Powstanie Warszawskie nie było zbiorowym samobójstwem ani dowodem narodowego obłędu. Było jednak fatalną decyzją wojskowo-polityczną, podjętą w warunkach, w których nadzieja zastąpiła rachunek sił.
Trzeba rozdzielić dwie sprawy, które w publicznej dyskusji stale się miesza. Czym innym jest decyzja człowieka, który idzie walczyć po pięciu latach niemieckiego terroru, a czym innym decyzja dowódcy, który uruchamia walkę w wielkim mieście pełnym cywilów.
Powstaniec mógł działać racjonalnie w sensie osobistym, moralnym i politycznym. Człowiek nie jest zwierzęciem maksymalizującym długość biologicznego trwania. Ma godność, więzi, pamięć, ojczyznę i prawo nie zgadzać się na rolę biernego przedmiotu cudzej polityki.
Jednak dowództwo nie ma prawa ograniczać się do takich racji. Dowództwo musi liczyć: broń, amunicję, czas, drogi odwrotu, siły przeciwnika, stan frontu, realne możliwości pomocy oraz cenę, którą zapłacą cywile. W Warszawie 1944 roku ten rachunek został przeprowadzony źle.
Miasto nie jest poligonem
Rozpoczynanie powstania w wielkim, gęsto zaludnionym mieście oznacza nieuchronne uwikłanie ludności cywilnej w walkę. Walka uliczna to bój o domy, ulice, piwnice, szpitale, wodę i magazyny żywności. Słabsza strona zwykle nie jest w stanie ochronić cywilów, a silniejsza — zwłaszcza gdy jest okupantem — nie ma powodu ograniczać środków przemocy.
To nie jest wiedza dostępna dopiero po fakcie. Sam Bór-Komorowski jeszcze 14 lipca oceniał, że przy ówczesnym stanie sił powstanie w Warszawie nie ma widoków powodzenia, a nawet przy poważnym wsparciu byłoby okupione dużymi stratami. Wcześniej Warszawę wyłączano z planu Burza, właśnie z obawy przed zniszczeniem miasta i cierpieniem ludności.
Tym bardziej wymaga wyjaśnienia, dlaczego kilka dni później zdecydowano się na ruch jeszcze mniej uzasadniony: AK nie stała się nagle lepiej uzbrojona, Niemcy nie zniknęli, a sytuacja strategiczna nie zmieniła się w cudowny sposób na korzyść Warszawy. Przeciwnie: część broni wyprowadzano wcześniej z miasta, a oddziały niemieckie wzmacniały obronę.
Uzbrojenie i plan
Powstanie rozpoczęto przy dramatycznym niedostatku broni, amunicji, środków łączności oraz broni zdolnej skutecznie zwalczać umocnione punkty oporu i pojazdy pancerne. Wysyłanie ludzi do ataków na silnie obsadzone obiekty z bronią ręczną, granatami, a czasem wręcz z narzędziami improwizowanymi, nie było dowodem odwagi dowództwa, lecz dowodem, że środki nie odpowiadały zadaniu.
Najtrudniejsze pytanie nie brzmi zatem: czy wolno było walczyć o Polskę?, ale: czy wolno było rozpoczynać walną bitwę o milionowe miasto bez przewagi, bez wystarczającego uzbrojenia i bez wiarygodnego planu szybkiego powodzenia?
Moim zdaniem nie wolno było.
Dowódcy mogli zakładać, że niemiecki system się chwieje. Mogli wiązać nadzieje z klęskami Wehrmachtu na Wschodzie i zamachem z 20 lipca. Nie wolno im było jednak zamieniać możliwości rozpadu III Rzeszy w pewnik planistyczny. Wojna nie jest grą, w której optymizm uzupełnia brak broni, a wola walki zastępuje logistykę.
Błąd dnia i godziny
Kluczowe było nie tylko samo dążenie do walki, ale także moment decyzji. Powstanie miało sens tylko w bardzo wąskim, hipotetycznym wariancie: Niemcy musieliby szybko utracić kontrolę nad miastem, a Armia Czerwona musiałaby rzeczywiście podjąć skuteczną operację przez Wisłę lub co najmniej zapewnić bezpośrednie wsparcie.
Tymczasem między prawobrzeżną Warszawą a centrum miasta leżała Wisła — poważna przeszkoda wodna, której forsowanie pod ogniem i po zniszczeniu mostów wymaga ogromnych przygotowań. Nie było racjonalne mówić o prostym „wkroczeniu Sowietów do Warszawy”, jak gdyby Praga i Śródmieście dzieliła zwykła ulica.
