Definicja to warunek sporu
Zanim ocenimy jakieś zjawisko społeczne, musimy wiedzieć, czym ono jest. Bez ustalenia znaczenia słowa nie wiadomo, jakie fakty miałyby potwierdzać albo obalać stawianą tezę. Twierdzenie, że jakiś ustrój jest liberalny, socjalistyczny czy autorytarny, wymaga uprzedniego kryterium — inaczej to tylko etykieta, nie analiza.
Precyzja języka nie oznacza wiary, że słowa zastępują rzeczywistość ani że rzeczywistość ma się do nich dostosować. Oznacza wyłącznie tyle, że bez ustalenia znaczeń nie da się rzetelnie ustalić, o jakiej rzeczywistości w ogóle rozmawiamy. Kto używa słowa, nie potrafiąc powiedzieć, co ono znaczy, nie przedstawia analizy struktur społecznych — jedynie rzuca hasłem.
Nazwa nie zmienia istoty rzeczy
Nazwa użyta niepoprawnie albo w celach propagandowych nie zmienia znaczenia słowa. Ustrój, który sam siebie nazywa demokratycznym, ludowym czy liberalnym, niekoniecznie spełnia kryteria, które się z tym słowem wiążą. Świetnym przykładem są współczesne zachodnie tak zwane „demokracje liberalne”. Jeśli przyjrzymy się ich realnej strukturze instytucjonalnej, zauważymy, że w istocie realizują one niemal wszystkie tradycyjne postulaty socjaldemokracji — od rozległej redystrybucji majątku po rozbudowany aparat interwencji państwowej. Sama deklaracja czy etykieta polityczna to nie to samo, co realna struktura instytucjonalna — trzeba je zbadać osobno.
W praktyce liczy się nie to, jak coś nazwiemy, lecz to, czy dany opis trafnie oddaje rzeczywisty mechanizm działania instytucji: czy relacje między ludźmi są dobrowolne, czy oparte na przymusie; czy własność jest chroniona, czy arbitralnie odbierana. Nazwa jest tylko etykietą na te fakty — a etykieta źle dobrana niczego w rzeczywistości nie zmienia.
Definicja ogólna jako parametr niezależny od kontekstu
Dobra definicja bywa celowo niedoprecyzowana w jednym punkcie, by mogła obejmować wiele różnych kontekstów. Definicja okręgu jako zbioru punktów równoodległych od środka nie wskazuje, jaką miarą liczyć odległość — a dzięki temu ta sama definicja działa w każdej przestrzeni matematycznej, niezależnie od przyjętej metryki. Zmiana metryki zmienia kształt figury, ale nie zmienia zasady, według której coś jest lub nie jest przykładem danego pojęcia.
Podobnie działają pojęcia ogólnoludzkie w naukach społecznych. Zasada dobrowolnej, pokojowej współpracy bez inicjowania przemocy nie jest przypisana do jednej kultury czy cywilizacji — można ją badać wszędzie, mimo że konkretne fundamenty kulturowe, instytucje i obyczaje będą się różnić. To, że zasada przyjmuje różne konkretne formy w różnych kontekstach, nie czyni z niej pojęcia lokalnego — przeciwnie, świadczy o jej ogólności.
Język jako warunek moralności
Moralność nie może działać przez wyliczanie z góry każdego pojedynczego czynu i przypisywanie mu wartości — w ten sposób nie dałoby się ocenić żadnego nowego czynu, którego wcześniej nie uwzględniono. Dlatego czyny trzeba dzielić na klasy i to klasom przypisywać wartość moralną. Służy temu na przykład pojęcie takie jak „morderstwo” — obejmuje ono nieskończenie wiele konkretnych czynów, zarówno już popełnionych, jak i tych dopiero możliwych.
Bez języka i jego semantyki nie ma więc moralności jako systemu osądu — potrzebny jest język pozwalający wyabstrahować obserwowane zachowania i struktury do ogólnych pojęć, wyrażonych dobrze zdefiniowanymi słowami. Ta sama logika dotyczy oceny ustrojów: dopiero nazwanie i sklasyfikowanie systemów politycznych czy gospodarczych — monarchii, demokracji, socjalizmu, kapitalizmu i ich pochodnych — pozwala w ogóle zacząć je oceniać, porównywać i krytykować w sposób racjonalny, a nie wyłącznie emocjonalny.
Odzyskać znaczenie słów
Gdy przestaniemy nazywać współczesne zachodnie socjaldemokracje mianem „liberalizmu” i faktycznie uporamy się z definicjami, zrozumiemy, czym ten kierunek jest w swojej istocie. Okaże się wtedy, że prawdziwy liberalizm jest jedyną sensowną, moralną i skuteczną receptą nie tylko na pokój społeczny, ale też na owocną współpracę między różnymi społecznościami, kulturami czy cywilizacjami. Bo liberalizm to – w swoim rygorystycznym, nieskrzywionym przez politykę sensie – po prostu uznanie, że inicjowanie przemocy wobec niewinnych jest niemoralne.
Polska to socjaldemokracja, a nie liberalizm. Wykazałem to solidnie w tych wpisach:
Grzegorz GPS Świderski
Twitter.com/gps65
t.me/KanalBlogeraGP
Panuje obraz fałszywych etykiet i fałszywych flag jako uzupełnienie nowomowy. W tym chaosie pojęciowym łatwiej ryby łowić.
Tak jest! I robią to wszyscy politycy, bez wyjątku. Wszystko po to, by przesuwać okno Overtona.
"wszystkie tradycyjne postulaty socjaldemokracji — od rozległej redystrybucji majątku po rozbudowany aparat interwencji państwowej"
Nie odpowiada ten opis czym jest prawdziwy liberalizm, i jakie są jego zalety, a jakie są jego wady. Demokracja przymiotnikowa to nie jest prawdziwa demokracja, gdzie prawa ustala większość. Tak jest i z socjaldemokracją i "liberalną demokracją". Zwykle argumentem przeciwko prawdziwej demokracji w ustach socjaldemokratów i liberalnych demokratów jest tzw populizm, ale rozumiany nie jako obietnice gruszek na wierzbie, np. 100 konkretów w 100 dni, tylko jako spełnienie żądań większości, czyli postawienie na rozwój kraju i jego obywateli. Co wg liberalnych demokratów jest złe, bardzo złe :)