Po publikacji poprzedniego wpisu otrzymałem wiele komentarzy. Część z nich była bardzo krytyczna, część życzliwa, kilka wyjątkowo inspirujących. Łączyło je jednak jedno - większość próbowała przekonać mnie, że rozwiązanie jest bardzo proste. Jedni twierdzili, że wszystkiemu winne jest państwo a drudzy, że wszystkiemu winien jest rynek. Jedni chcieliby państwo maksymalnie ograniczyć. Drudzy chcieliby, aby przejęło ono odpowiedzialność za niemal każdą dziedzinę życia. I właśnie dlatego warto zatrzymać się na chwilę, bo historia zdążyła już sprawdzić obie te recepty i żadna nie okazała się cudownym lekarstwem.
Państwo potrafi być opiekunem. Ale potrafi też być oprawcą.
Nie trzeba długo szukać. XX wiek dostarczył aż nadto przykładów. Państwo może budować drogi, szkoły, uczelnie, zapewniać bezpieczeństwo i tworzyć warunki do rozwoju, ale to samo państwo potrafi również budować łagry, obozy koncentracyjne, aparat terroru i system permanentnej kontroli obywateli. To państwo tworzyło NKWD. To państwo stworzyło Gestapo. To państwo decydowało, kto ma prawo żyć, a kto nie. Nie dlatego, że państwo jest z natury złe. Dlatego, że władzę sprawowali źli ludzie. Samo narzędzie nie ma sumienia. Sumienie mają ludzie.
Rynek również nie jest święty.
Zwolennicy całkowitej wolności gospodarczej często mówią: „Wystarczy uwolnić ludzi.” Historia również to sprawdziła. W XIX wieku, w początkowym okresie rewolucji przemysłowej, państwo niemal nie ingerowało w gospodarkę. Efekty znamy z podręczników historii. Siedmio- i ośmioletnie dzieci pracowały po kilkanaście godzin dziennie. Robotnicy ginęli w kopalniach i fabrykach bez żadnego zabezpieczenia. Ludzie mieszkali po kilkanaście osób w jednym pomieszczeniu. Nie istniały praktycznie żadne normy bezpieczeństwa pracy. Silniejszy wygrywał. Słabszy przegrywał. Rynek działał, ale nie oznaczało to jeszcze sprawiedliwości. Dopiero z czasem pojawiły się przepisy dotyczące czasu pracy, ochrony dzieci, bezpieczeństwa pracowników czy odpowiedzialności pracodawców. Nie zniszczyło to gospodarki. Przeciwnie. Pozwoliło jej rozwijać się w sposób bardziej cywilizowany.
Monopole również nie rodzą się wyłącznie w państwie.
Często słyszę argument: „Państwo jest monopolistą.” To prawda, ale historia pokazuje również, że prywatne monopole potrafią być równie groźne. Wystarczy przypomnieć wielkie trusty amerykańskie z przełomu XIX i XX wieku. Kilka korporacji kontrolowało całe gałęzie gospodarki. Dyktowały ceny, eliminowały konkurencję, wpływały na polityków, kupowały media. Czy naprawdę różni się to aż tak bardzo od sytuacji, gdy podobną władzę posiada państwo? Zmienia się właściciel, ale mechanizm pozostaje podobny. Tam, gdzie nie ma żadnych ograniczeń, zawsze pojawia się pokusa nadużycia.
A biurokracja?
O niej również warto mówić uczciwie. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że nadmierna biurokracja potrafi sparaliżować rozwój. Każdy przedsiębiorca zna sytuację, gdy więcej czasu poświęca na wypełnianie formularzy niż na prowadzenie własnej firmy. Każdy obywatel choć raz zetknął się z urzędniczym absurdem. Tak. To prawdziwy problem, ale czy odpowiedzią jest likwidacja państwa? Tak samo można byłoby powiedzieć, że skoro zdarzają się błędy lekarzy, należy zlikwidować medycynę, albo skoro zdarzają się skorumpowani sędziowie, należy zlikwidować sądy. Nie. Odpowiedzią jest naprawianie instytucji. Nie ich burzenie.
Każde narzędzie może służyć albo szkodzić.
Młotek może posłużyć do zbudowania domu. Może też posłużyć do wybicia szyby. Sam młotek nie jest ani dobry, ani zły. Podobnie jest z państwem. Podobnie z rynkiem. Jedno i drugie jest narzędziem. To człowiek decyduje, jak z niego korzysta. Dlatego z coraz większym zdziwieniem obserwuję dyskusje, w których państwo urasta do rangi religii, albo rynek staje się nowym bóstwem. Jedni wierzą, że państwo rozwiąże wszystkie problemy. Drudzy wierzą, że rynek rozwiąże wszystkie problemy. Historia mówi jednak coś zupełnie innego. Ani jedno, ani drugie nigdy tego nie zrobiło. I nigdy nie zrobi.
