Przejdź do treści
Strona główna

menu-top1

  • Blogerzy
  • Komentujący
  • Komentarze
User account menu
  • Moje wpisy
  • Zaloguj

Kto jest najważniejszy w państwie?

mjk1 14.09.2026

 Ostatnia dyskusja pod moimi wpisami, sprowokowana między innymi pytaniami o gospodarkę, pieniądz, Niemcy lat trzydziestych, Unię Europejską i nasze obecne problemy, doprowadziła mnie do wniosku, który jest chyba ważniejszy od całej tej dyskusji. Najważniejszym człowiekiem w demokratycznym państwie jest wyborca. Nie premier. Nie prezydent. Nie minister. Nie prezes partii. Nie dziennikarz, który codziennie w telewizji objaśnia nam, kogo należy kochać, a kogo nienawidzić. Wyborca.

 To on raz na kilka lat dostaje do ręki kartkę, stawia krzyżyk i powierza komuś państwo. I tu zaczyna się kłopot, bo skoro wyborca jest właścicielem, to powinien przynajmniej wiedzieć, czego chce od swojego państwa.  A mam coraz większe wątpliwości, czy wiemy.

Najpierw trzeba wiedzieć, jakiego kraju chcemy.

 Zanim zaczniemy zastanawiać się, na kogo głosować, powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie znacznie bardziej podstawowe: Jakiego kraju właściwie chcemy? Nie: którego polityka lubimy. Nie: którego polityka nie znosimy. Nie: co powiedział wczoraj w telewizji. Nie: co o nim napisał portal, który czytamy. Tylko: jak ma wyglądać Polska za dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści lat? Przecież normalny człowiek chce żyć w kraju, w którym jest praca, rosnąca gospodarka, dobre zarobki, bezpieczeństwo, sprawne państwo, możliwość kupienia lub wybudowania mieszkania, dobre drogi i kolej, dostępna energia, rozwijające się przedsiębiorstwa i perspektywa dla dzieci oraz wnuków. To wcale nie jest skomplikowana definicja dobrego państwa. Można do niej dorzucić jeszcze kilka rzeczy: uczciwe sądy, sprawną administrację, rozsądną politykę zagraniczną, silną armię, dobrą edukację. Fundament jednak pozostaje ten sam: państwo musi dawać swoim obywatelom możliwość normalnego i coraz lepszego życia. Jeżeli gospodarka rośnie, przedsiębiorstwa inwestują, powstają nowe miejsca pracy, rosną wynagrodzenia, a człowiek może realizować swoje plany, to z czasem pojawia się coś więcej niż tylko dobrobyt. Pojawia się przywiązanie do własnego kraju. Kraj, w którym człowiek może pracować, zarabiać, wychować dzieci, kupić mieszkanie, założyć firmę i spokojnie patrzeć w przyszłość, zaczyna być naprawdę jego krajem. Takie państwo przyciąga również wartościowych ludzi. Natomiast państwo, które przez lata nie daje pracy, perspektyw i nadziei, zaczyna tracić własnych obywateli. Najpierw wyjeżdżają młodzi, potem przedsiębiorcy szukają lepszych warunków, a na końcu wszyscy zaczynają się zastanawiać, dlaczego państwo coraz gorzej działa. To nie jest żadna wielka teoria ekonomiczna. To zwykła obserwacja rzeczywistości. 

My jednak często zaczynamy od końca.

