, nadal pozostaje obecny w świadomości żyjących. Literatura od wieków posługuje się takim językiem i nie oznacza to deklaracji kontaktów spirytystycznych.Co do PS: określenie „Polski Halloween” jest zabiegiem całkowicie świadomym. Właśnie pewne napięcie między tymi dwoma słowami stanowi punkt wyjścia eseju. Nie próbuję dowodzić, że Halloween jest polską tradycją. Przeciwnie, zestawiam współczesny zwyczaj przychodzący z Zachodu z polskim doświadczeniem Wszystkich Świętych, Zaduszek i pamięci o przodkach.Jeżeli więc ktoś widzi w tym zestawieniu sprzeczność, to dobrze ją zauważa, bo właśnie z tej sprzeczności rodzi się pytanie postawione w tekście: czy naprawdę musimy wybierać pomiędzy nowoczesnością a tradycją?Moja odpowiedź brzmi: nie. Można pozwolić dzieciom bawić się współczesnością, a jednocześnie nauczyć je szacunku do pamięci, historii rodzinnej i własnych korzeni.Dlatego „Polski Halloween” nie jest pomyłką w tytule. Jest prowokacją do rozmowy.
Nie podoba mi się tytuł! Zniechęca do czytania Nie ma czegoś takiego jak polski hallołin! Jest Święto Zmarłych - Wszystkich Świętych. Jest Dzień Zaduszny! Jest polskie katolickie święto, jest staropolskie, słowiańskie święto!
Szlag mnie trafia, jak na siłę ktoś mi wciska jakiś hallołin, który nic dla mnie znaczy, nie nic wspólnego z polską tradycją, wiarą, historią, kulturą! Jedyne co mi się nasuwa - to won z tym hallołin.
Mamy jak jakieś tresowane małpy latać z kościotrupami na patyku i zbierać cukierki? Mamy się przebierać w jakieś wieźmy i inne diabły, żeby wzorem anglosaskich zboków pamiętać o zmarłych?! To oni - głównie anglosasi i germanie - powinni nauczyć się od Polaków i innych słowiańskich narodów jak szanować, świętować i czcić pamięć o swoich przodkach!
Pani Alino, rozumiem Pani reakcję, bo właśnie na takim napięciu zbudowany został tytuł eseju. „Polski Halloween” nie jest nazwą nowego święta ani próbą zastąpienia Wszystkich Świętych, Zaduszek czy naszej tradycji pamięci o zmarłych. Jest świadomym literackim zderzeniem dwóch światów.
Dlatego pozwolę sobie na jedną uwagę: esej warto czytać w całości, a nie tylko przez pryzmat tytułu. Tytuł ma otworzyć drzwi do rozmowy, czasem nawet sprowokować. Dopiero tekst pokazuje, dokąd autor chce czytelnika zaprowadzić.
A prowadzi właśnie do pamięci, do grobów naszych przodków, do polskiego listopada, do znicza, modlitwy, rodzinnej opowieści i przekonania, że nowoczesność nie może oznaczać amnezji. Piszę tam przecież wyraźnie, że niepokoi mnie nie dynia, lecz możliwość wychowania pokolenia, które będzie znało wszystkie dekoracje Halloween, a nie będzie wiedziało, dlaczego zapala się światło na grobie pradziadka.
Nie chcę jednak odpowiadać na obcą kulturę pogardą ani dzielić narodów na lepsze i gorsze. Można bardzo mocno bronić własnej tradycji bez obrażania cudzej. Siła kultury nie polega na tym, że boi się wszystkiego, co przyszło z zewnątrz, lecz na tym, że potrafi przyjąć to, co nieszkodliwe, i nie zgubić przy tym własnych korzeni.
Mój tekst nie jest więc pochwałą bezmyślnego kopiowania Halloween. Przeciwnie, jest próbą powiedzenia młodym: bawcie się, jeśli chcecie, ale pamiętajcie, kim jesteście, skąd przyszliście i czyje światło niesiecie dalej.
I może właśnie dlatego ten tytuł miał być trochę niewygodny.
Bo literatura nie zawsze powinna uspokajać. Czasem powinna zatrzymać człowieka na chwilę i zmusić go, by przeczytał dalej.
Artur Arvel
Dziękuję za radę "esej warto czytać w całości", ale musi Pan wziąć poprawkę na fakt, że jestem już w takim wieku, że szkoda mi czasu (życia) na czytanie mało istotnych esejów, nawet jeśli są pisane z talentem, bo po prostu nie poszerzają mojej wiedzy...
Powinniśmy robić wszystko, żeby w Polsce nikt 1.11. nie obchodził hallołin, bo po prostu wychodzi na durnia, co dobrze byłoby uświadomić wszystkim młodym.
Pani Alino, tym bardziej dziękuję za komentarz, skoro, jak Pani pisze, coraz uważniej wybiera Pani to, czemu warto poświęcić swój czas. Czas jest chyba najdroższą walutą, jaką dostajemy, dlatego doceniam, że część z niego oddała Pani właśnie tej rozmowie.