Dlaczego?
Bo ani państwo, ani rynek nie podejmują decyzji. Robią to konkretni ludzie. Urzędnik, przedsiębiorca, sędzia, lekarz, nauczyciel, minister, dyrektor. Każdy z nich może być uczciwy i każdy może być nieuczciwy. Żaden system nie potrafi całkowicie zastąpić ludzkiego charakteru. I właśnie tutaj dochodzimy do najważniejszego pytania.
Jeżeli ani państwo, ani rynek nie są idealne... to od czego naprawdę zależy jakość państwa?
I o tym będzie następna część cyklu.
Masz, specjalnie dla ciebie opisałem tę twoją nowo-starą trzecią drogę: naszeblogi.pl/77001-trzecia-droga
Naprawdę nie rozumiem dlaczego Panie Grzegorzu, po raz kolejny prowadzi Pan polemikę z tezami, których nie postawiłem? Ja jeszcze nie przedstawiłem własnego modelu państwa. Napisałem dopiero pierwszy i drugi felieton, których celem było pokazanie, że zarówno skrajny etatyzm, jak i skrajny leseferyzm wielokrotnie zawodziły w praktyce. Tymczasem Pan już ogłasza, że jestem zwolennikiem „trzeciej drogi”, którą następnie utożsamia z socjaldemokracją, narodowym socjalizmem, III Rzeszą, Lepperem, Wałęsą, Tuskiem, Kaczyńskim i Hołownią. Przyznam, że trudno polemizować z tak szeroko zdefiniowaną kategorią.
W związku z powyższym mam kilka pytań.
Po pierwsze - czy istnieje dziś choć jedno państwo, które funkcjonuje według opisywanego przez Pana modelu minarchizmu, bo jeśli nie istnieje ani jedno, to nie może Pan twierdzić, że jest to rozwiązanie empirycznie sprawdzone. Jest to po prostu projekt i tylko projekt. Nie ma w tym nic złego. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy projekt przedstawia się jako jedyne racjonalne rozwiązanie i na tej podstawie ocenia wszystkie realnie istniejące państwa.
Po drugie - bardzo łatwo jest napisać, że wszystko powinno być prywatne. Znacznie trudniej odpowiedzieć na pytania praktyczne. Kto buduje autostrady tam, gdzie inwestycja przez 40 lat będzie nierentowna? Kto utrzymuje lokalne drogi na terenach słabo zaludnionych? Kto finansuje wojsko w czasie pokoju? Kto prowadzi kosztowne badania naukowe, których efekty pojawią się dopiero za 20 czy 30 lat? Kto utrzymuje sądy, policję i administrację, skoro - jak sam Pan wielokrotnie pisał - podatki są moralnie niedopuszczalne?
Na wszystkie te pytania wciąż nie otrzymałem konkretnej odpowiedzi.
Po trzecie - bardzo często odwołuje się Pan do „setek traktatów ASE”. To oczywiście może być ciekawa literatura, ale nauka nie polega na cytowaniu wyłącznie autorów jednej szkoły ekonomicznej. Równie dobrze można wskazać setki publikacji ekonomistów instytucjonalnych, ordoliberalnych, klasycznych liberałów, ekonomistów dobrobytu czy noblistów, którzy pokazują, że państwo ma swoje uzasadnione funkcje również poza wojskiem i policją.
Sam fakt istnienia traktatu nie rozstrzyga sporu.
Po czwarte - nie zgadzam się z Pana założeniem, że istnieje wyłącznie wybór między pełnym minarchizmem a socjaldemokracją. Historia pokazuje coś dokładnie odwrotnego. Istnieją państwa mniej lub bardziej wolnorynkowe. Istnieją państwa z większą lub mniejszą redystrybucją. Istnieją państwa z bardzo wysokim poziomem wolności gospodarczej i jednocześnie sprawnie działającymi instytucjami publicznymi. To nie jest świat zero-jedynkowy.