 Zamiast najpierw powiedzieć: „Chcę Polski bogatej, silnej, bezpiecznej i rozwijającej się”, wybieramy polityka dlatego, że: ładnie mówi, ładnie wygląda, ładnie się uśmiecha, ma dobre wystąpienia, ma popularny kanał w Internecie, jest atakowany przez „tamtych”, albo przeciwnie - atakuje „tamtych” tak skutecznie, że aż robi się człowiekowi przyjemnie. I mamy potem demokrację w wersji konsumenckiej. Polityk jest sprzedawcą, wyborca klientem, a program polityczny staje się reklamą proszku do prania. „Głosuj na mnie, a będzie lepiej". Dlaczego? Bo tak mówię. Za ile? To się później zobaczy. Z czego? Z pieniędzy. A skąd pieniądze? Państwo ma. I tu właściwie kończy się ekonomia, a zaczyna magia. Polityk obieca wszystko, czego oczekuje klient Polityk może obiecać niższe podatki. Może obiecać wyższe emerytury, wyższe pensje, tańsze mieszkania, tańszą energię, więcej pieniędzy dla rodzin, więcej pieniędzy dla lekarzy, więcej pieniędzy dla wojska, więcej pieniędzy dla przedsiębiorców. Może nawet obiecać, że państwo będzie jednocześnie wydawało więcej i pobierało mniej a ponieważ papier zniesie wszystko, a mikrofon nie zaprotestuje, lista może być właściwie nieskończona. Tylko wtedy wyborca powinien zadać jedno bardzo nieprzyjemne pytanie: Dobrze. Ale skąd weźmiesz na to pieniądze? A następnie drugie: Co dzięki temu powstanie? Bo pieniądze można rozdać, można je przejeść, można nimi zasypać bieżącą dziurę, ale można też je wykorzystać do zbudowania czegoś, co będzie produkowało przez następne dziesięciolecia. To nie jest ta sama polityka gospodarcza. Można zwiększyć konsumpcję na rok. Można też zwiększyć zdolność gospodarki do produkowania przez następne dwadzieścia lat. Można pożyczyć miliardy po to, żeby zapłacić bieżące rachunki. Można też znaleźć finansowanie inwestycji, dzięki którym za kilka lat powstaną nowe przedsiębiorstwa, nowe miejsca pracy i nowe dochody. Dla telewizyjnego studia różnica może być niewidoczna. Dla następnego pokolenia może być gigantyczna.

A wyborca często nie chce pytać.

 I tu dochodzimy do drugiej strony problemu. Bardzo łatwo powiedzieć: „Politycy kłamią”. Owszem, ale dlaczego mogą kłamać? Bo im się to opłaca. Jeżeli wyborca nagradza polityka za obietnicę, to polityk będzie obiecywał. Jeżeli wyborca nie pyta o koszt, polityk nie będzie go podawał. Jeżeli wyborca nie pyta o źródło finansowania, polityk nie będzie się nim przejmował. Jeżeli wyborca chce przede wszystkim usłyszeć coś miłego, polityk będzie mówił rzeczy miłe. To jest brutalne, ale demokracja działa również według zasady: jaki popyt, taka podaż. A więc nie tylko politycy powinni się wstydzić. Wyborcy również mają swoją część odpowiedzialności. Nie można przez całe życie kupować cukierków, a potem mieć pretensje do sklepikarza, że nie sprzedaje warzyw. 

Wyborca nie powinien być kibicem.

 Jest jeszcze jeden problem. Polacy traktują politykę jak futbol. „Nasi” mają rację. „Tamci” są zdrajcami. Jeżeli nasz polityk zrobi coś głupiego, szukamy usprawiedliwienia. Jeżeli zrobi to polityk przeciwnika, mamy dowód na upadek demokracji. To jest bardzo wygodny sposób korzystania z demokracji, tylko że prowadzi donikąd. Polityk nie jest naszym klubem piłkarskim. Nie musimy go bronić dlatego, że jest nasz. Wręcz przeciwnie. Powinniśmy go rozliczać właśnie dlatego, że jest nasz. Jeżeli obiecał - pytamy, jak zamierza to zrobić. Jeżeli chce wydać pieniądze - pytamy, skąd je weźmie. Jeżeli chce pożyczyć - pytamy, ile zapłacimy. Jeżeli chce podnieść podatki - pytamy, jaki będzie skutek. Jeżeli chce stworzyć pieniądz lub kredyt - pytamy, co dzięki temu powstanie. Jeżeli chce ograniczyć rolę państwa - pytamy, kto w takim razie zbuduje i sfinansuje rzeczy, których prywatny rynek sam nie zbuduje. Dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa rozmowa.

Braun jest dobrym przykładem, ale nie jedynym.