I pozwolę sobie powiedzieć, że w jednym ważnym miejscu wcale się tak bardzo nie różnimy. Pierwszy listopada nie potrzebuje Halloween. Ma swoją powagę, światło zniczy, modlitwę, pamięć, Wszystkich Świętych i tę szczególną polską ciszę cmentarzy, której nie zamieniłbym na żaden importowany obyczaj.
Broniłbym jednak młodych przed jednym: przed przekonaniem, że aby nauczyć ich szacunku do tradycji, trzeba najpierw odebrać im prawo do młodości, zabawy i ciekawości świata.
Nie chciałbym mówić młodemu człowiekowi, że jest „durniem”, ponieważ 31 października założył kostium, wydrążył dynię albo poszedł z kolegami po cukierki. Wolałbym następnego dnia wziąć go za rękę, zaprowadzić na grób jego pradziadka i opowiedzieć mu, kim ten człowiek był. Jeżeli po latach będzie pamiętał i jedno, i drugie, ale będzie wiedział, które z tych doświadczeń jest zabawą, a które częścią jego tożsamości, wtedy jako starsze pokolenie wykonaliśmy swoje zadanie dobrze.
Bo polskości, wiary i tradycji nie chciałbym bronić strachem przed światem. Chciałbym je czynić tak pięknymi i prawdziwymi, aby młodzi sami chcieli do nich wracać.
O to zresztą staram się walczyć w swojej twórczości niemal od początku: o pamięć, polskość, wiarę, dobro i człowieka. Nie zawsze robię to podniosłym tonem. Czasem przez wiersz, czasem piosenkę, czasem esej, a czasem przez pytanie, które ma trochę uwierać.
Jeżeli zechce Pani kiedyś sprawdzić, czy mówię to tylko na potrzeby tej dyskusji, zapraszam choćby do mojego utworu „Inwokacja do Anioła Stróża” na YouTube Tutaj. Myślę, że tam znacznie lepiej niż w komentarzu można usłyszeć, gdzie w mojej twórczości znajduje się wiara.
I jeszcze raz dziękuję za rozmowę. Nie musimy się ze sobą we wszystkim zgadzać. Byłoby nawet trochę nudno.
Ważniejsze, żebyśmy potrafili różnić się bez odbierania sobie nawzajem szacunku.
Artur Arvel
W mojej rodzinie od pokoleń pielęgnujemy tradycję obchodzenia Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego. Nie ograniczamy się jedynie do 1 i 2 listopada – również w ciągu roku odwiedzamy groby naszych bliskich i dbamy o nie. To dla nas nie tylko zwyczaj, ale przede wszystkim wyraz pamięci, miłości i szacunku dla tych, którzy odeszli.
Niestety, mam wrażenie, że w wielu miejscach Europy odchodzi się od tej tradycji. Zdarza się, że groby przybierają bardzo skromną formę, a pamięć o zmarłych nie jest pielęgnowana w taki sposób jak dawniej. W Polsce wciąż możemy obserwować coś wyjątkowego – 1 listopada cmentarze zapełniają się ludźmi, którzy przychodzą zapalić znicze, złożyć kwiaty i wspomnieć swoich bliskich.
Zastanawiam się jednak, czy młodsze pokolenia będą chciały tę tradycję kontynuować. Jeśli dzieci nie będą uczone szacunku do przeszłości, historii i rodzinnych zwyczajów, wiele z tych wartości może bezpowrotnie zaniknąć.
Zgadzam się z autorem tekstu, że nie powinniśmy bezrefleksyjnie odchodzić od naszych tradycji. W świecie, który coraz bardziej zmierza w stronę robotyzacji i cyfryzacji, potrzebujemy czegoś, co przypomina nam o naszym człowieczeństwie. Pamięć o przodkach, szacunek dla historii i pielęgnowanie tradycji pomagają nam zachować tożsamość i więzi międzyludzkie. Bo jeśli zapomnimy o tym, skąd pochodzimy i jakie wartości nas ukształtowały, możemy stać się społeczeństwem, które potrafi coraz więcej, ale coraz mniej czuje. A przecież tego nie chcemy.
Najbliższa jest mi myśl o pamięci pielęgnowanej przez cały rok. Pierwszego listopada zapalamy znicz, ale przecież opowieść o bliskim człowieku możemy przywołać w każdy zwyczajny wieczór.
Myślę też, że skromny grób nie musi oznaczać skromnej pamięci. Ważne, czy za nazwiskiem nadal widzimy twarz i potrafimy opowiedzieć o niej dzieciom. Trudno pokochać tradycję, jeśli poznaje się ją wyłącznie jako obowiązek.
Czy w Państwa rodzinie jest jakaś opowieść o przodkach, której młodzi słuchają szczególnie chętnie? Może właśnie od takich opowieści zaczyna się ciągłość.
Artur Arvel