Największy problem Pańskiej argumentacji widzę jednak gdzie indziej. Zakłada Pan, że skoro państwo bywa niewydolne, to należy maksymalnie ograniczyć państwo. To dokładnie taki sam błąd logiczny, jak twierdzenie, że skoro rynek bywa zawodny, należy go zlikwidować. Ja nie proponuję ani jednego, ani drugiego. Twierdzę jedynie, że zarówno rynek, jak i państwo są narzędziami tworzonymi przez ludzi. Nie są ani święte, ani z natury złe. O ich jakości decydują przede wszystkim instytucje, prawo i ludzie. I właśnie temu będzie poświęcona dalsza część mojego cyklu, bo zanim zaczniemy burzyć istniejące państwo, warto odpowiedzieć na jedno proste pytanie:
dlaczego żaden kraj na świecie nie zdecydował się zbudować ustroju, który Pan proponuje?
To pytanie wydaje mi się znacznie ciekawsze niż kolejne definicje podatków czy terroryzmu.
Cały problem ci się myli, bo operujesz słowem "państwo" i utożsamiasz go z całą obecną państwową infrastrukturą i jego instytucjami. A to nie jest państwo! Państwo to terytorialny monopol na terror, a cała infrastruktura i instytucje, to kwestie poboczne, one mogą być budowane przez różne inne podmioty nie tylko przez aparat przemocy. Gdy ja piszę o likwidacji państwa, to nie chodzi o likwidację szpitali, szkół, dróg czy banków, ale o likwidację aparatu terroru, który je buduje i utrzymuje. Ja jestem za prywatyzacją tego — tak by docelowo osiągnąć taki efekt, żeby terrorysta nie posiadał żadnej własności i żadną własnością nie zarządzał.
Więc jak piszesz o nierentownych autostradach, to powinieneś spytać: czy w ogóle jest możliwe wybudowanie autostrady przez inny podmiot niż terytorialnie monopolistyczny aparat terroru? Ja odpowiadam: jest możliwe. No to ty na to: ale nigdy nigdzie żaden inny podmiot niż terrorysta nie wybudował autostrady. Więc odpowiadam: to nieprawda, ale w ogóle mi nie zależy, by ci wskazać te inne podmioty — na potrzeby tej dyskusji zgodzę się z tym, że autostrady wszędzie na świecie dotychczas powstały tylko i wyłącznie na skutek terroryzowania ludności zamieszkującej dookoła tych autostrad.
To nie ma znaczenia, bo ja uważam, że brak terroryzmu jest ważniejszy niż autostrady. To kwestia priorytetów, jakie sobie stawiamy. Ja uważam, że moralność jest ważniejsza niż skuteczność. Wolę żyć w świecie moralnym bez autostrad niż niemoralnym z autostradami. Jeśli autostrady są fizycznie niemożliwe bez terroru, to rezygnuję z autostrad. Ty zdaje się, jesteś utylitarystą i uważasz, że liczy się skuteczność, a nie moralność. Lepiej mieć autostrady niemoralnym kosztem, niż być moralnym bez autostrad.
Moim zdaniem moralność jest najważniejsza, ważniejsza niż autostrady, szkoły, szpitale czy cokolwiek innego. I żadne twoje utylitarne argumenty mnie nie przekonają. I dopiero jak zgodzisz się na to, że moralność jest ponad wszystko, możemy zacząć rozmawiać o tym, jak technicznie zbudować autostrady, by nikogo przy tym terroryzować. Tu dopiero wkracza ASE i konstruuje mechanizmy wzięte z realnego świata, pokazujące, że całą infrastrukturę i instytucje da się zbudować bez terroru. Jednak do tego punktu nigdy nie dojdziemy, póki nie uznasz, że terror jest niedopuszczalny za żadną cenę. W każdym razie ja ci tego nie objaśnię, nie odpowiem na twoje pytania, jak to było robione i może być robione, póki będziesz dopuszczał terror jako narzędzie do budowania infrastruktury i instytucji, w tym autostrad, szkół czy szpitali. Najpierw trzeba pryncypia ustalić.
Nie będę kanibalowi tłumaczył, jak można się zdrowo odżywiać bez jedzenia ludzi. Najpierw kanibal musi uznać, że jedzenie ludzi jest absolutnie niedopuszczalne. Jak to uzna, to dopiero wtedy możemy projektować diety oparte na mięsie zwierząt i roślinach. Bo póki nie ustalimy pryncypiów, to kanibal cały czas będzie kombinował jak tu do diety dodać ludzinę.
Dalej nie rozumiem Panie Grzegorzu dlaczego cały czas prowadzi Pan przede wszystkim dialog z własnym wyobrażeniem moich poglądów. Ja nigdzie nie napisałem, że autostrady są ważniejsze od moralności. Nie napisałem, że terror jest dopuszczalny. Nie napisałem, że państwo powinno posiadać wszystko. Nie napisałem też, że prywatne rozwiązania są z definicji złe.