 Nie chcę robić tutaj kolejnego rankingu partii, bo problem jest znacznie szerszy. Jednak przypadek Brauna jest ciekawym przykładem pewnego zjawiska. Można mieć bardzo wyraziste poglądy, bardzo zdecydowanego lidera, bardzo emocjonalne wystąpienia, ogromną liczbę przeciwników i równie ogromną liczbę obrońców, a jednocześnie nie przedstawiać wyborcy spójnego i szczegółowego programu rozwoju państwa. I mimo tego można mieć bardzo lojalny elektorat. To powinno być dla nas ostrzeżeniem. Nie dlatego, że chodzi akurat o Brauna. Dlatego, że może chodzić o każdego polityka. Także o tego, którego sami popieramy. Bo najgorszy wyborca to nie ten, który głosuje na „złą” partię. Najgorszy jest ten, który nie potrafi powiedzieć, dlaczego na nią głosuje, poza tym, że tamci są jeszcze gorsi. To już nie jest wybór. To jest reakcja plemienna. Programu nie ma, ale za to dobrze mówi.

Podobnie wygląda sprawa z programami.

 Kiedy pytam, kto ma rzeczywisty program rozwoju Polski, a nie tylko program wydawania pieniędzy, bardzo często zamiast odpowiedzi pojawiają się epitety. To również jest charakterystyczne. Jeżeli ktoś nie potrafi odpowiedzieć na argument, najłatwiej nazwać przeciwnika głupcem, wariatem, zdrajcą, lewakiem, prawakiem, pisowcem, tuskowcem, konfederatą albo wyznawcą jakiejś ideologii. Wtedy nie trzeba już odpowiadać na pytanie. Etykieta zastępuje argument. I znowu odpowiedzialność ponosi nie tylko polityk. Jeżeli wyborca daje się tak łatwo sprowokować, polityk będzie prowokował. Jeżeli wyborca nagradza agresję, dostanie jeszcze więcej agresji. Jeżeli wyborca chce przede wszystkim widowiska, dostanie widowisko. A gospodarka? Cóż. Gospodarka jest mało telewizyjna. Fabryka nie krzyczy. Sieć energetyczna nie robi konferencji prasowej. Nowa linia kolejowa nie prowadzi transmisji na żywo. Maszyna w fabryce nie ma konta na TikToku. Dlatego politykowi znacznie łatwiej jest pokazać wyborcy efektowną konferencję niż dwudziestoletni plan rozwoju przemysłu.

Nie wystarczy wiedzieć, czego nie chcemy.

 Wydaje mi się, że to jest jeden z największych problemów polskiej polityki. Większość wyborców bardzo dobrze wie, czego nie chce. Nie chce Tuska. Nie chce Kaczyńskiego. Nie chce PiS. Nie chce KO. Nie chce Lewicy. Nie chce Konfederacji. Nie chce Brauna. Nie chce Niemiec. Nie chce Unii. Nie chce Rosji. Nie chce „lewactwa”. Nie chce „pisizmu”. I tak dalej. Tylko że państwa nie buduje się z samego nie chcę. Trzeba jeszcze odpowiedzieć: Co chcę w zamian? Jak ma wyglądać gospodarka? Jak ma być finansowana? Jak ma wyglądać energetyka? Co produkujemy? Co eksportujemy? Jak wykorzystujemy nasze położenie? Jak rozwijamy przemysł? Jak budujemy mieszkania? Jak finansujemy inwestycje? Jak ograniczamy zależność od zagranicznego kapitału? Jak zwiększamy produktywność? Jak zatrzymujemy młodych ludzi w Polsce? Jak sprawiamy, żeby do Polski przyjeżdżali ludzie wartościowi, a nie tylko dlatego, że gdzie indziej jest gorzej? To są pytania o Polskę, a nie o kolejną partyjną awanturę.

Dlatego czasami piszę o rzeczach pozornie odległych.