31 lipca Komenda Główna miała informacje o niemieckiej koncentracji pancernej na przedpolach Warszawy oraz brak pewnych przesłanek, że Sowieci rozpoczęli forsowanie Wisły. Mimo to rozkaz wydano, opierając się częściowo na pogłoskach o obecności czołgów sowieckich w pobliżu Pragi. To była decyzja podjęta przy zbyt małej pewności i zbyt wielkiej stawce.
Bez iluzji Zachodu
Nie było realnych podstaw, by sądzić, że Zachód przeprowadzi operację zdolną odwrócić los powstania. Zrzuty z Włoch były długodystansowe, kosztowne i niewystarczające, a desant polskiej brygady spadochronowej do walczącego miasta pozostawał politycznie i wojskowo nierealny.
Nie należy też udawać, że zachodni alianci mieli zamiar prowadzić w 1944 roku politykę, która stawiałaby polską suwerenność ponad koniecznością utrzymania sojuszu ze Stalinem. To była brutalna rzeczywistość, o której dowództwo AK otrzymywało ostrzeżenia, między innymi od Jana Nowaka-Jeziorańskiego.
Warszawa nie była w centrum strategicznego świata Londynu i Waszyngtonu. Była ważna dla Polaków — i była ważna moralnie — ale to nie znaczy, że mocarstwa zamierzały ryzykować własne cele wojenne, by ratować polską niezależność od ZSRR.
Niemiecki terror
Nie można twierdzić, że rzeź Woli dało się dokładnie przewidzieć: jej rozmiar, tempo i szczególne formy bestialstwa wstrząsają do dziś. Nie można jednak uczciwie utrzymywać, że perspektywa masowego odwetu na cywilach była całkowicie nie do pomyślenia.
Warszawiacy znali już łapanki, publiczne egzekucje, Pawiak, deportacje, pacyfikacje oraz zagładę getta dokonaną na ich oczach. Państwo nazistowskie nie było zwykłym przeciwnikiem, od którego można rozsądnie oczekiwać ograniczonego stosowania siły. Było reżimem zdolnym do wykorzystania ludności cywilnej jako zakładnika i celu terroru.
Niemieccy sprawcy ponoszą pełną winę za mordy, gwałty, egzekucje i planowe niszczenie Warszawy. Nie można przerzucać ich sprawstwa na polskie dowództwo. Można jednak i trzeba powiedzieć, że dowództwo AK miało obowiązek brać pod uwagę najgorszy wariant niemieckiego odwetu, skoro było on zgodny z doświadczeniem wcześniejszej okupacji.
Sowieci nie byli odsieczą
Powstanie było politycznie wymierzone nie tylko w niemiecką okupację, lecz także w plan sowietyzacji Polski. AK chciała ujawnić legalne struktury państwa polskiego i wystąpić wobec Armii Czerwonej jako gospodarz własnej stolicy. Ten cel był poważny i zrozumiały.
Był jednak zarazem oparty na głębokiej sprzeczności. Sowieci nie zamierzali uznawać niezależnej polskiej władzy, a liczenie, że wesprą operację, która miała utrudnić im polityczne przejęcie Polski, było skrajnie ryzykowne. Nie mieli wobec AK obowiązku ratowania jej politycznej pozycji.
Nie oznacza to, że Armia Czerwona była neutralna wobec losu Warszawy albo że Stalin nie wykorzystywał klęski AK. Oznacza jedynie, że nie wystarczy powiedzieć: „Sowieci stanęli i dlatego Powstanie upadło”. Wojska sowieckie były po wielkiej ofensywie, poniosły straty, miały rozciągnięte linie zaopatrzenia, walczyły o przyczółki na Wiśle i prowadziły operacje na innych kierunkach. Polityczna wrogość Kremla wobec AK łączyła się z realnymi ograniczeniami wojskowymi.
Nie było przymusu
Często słyszy się, że Warszawy i tak nie dało się powstrzymać: nastroje były rozgrzane, front się zbliżał, a spontaniczny wybuch był nieunikniony. To nie jest pewnik.
Konspiracja była organizacją zdyscyplinowaną, zdolną mobilizować i odwoływać oddziały. Wcześniejsze alarmy oraz próby wywołania samowolnych wystąpień nie doprowadziły do niekontrolowanego wybuchu walk. Nie można więc zakładać, że dowództwo nie miało wyboru i musiało wydać rozkaz 1 sierpnia.