To są Pańskie tezy, które następnie Pan z dużym zaangażowaniem obala!!!
Ja zadaję znacznie prostsze pytania. Dlaczego prywatny właściciel ma być z definicji bardziej moralny od publicznego? Przecież i w jednym, i w drugim przypadku decyzje podejmują konkretni ludzie. Prywatna firma może być uczciwa albo nieuczciwa. Państwowa instytucja może być dobrze albo źle zarządzana. To nie forma własności posiada sumienie, tylko człowiek. Podobnie zresztą jest z Pańskim rozumieniem państwa. Pisze Pan, że państwo to wyłącznie „terytorialny monopol na terror”. Nie jest to żadna obiektywna definicja, lecz definicja przyjęta przez określony nurt filozofii politycznej. Ja równie dobrze mógłbym zdefiniować państwo jako wspólnotę obywateli organizującą wykonywanie zadań publicznych. Obie definicje wynikają z określonych założeń, ale żadna nie jest aksjomatem obowiązującym wszystkich.
Najbardziej zaskoczył mnie jednak fragment o kanibalu. To bardzo charakterystyczny zabieg. Najpierw przypisuje mi Pan pogląd, którego nigdy nie wyraziłem, że akceptuję terror, a następnie porównuje mnie Pan do kanibala. Przyznam, że trudno prowadzić rzeczową dyskusję w taki sposób. Od początku próbuję sprowadzić rozmowę na poziom praktyki. Pan odpowiada filozofią. Ja pytam o rozwiązania funkcjonujące w rzeczywistości. Pan odpowiada, że najpierw muszę przyjąć Pańskie aksjomaty moralne, ale właśnie na tym polega różnica między nami. Ja nie oczekuję od rozmówcy przyjęcia moich założeń jako warunku rozpoczęcia dyskusji. Pan natomiast uzależnia odpowiedź na każde praktyczne pytanie od wcześniejszego uznania, że ma Pan rację we wszystkim. W ten sposób żadna dyskusja nie może posunąć się naprzód.
I dlatego mam wrażenie, że od kilku dni nie rozmawiamy już o państwie, lecz o modelu świata, który istnieje wyłącznie jako koncepcja filozoficzna. Nie mam nic przeciwko takim koncepcjom. Chciałbym jedynie zobaczyć, jak sprawdzają się w praktyce a na to pytanie nadal nie otrzymałem odpowiedzi.
Wspólnota obywateli organizująca wykonywanie zadań publicznych to na przykład spółdzielnia mieszkaniowa i tysiące innych wspólnot, które państwami nie są. A wszystkie państwa są terytorialnym monopol na terror. Jednak mniejsza z ogólną definicją. Nie ma potrzeby, by taką definicję ustalać dla setek trudnych, pośrednich tworów, które mogą lub nie, definicję spełniać. Weźmy to, co najbliżej. III RP jest państwem. Jest też terytorialnym monopolem na terror.
Niech będzie, że ogólnie pojęte państwo nie jest terytorialnym monopolem na terror. Niemniej III RP jest. I wszystkie państwa dookoła nas są. Pomińmy Liechtenstein, San Marino, Watykan i inne małe państwa w Europie. Wszystkie inne to terytorialnym monopol na terror. Nie musimy temu w ogóle nadawać nazwy, nie tworzymy żadnych definicji. Zapomnij o państwie, odwołuję państwo.
Czy do wybudowania autostrady niezbędny jest terytorialnym monopolem na terror? Nigdzie na świecie nie istnieją autostrady, które sfinansowałby i wybudował inny podmiot niż terytorialnym monopol na terror. A zatem to jest słuszne, mądre, że terytorialne monopole na terror budują autostrady, tak? Innego wyjścia nie ma, tak? Bez terytorialnego monopolu na terror autostrady by w ogóle nigdzie na świecie nie powstały, tak? I szkoły, szpitale, banki etc... też wymagają terytorialnego monopolu na terror, bo w warunkach wolności i dobrowolności nie ma szans, by powstały, tak?
Proszę się nie gniewać Panie Grzegorzu, ale doszliśmy do momentu, w którym przestajemy rozmawiać o tym samym. Mój felieton nie był próbą obrony każdego działania państwa ani dowodem na to, że wszystko powinno być państwowe. Pan natomiast od kilku komentarzy prowadzi dyskusję wyłącznie z własnym modelem filozoficznym. Najpierw definiuje Pan państwo jako „terytorialny monopol na terror”, a kiedy zwracam uwagę, że jest to Pańska definicja, a nie powszechnie przyjęta definicja państwa, odpowiada Pan: „to zapomnijmy o państwie”. W ten sposób można wygrać każdą dyskusję - wystarczy dowolnie zmieniać znaczenie używanych pojęć. Od początku zadaję też bardzo konkretne pytanie.