 Ktoś może zapytać: po co nam historia niemieckiej gospodarki lat trzydziestych? Po co MEFO? Po co pieniądz? Po co kredyt? Po co rozważania o różnych szkołach ekonomicznych? Po co analizować mechanizmy, których większość ludzi nie zna? Właśnie po to, żeby spróbować zrozumieć mechanizm, a nie zachwycać się albo potępiać samo opakowanie. Nie interesuje mnie Hitler jako wzór. Nie interesuje mnie Keynes jako wyznanie wiary. Nie interesuje mnie również austriacka szkoła ekonomii jako religia. Interesuje mnie pytanie: Co powoduje, że gospodarka rośnie albo upada? Skąd bierze się finansowanie? Dokąd płynie pieniądz? Co jest za niego budowane? Czy rośnie dzięki temu zdolność produkcyjna? Czy powstają miejsca pracy? Czy powstają nowe przedsiębiorstwa? Czy rośnie produktywność? Czy państwo inwestuje, czy tylko konsumuje? Czy dług tworzy przyszły majątek, czy tylko finansuje bieżące potrzeby? To są pytania, które powinien zadawać sobie wyborca, bo wyborca jest właścicielem państwa. Można oczywiście powiedzieć: „Ja się na ekonomii nie znam”. I to jest uczciwe. Nikt nie wymaga od wyborcy, żeby był ekonomistą, prawnikiem, strategiem wojskowym i energetykiem jednocześnie. Właściciel firmy też nie musi być specjalistą od wszystkiego, żeby wiedzieć, że jego menedżer powinien przedstawić mu plan. Powinien wiedzieć: co firma chce osiągnąć, ile to będzie kosztowało, skąd weźmie pieniądze, kto to wykona, kiedy będą efekty i co się stanie, jeśli plan się nie powiedzie. Dlaczego z państwem miałoby być inaczej? Przecież państwo jest największym przedsiębiorstwem, jakie mamy. Tylko że jego właściciele - obywatele - bardzo często pozwalają zarządcom mówić: „Proszę się nie interesować szczegółami, my wiemy lepiej”. A później dziwią się, że rachunek jest większy niż obiecywano.

Edukacja jest ważniejsza niż kolejna kampania.

 I dlatego uważam, że potrzebujemy czegoś, czego w polskiej polityce jest zdecydowanie za mało: edukacji ekonomicznej i obywatelskiej. Nie po to, żeby wszyscy Polacy zostali ekonomistami. Wystarczy, żeby potrafili zadać politykowi kilka podstawowych pytań i nie dali się zbyć sloganem. Świadomy wyborca jest dla złego polityka znacznie groźniejszy niż najbardziej agresywny przeciwnik. Agresywnego przeciwnika można zwyzywać. Świadomego wyborcę trzeba przekonać a to już jest znacznie trudniejsze. Dlatego moje wpisy są czasami długie i mogą być dla części Czytelników zwyczajnie męczące. Trudno. Proszę się przyzwyczaić. Jeżeli chcemy wybierać ludzi odpowiedzialnych za państwo, musimy czasami poświęcić pół godziny na przeczytanie czegoś więcej niż mem, bo nie da się zbudować świadomego wyborcy przy pomocy piętnastosekundowego filmiku.

Obawiam się następnych wyborów.

 I właśnie dlatego mam pewną obawę. Przed następnymi wyborami znów zobaczymy ten sam spektakl. Politycy będą obiecywali. Media będą tłumaczyły, kto jest dobry, a kto zły. Internet zaleją memy. Jedni będą straszyli drugimi. Drudzy będą straszyli pierwszymi. Kandydaci będą pięknie mówić o Polsce. Będą mówić o narodzie o przyszłości, bezpieczeństwie, dobrobycie, sprawiedliwości a wyborca będzie musiał zdecydować, komu powierzyć państwo. I znów może pojawić się pokusa, żeby wybrać tego, kto najładniej obiecuje. Obawiam się, że znowu część z nas wybierze nie tego, kto ma najlepszy plan, lecz tego, kto najlepiej sprzeda swoją historię a później przez cztery lata będziemy zastanawiać się, dlaczego znowu jest inaczej, niż miało być. Tylko że wtedy pretensje należy mieć nie tylko do polityków. Polityk zrobił swoje. Wyborca też.

Najważniejszy jest nie polityk, lecz człowiek przy urnie.