Nie znaczy to, że bierność byłaby łatwa, bezpieczna albo politycznie atrakcyjna. Byłaby gorzka, mogła prowadzić do rozkładu morale i nie usuwałaby zagrożenia niemieckiego czy sowieckiego. Ale trudna alternatywa nie jest tym samym co brak alternatywy.
Odpowiedzialność bez fałszu
Powstańcy nie zasługują na pogardę. Wielu z nich podejmowało walkę w przekonaniu, że służą Polsce, a ich odwaga, solidarność i ofiarność pozostają faktami niezależnymi od wojskowej oceny decyzji dowódców.
Nie zasługują też na hagiografię dowódcy. Bór-Komorowski, Okulicki, Pełczyński, Chruściel i polityczne kierownictwo Państwa Podziemnego mieli prawo do tragicznych dylematów, lecz nie mieli prawa do zastępowania rachunku wojennego życzeniowym myśleniem. Niewystarczające uzbrojenie, wątpliwe rozpoznanie sytuacji frontowej, przecenianie szans szybkiego załamania Niemców, iluzje dotyczące Zachodu i niepewność co do działań sowieckich powinny prowadzić do wstrzymania decyzji, a nie do rozpoczęcia bitwy.
Powstanie Warszawskie było więc zarazem heroiczną postawą tysięcy ludzi i ciężkim błędem tych, którzy wydali rozkaz. Nie musimy wybierać między kultem klęski a szyderstwem z jej uczestników. Wystarczy przyjąć trudną prawdę: walczyć o wolność można było honorowo, lecz nie każda decyzja o rozpoczęciu walki była rozsądna.
Co z tego wynika na dziś?
Klątwa Powstania Warszawskiego ciągnie się za nami do dziś. To trochę sparafrazowane powiedzenie przypisywane Piłsudskiemu: "naród wspaniały, ale przywódcy kurwy". Tak było 82 lata temu i tak jest dziś. Dzięki starej, bogatej kulturze i naszej cywilizacji łacińskiej, jesteśmy narodem nie do zniszczenia. Ale jednocześnie wybieramy sobie przywódców, którzy na okrągło nas niszczą. Rządzą nami cyniczni głupcy, agenci i tchórze.
Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy! Mimo rozbiorów, okupacji, terroru niemieckiego i sowieckiego, mimo kolejnych złodziei, karierowiczów i lokajów obcych interesów — przetrwaliśmy.
Polacy potrafią być odważni, solidarni, pracowici i twórczy wtedy, gdy państwo się wali albo gdy trzeba sobie radzić mimo państwa, wbrew państwu, zwalczając państwo. Tragicznie często zawodzą natomiast ci, którym oddajemy władzę nad cudzym życiem, cudzym majątkiem i cudzym losem. I to nas uratuje w nadchodzącej erze technologii i wolności!
Nadchodzi dla nas wyzwolenie. Wszystkie państwa wkrótce, w ciągu pokolenia, w ciągu 20 lat, zbankrutują. To nie znaczy, że upadną instytucje i prawo, po prostu upadnie terytorialny monopol na terror. Wtedy my, Polacy, w takim stanie odżyjemy! Nie będziemy już mieli w ogóle przywódców, polityków, rządzących. Nie będzie już nikogo, kto by mógł podjąć złą decyzję, bo to każdy z nas z osobna będzie o wszystkim decydować na wolnym rynku.
Moja prognoza nie jest myśleniem życzeniowym, lecz wynikiem chłodnej kalkulacji. Od lat opisuję ten proces jako koncepcję MTSC — mechanizm zbliżania się opłacalności państwowej przemocy do zera. Rozwój technologii, narzędzi kryptograficznych i mobilność kapitału sprawiają, że koszty państwowego nadzoru rosną lawinowo, podczas gdy koszty obrony własności i prywatności jednostki drastycznie spadają. Kiedy monopolistyczne aparaty przymusu przestają spinać się finansowo, system upada pod własnym ciężarem, a państwo bankrutuje z powodu nieubłaganej ekonomii, a nie braku politycznej woli.
Wyzwolenie zacznie się wtedy, gdy przestajemy szukać władcy, który podejmuje za nas właściwe decyzje, i nauczymy się samodzielnie ponosić odpowiedzialność za własne życie, własność oraz dobrowolne relacje z innymi.