 Cała ta dyskusja o Niemczech, pieniądzu, gospodarce, długu, Unii, partiach i politykach prowadzi mnie ostatecznie do jednego wniosku. Państwa nie naprawi sam polityk. Może je naprawić dopiero wtedy, kiedy będzie miał za sobą świadomych obywateli, którzy wiedzą, czego chcą i potrafią rozliczyć go z tego, co obiecał. Można mieć najlepszą konstytucję. Można mieć wybory. Można mieć wolność słowa. Można mieć wiele partii. Można mieć piękne programy. Jeżeli jednak wyborca głosuje wyłącznie na podstawie emocji, wyglądu, reklamy, medialnego wizerunku albo nienawiści do przeciwnika, to cały ten piękny mechanizm może produkować bardzo kiepskie rezultaty. Demokracja nie psuje się wyłącznie wtedy, kiedy politycy są źli. Psuje się również wtedy, kiedy wyborcy przestają pytać. Polityk, który wie, że wyborca nie zapyta o pieniądze, program, wykonanie i skutki swoich decyzji, bardzo szybko nauczy się obiecywać wszystko. 

 I dlatego edukacja wyborcy nie jest dodatkiem do demokracji. Jest jej warunkiem, bo ostatecznie to nie polityk jest właścicielem państwa. Właścicielem państwa jest obywatel. A jeżeli właściciel nie wie, czego chce, nie rozumie rachunków i nie potrafi rozliczyć zarządcy, to prędzej czy później zarządca zaczyna uważać, że przedsiębiorstwo należy do niego. I wtedy demokracja nadal może wyglądać bardzo demokratycznie, tylko że coraz mniej demokratycznie działa. Najgorsze jest jednak to, że następnego dnia właściciel znowu może zagłosować na tego samego zarządcę, bo tym razem obiecał mu jeszcze ładniej.

  • Zaloguj lub zarejestruj się aby dodawać komentarze
  • Odsłony: 170
NASZ_HENRY

NASZ_HENRY

14.09.2026 17:25

Najważniejszy jest ten co liczy głosy - Stalin tak mawiał ;-)

Mem ilustracyjny już do Ciebie leci 😉😡⚫️

........................................................
monitorpostepu.pl

Ijontichy

Ijontichy

15.09.2026 08:05

W odpowiedzi do: NASZ_HENRY

 W sam raz adekwatna odpowiedź dla tego trolla...

Romuald

Romuald

14.09.2026 23:01

Porusza Pan żywotne kwestie - i to nie jest zarzut - z perspektywy co najmniej dyrektora dużego przedsiębiorstwa lub akademika, a dotarcie z tymi informacjami do ogółu społeczeństwa - wyborców, jest trudne lub wręcz niemożliwe, co z resztą wynika z treści samego wpisu. Poza medialnymi zabiegami mającymi na celu spowodowanie sympatii lub antypatii, są jeszcze różni lobbyści, niekoniecznie popierający swoje potrzeby finansowymi gratyfikacjami. Do tego dochodzą rozbieżne potrzeby różnych grup społecznych, które zmieniają optykę na kogo i po co się głosuje.

Podam taki przykład, za którymi Pan nie przepada bo faktycznie rozmywają dyskusję, choć z drugiej strony przedstawiają problem, niech będzie tu: ekonomiczny - płaca minimalna - na barkach pracowników wykonujących obowiązki pomocnicze (nie wykwalifikowanych) stoi praktycznie w jakimś stopniu każda branża, podstawowe koszty utrzymania (M2 w bloku, trzy posiłki) teoretycznie są takie same dla pomocnika ślusarza i dyrektora, każdy za swoją pracę powinien móc żyć godnie, i dla pracowników etatowych pensja minimalna ma sens, duże firmy poradzą sobie z tym bez problemu natomiast mały zakład (do 5 pracowników) już nie koniecznie. Znam od wewnątrz taki zakład i gdyby istniał dziś, przy obecnej gospodarce utrzymanie nawet trzech wykwalifikowanych "zgrzewaczy" z pensją 7000 netto nie było by możliwe. Niestety podnoszenie pensji minimalnej ma też swoje negatywne skutki dla przedsiębiorców, którzy nie zawsze dadzą radę zapewnić oczekiwane pensje za wykonaną pracę. 

Poza elektoratem, który nie patrzy na gospodarkę z horyzontem na dwadzieścia lat do przodu, są wspomniane różne grupy z rozbieżnymi interesami. A partie polityczne potrzebują wyborców by móc rządzić, i owszem niektóre realizują swoje obietnice, choć nie da się dogodzić wszystkim. Do tego ważna jest, może źle się kojarząca ale nie znajduję innego właściwego słowa "świadomość klasowa" wiedza kim jestem i co chce osiągnąć oraz to co kto zechce nie tyle dla mnie zrobić co raczej co mi umożliwi albo w czym nie będzie przeszkadzał. Żeby nie było sam bywam robotnikiem niewykwalifikowanym i niejeden pracownik na linii montażowej ma lepiej poukładany rozum niż wykształcony pracownik korporacji.

A cały poruszony temat bardziej pasował by na dwu semestralne seminarium niż program dla szkół, choć to bardzo ważny i radykalnie wpływający na życie problem.

mjk1

mjk1

15.09.2026 15:53

W odpowiedzi do: Romuald

Dziękuję za ten komentarz Panie Romualdzie. Wreszcie ktoś nie próbuje rozstrzygnąć całego problemu jednym hasłem, tylko rzeczywiście próbuje wejść w jego istotę. I chyba właśnie dlatego pański komentarz jest dla mnie znacznie ciekawszy niż większość pozostałych głosów w tej dyskusji.

Ma Pan rację w jednej zasadniczej sprawie: temat, który poruszyłem, rzeczywiście nie jest prostym poradnikiem na kogo głosować. To jest problem znacznie głębszy, jak sprawić, żeby człowiek dokonujący wyboru politycznego rozumiał przynajmniej podstawowe mechanizmy państwa i gospodarki. Tylko że właśnie tutaj pojawia się moje pytanie: dlaczego coś, co powinno być podstawową wiedzą obywatelską, stało się dzisiaj dwu-semestralnym seminarium? Przecież ja nie piszę o rachunku tensorowym ani fizyce kwantowej. Pytam o rzeczy, które człowiek powinien rozumieć, zanim zacznie świadomie wybierać ludzi mających zarządzać państwem. I tu chyba dochodzimy do znacznie poważniejszego problemu niż brak programu któregoś polityka.

Każdym krajem w jakimś sensie kieruje jego inteligencja - rozumiana nie jako dyplom, lecz jako grupa ludzi zdolnych rozumieć rzeczywistość, wyciągać wnioski i przewidywać skutki decyzji. Jeżeli natomiast za inteligencję zaczynamy uważać każdego, kto ma wyższe wykształcenie, niezależnie od tego, czy potrafi logicznie analizować rzeczywistość, to później dostajemy właśnie sytuację, w której podstawowe problemy gospodarcze stają się akademicką dyskusją, a proste pytania o pieniądz, kredyt, produkcję i popyt zaczynają wyglądać jak Himalaje wiedzy. Co ciekawe, większość ludzi wypowiadających się w tej dyskusji ma zapewne więcej formalnego wykształcenia niż przeciętny obywatel a jednak sam fakt ukończenia szkoły czy uczelni nie gwarantuje przecież umiejętności rozumowania. I dlatego nie zgadzam się do końca z pańskim stwierdzeniem, że tego społeczeństwu nie da się przekazać. Da się. Tylko najpierw trzeba mieć komu przekazywać i trzeba jeszcze chcieć słuchać. Jeżeli człowiek z wyższym wykształceniem twierdzi, że podstawowe mechanizmy gospodarcze są dla niego uczonymi teoriami, których przeciętny Polak nie może zrozumieć, to chyba mamy problem nie z trudnością tych mechanizmów, ale z jakością naszej edukacji. I właśnie dlatego uważam, że edukacja obywatelska i ekonomiczna nie jest dodatkiem do demokracji. Jest jej warunkiem.