Właśnie dlatego lekcja Powstania Warszawskiego nie brzmi: „nie walczcie” ani: „czekajcie na rozkazy mądrzejszych”. Brzmi ona: nie oddawajcie nikomu prawa do hazardu waszym życiem. Ani generałom, ani politykom, ani partiom, ani państwu — nawet wtedy, gdy mówią językiem patriotyzmu, bezpieczeństwa i dobra wspólnego. Politycy chcą naszego dobra, a my już go mamy bardzo mało. Więc na razie chowajmy to dobro przed politykami, aż zdechną i wtedy rozkwitniemy.
Grzegorz GPS Świderski
Twitter.com/gps65
t.me/KanalBlogeraGPS
Treść komunikatu Radiostacji im. Tadeusza Kościuszki nadanego 30 lipca 1944 (jednego z wielu)
Warszawa drży w posadach od ryku dział. Wojska radzieckie nacierają gwałtownie i zbliżają się do Pragi. Nadchodzą, aby przynieść nam wolność. Niemcy wyparci z Pragi będą usiłowali bronić się w Warszawie. Zechcą zniszczyć wszystko. W Białymstoku burzyli wszystko przez sześć dni. Wymordowali tysiące naszych braci. Uczyńmy, co tylko w naszej mocy, by nie zdołali powtórzyć tego samego w Warszawie. Ludu Warszawy! Do broni! Niech cała ludność stanie murem wokół Krajowej Rady Narodowej, wokół warszawskiej Armii Podziemnej. Uderzcie na Niemców! Udaremnijcie ich plany zburzenia budowli publicznych. Pomóżcie Czerwonej Armii w przeprawie przez Wisłę. Przysyłajcie wiadomości, pokazujcie drogi. Milion ludności Warszawy niech stanie się milionem żołnierzy, którzy wypędzą niemieckich najeźdźców i zdobędą wolność.
Jakoś nie podnosi się tego w dyskusjach na temat Powstania.
Ten apel był cyniczną operacją propagandową sowietów. Miał podburzać AK to powstania, by nas wykrwawić. I to się Stalinowi udało aż za bardzo. Całe PW to była pułapka, w którą naiwnie wpadliśmy.
"Warszawa nie była w centrum strategicznego świata Londynu i Waszyngtonu."
Warszawa była strategiczna o tyle, że PW opóźniło znacząco marsz Rosji Stalina na Berlin. Na tyle opóźniło Powstanie ten marsz, że drugi front zdążył do Berlina razem z Rosjanami. Może trochę cynicznie wykorzystali alianci Polaków, ale na wojnie nie ma sentymentów.
To mit, PW niczego nie opóźniło. AK nie blokowała sowieckich armii, nie wiązała ich w boju ani nie niszczyła ich logistyki. Powstanie nie opóźniało marszu sowietów na Berlin, bo takiego marszu w sierpniu 1944 po prostu nie było. Właściwa ofensywa ruszyła dopiero w styczniu 1945 i PW nie miało na to wpływu.
Niemniej jednak do ofensywy Rosji Stalina upłynęło prawie pół roku. Stalin kalkulował co mu będzie korzystniejsze. W tłumieniu PW działał ręka w rękę z Hitlerem.
Jednak to, że do ofensywy upłynęło pół roku, nie miało żadnego związku z PW. Bez PW, też by tyle upłynęło. PW w niczym sowietom nie przeszkodziło, Niemcom zresztą też. Militarnie i strategicznie to była cholerna porażka. To była porażka w każdym wymiarze. Porażka przede wszystkim dowódców. Korzyści możemy wyciągać dopiero dziś, ogłaszając to moralnym poświęceniem i ofiarą, taką jak ukrzyżowanie Chrystusa, czy Holokaust.
Tylko że ta ofiara nie uczyniła nas silniejszymi, bo dzisiejsi Polacy intelektualnie, moralnie, kulturowo czy cywilizacyjnie nie dorastają do pięt tym przedwojennym. Nasz naród trwa tylko w nielicznych — większość to zniewolony, otumaniony, ogłupiony motłoch, który wymiera, bo mu się nic nie chce. Nie uratujemy się z tego sami, tylko uratują nas okoliczności — czyli rozwój technologii i upadek terytorialnego monopolu na terror. Wolność przyjdzie do nas sama, bez naszego udziału i wtedy ci nieliczni, świadomi Polacy odtworzą zdrową tkankę narodu.
"Porażka przede wszystkim dowódców."
Jak nie zginęli, to mieli tę porażkę w nosie. Niemcy byli przygotowani na Powstanie. Polacy nie byli przygotowani do Powstania. Więc mowa o winie, a nie o porażce dowódców.