Bardzo trafnie wskazał Pan problem małego zakładu. Oczywiście mała firma może przez pewien czas funkcjonować w lokalnej niszy, gdzie liczy się bliskość klienta, specjalizacja czy elastyczność. Jednak przy wielu rodzajach produkcji mały zakład z czasem przegrywa z większym przedsiębiorstwem kosztami zakupu materiałów, energii, transportu, maszyn, organizacji produkcji czy dostępu do kapitału. Płaca minimalna ten problem może jeszcze uwidocznić. Jeżeli przedsiębiorstwo płaci pracownikowi 7000 zł netto, a ma ponosić jeszcze wszystkie koszty pracodawcy, to nie może po prostu powiedzieć: od jutra płacimy 8000 i nic się nie zmieni. Ma zasadniczo kilka możliwości: podnieść cenę, zmniejszyć marżę, zwiększyć wydajność, ograniczyć zatrudnienie albo zrezygnować z części produkcji. I tu pojawia się problem, który od dawna próbuję pokazywać w swoich wpisach. Pracownicy przedsiębiorstwa nie są w stanie za swoje wynagrodzenia wykupić całej produkcji, którą wytworzyli. To nie jest szczegół techniczny. To jest jeden z podstawowych problemów w mechanizmie kapitalistycznej gospodarki. Jeżeli wynagrodzenia całej pracującej części społeczeństwa nie wystarczają do zakupienia całej produkcji, to powstaje pytanie: kto ma tę pozostałą produkcję kupić? Oczywiście część popytu pochodzi od przedsiębiorstw, państwa, inwestycji, kredytu, eksportu itd. I właśnie tymi mechanizmami gospodarka próbuje tę lukę wypełniać, ale sama produkcja nie rozwiązuje automatycznie problemu zbytu. Możemy zwiększyć wydajność, wyprodukować więcej i taniej, możemy nawet podnieść płace. Tylko że jeżeli podniesienie płac zostanie w całości przerzucone na ceny, część dodatkowej siły nabywczej zostanie skonsumowana przez wzrost cen. Dlatego od lat powtarzam, że problemem nie jest samo produkować więcej. Trzeba jeszcze stworzyć mechanizm finansowania i popytu, który pozwoli tę dodatkową produkcję sprzedać bez niszczenia przedsiębiorstwa inflacją albo zadłużeniem. I tutaj właśnie zaczyna się mój spór z częścią moich polemistów. Nie uważam, że wystarczy powiedzieć: „rynek to załatwi”. Rynek jest mechanizmem wymiany. Nie jest jednak magiczną fabryką dodatkowej siły nabywczej. I teraz  wracamy do tego, od czego zacząłem Właśnie dlatego interesują mnie Niemcy po 1933 roku, później inne przykłady historyczne, a dzisiaj również rozwiązania stosowane przez wielkie państwa azjatyckie czy propozycje Nawrockiego i Glapińskiego. Nie dlatego, że chcę kopiować III Rzeszę, Chiny czy kogokolwiek innego. Interesuje mnie mechanizm. Jeżeli państwo potrafi stworzyć dodatkowe finansowanie i skierować je w taki sposób, żeby uruchomić inwestycje zwiększające realne możliwości produkcyjne, to warto zbadać, jak to działa. Jeżeli robi to źle - mamy inflację, marnotrawstwo i zadłużenie. Jeżeli robi to dobrze - możemy dostać dodatkową produkcję, miejsca pracy i wzrost dochodów. Dlatego nie wystarcza mi ani „wolny rynek wszystko załatwi”, ani „państwo wszystko załatwi”. Pytam: kto tworzy pieniądz, kto otrzymuje kredyt, na co jest przeznaczany, co dzięki niemu powstaje i kto później kupi tę produkcję? To są pytania, które powinien rozumieć nie profesor ekonomii, lecz świadomy wyborca.

I tu wracamy do Pańskiego pierwszego spostrzeżenia. Napisał Pan, że dotarcie z tym wszystkim do społeczeństwa jest trudne, a może nawet niemożliwe. Obawiam się, że ma Pan sporo racji. Mamy jednak dwa wyjścia. Albo uznamy, że przeciętny obywatel tego nigdy nie zrozumie, więc pozostaje mu wybierać tych, którzy najładniej mówią. Albo uznamy, że trzeba jednak próbować tłumaczyć. Ja wybieram to drugie. Stąd właśnie moje „przenudne elaboraty”. Nie mam ambicji zostać geniuszem, który naprawi polską gospodarkę. Chcę tylko, żeby człowiek, który ma później wybrać tego geniusza, wiedział, o co go zapytać.

Jeżeli widzi Pan w moim rozumowaniu jakieś miejsce, którego nie wyjaśniłem dostatecznie jasno, proszę wskazać konkretnie które. Chętnie zrobię z tego osobny wpis i spróbuję przedstawić rzecz jeszcze prościej.

Nie potrzebujemy dwu-semestralnego seminarium. Wystarczy zacząć od tego, żebyśmy wszyscy przestali uważać podstawowe pytania za zbyt trudne.

spike

spike

15.09.2026 10:22

"Kto jest najważniejszy w państwie?

"Najważniejszy jest nie polityk, lecz człowiek przy urnie."

brakuje mi historycznego wykrzyknika Eureka !

sake3

sake2020

15.09.2026 14:22

@mjk1....Kolejny kawałek gniota dla ,,uświadomienia'' słabo rozumującego społeczeństwa. Dlaczego tak słabo,bo panowie nie chcą zrozumieć,że dla przeciętnego POlaka nie liczy się przekaz zrozumiały dla każdego a nie akademickie bicie piany.Kogo może obchodzić imperva pana Grzegorza czy jego rozważania uczone i kompletnie niezrozumiałe,dodatkowo poparte źródłami. Kogo może obchodzić spoglądanie ,,chlodnym okiem ''pana @mkj1kiedy i bez pana wiemy niestety co to jest rezim i jakie są jego skutki łacznie z łamaniem KOnstytucji.A to niestety wyborca  już dobrze wie i bez pana. Edukacja wyborcy nie jest więc warunkiem więc nie ma mowy o pięknych ale banalnych słowach o właścicielstwie państwa.Co pan uzyskał w ,,cyklu ''swoich nic nie dających ,,wykładach''? Nie wszyscy jesteśmy absolwentami uczelni ekonomicznych i do nas nie docierają uczone słowa. Za mało edukacji obywatelskiej to czemu jej pan nie poprowadzi? Rozmywa pan tylko temat nadmiarem ględzenia z którego nic nie wynika.Obraża zaś pan pan @Grzegorz wyzywajac wszystkich jako idiotów.To chyba najgorsza droga do prawienia morałów.

mjk1
Zawód:
mjk1

Statystyka blogera

Liczba wpisów: 243
Liczba wyświetleń: 308 068
Liczba komentarzy: 4 751

Ostatnie wpisy blogera

  • Pytania, na które nikt nie chciał odpowiedzieć.
  • Elektoraty na ławie oskarżonych. Dużo wiary, mało rozumu.
  • BRAUN I JEGO WYZNAWCY: DUŻO GNIEWU, MAŁO ODPOWIEDZI

Moje ostatnie komentarze

  • Dziękuję za ten komentarz Panie Romualdzie. Wreszcie ktoś nie próbuje rozstrzygnąć całego problemu jednym hasłem, tylko rzeczywiście próbuje wejść w jego istotę. I chyba właśnie dlatego pański…
  • Jeżeli wszyscy od Brauna mają tak fantastycznie ograniczone horyzonty to nie wiem komu współczuć Braunowi, czy jego wyborcom. Według Ciebie logika jest taka: jeżeli nie mam możliwości samodzielnie…
  • Oczywiście Alinko, że każda teoria ma swojego autora. Keynes miał Keynesa, Hayek miał Hayeka, Grabski miał Grabskiego itd. Tylko co z tego wynika? Czy z faktu, że teorię stworzył człowiek, wynika, że…

Najpopularniejsze wpisy blogera

  • Wotum zaufania
  • Jakiego Państwa tak naprawdę chcemy?
  • Czy za rządzenie odpowiedzialny jest rząd?

Ostatnio komentowane

  • mjk1, Dziękuję za ten komentarz Panie Romualdzie. Wreszcie ktoś nie próbuje rozstrzygnąć całego problemu jednym hasłem, tylko rzeczywiście próbuje wejść w jego istotę. I chyba właśnie dlatego pański…
  • sake2020, @mjk1....Kolejny kawałek gniota dla ,,uświadomienia'' słabo rozumującego społeczeństwa. Dlaczego tak słabo,bo panowie nie chcą zrozumieć,że dla przeciętnego POlaka nie liczy się przekaz zrozumiały…
  • spike, "Kto jest najważniejszy w państwie?"Najważniejszy jest nie polityk, lecz człowiek przy urnie."brakuje mi historycznego wykrzyknika Eureka !

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2008 - 2026, naszeblogi.pl

Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | tvrepublika.pl | albicla.com

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Do czego są one potrzebne może Pan/i dowiedzieć się tu. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek. | Polityka Prywatności

Footer

  • Kontakt
  • Nasze zasady
  • Ciasteczka "cookies"
  • Polityka prywatności