Dlaczego uważa Pan, że każda instytucja publiczna z definicji będzie działała gorzej od prywatnej?
Przecież w obu przypadkach zarządzają nimi ludzie. Człowiek może być uczciwy albo nieuczciwy. Kompetentny albo niekompetentny. To nie własność ma charakter moralny, lecz człowiek. Pan natomiast wciąż odpowiada na pytania, których nie zadałem. Ja nie pytałem, czy autostrady można zbudować prywatnie. Nie pytałem, czy szkoły mogą być prywatne. Nie pytałem nawet, czy podatki są moralne. Pisałem wyłącznie o tym, że historia pokazuje, iż zarówno nieograniczona władza państwa, jak i wiara w samoregulujący się rynek prowadziły do poważnych patologii.
To jest teza historyczna. Pan odpowiada na nią teorią filozoficzną.
Myślę więc, że nasze stanowiska są już jasne i czytelnicy sami wyciągną własne wnioski.
A to, co napisałeś o trustach to nie wina wolnego rynku, ale państwa. Tu masz to dokładnie wyjaśnione:
www.mpolska24.pl/post/4468/oligopole
Jakość państwa zależy od tego, jaki my osobiście mamy priorytet: czy siebie stawiamy na pierwszym miejscu, czy też siebie na pierwszym miejscu, ale funkcjonującego w społeczności, ktora nam odbiera odrobinę osobistej swobody. Nie wolności tylko swobody.
Doskonale to widać na zwężeniu autostrady jako ilustracji społeczności. W krajach bardziej uporządkowanych (coraz mniej takich) kierowcy zjeżdżają z pasa za kilometr zamkniętego, na ten wolny, co pozwala jechać kolumnie wolniej, ale żwawo. Kierowca polski, kierowany prywatą, chce być pierwszy z najlepszyc wiec jedzie ile może, aż pod samo zwężenie, w dupie mając fakt, że aby włączyć się do ruchu musi wyhamować całą kolumnę, czasem do zera. Tak, jest pierwszy, ale całość poszła znacznie wolniej wiec jest przegrany względem uporządkowanego ruchu.
I dlatego Patrioty będą produkowane w Ukrainie, a nie w Polsce.
Myślę, że dotknąłeś bardzo ważnej kwestii Tri, choć nie do końca zgodziłbym się z wnioskami. Przykład ze zwężeniem autostrady rzeczywiście dobrze pokazuje różnicę między myśleniem wyłącznie o własnej korzyści a myśleniem o sprawnym funkcjonowaniu całej wspólnoty. Problem polega jednak na tym, że nie wynika on wyłącznie z charakteru ludzi. W wielu krajach kierowcy również próbują być sprytniejsi od innych. Różnica polega na tym, że tam istnieje większe zaufanie do zasad i większa pewność, że większość będzie ich przestrzegać. To tworzy kulturę współpracy. U nas niestety dominuje cwaniactwo. Dlatego od lat powtarzam, że nie wystarczy napisać dobre prawo ani zbudować dobre instytucje. Potrzebni są jeszcze ludzie, którzy rozumieją, że czasem niewielkie ograniczenie własnej wygody przynosi korzyść wszystkim, a więc także im samym. Nie nazwałbym tego jednak ograniczeniem wolności. Raczej ceną życia we wspólnocie. Wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się szkoda wyrządzana innym.
Natomiast ostatnie zdanie o Patriotach jest już zupełnie innym tematem. O lokalizacji produkcji decydują przede wszystkim względy przemysłowe, technologiczne, polityczne i strategiczne. Łączenie tego bezpośrednio z zachowaniem kierowców na autostradzie jest, moim zdaniem, zbyt daleko idącym skrótem myślowym, ale sam przykład ze zwężeniem drogi uważam za trafny. Pokazuje on, że dobre państwo buduje się nie tylko ustawami, lecz także kulturą wzajemnego zaufania i odpowiedzialności ludzi
Reasumując: Najlepsze instytucje nie zadziałają bez odpowiedzialnych ludzi, ale równie prawdziwe jest zdanie odwrotne - nawet odpowiedzialni ludzie nie poradzą sobie długo ze złymi instytucjami. To jest właśnie ten środek między skrajnościami, którego zupełnie nie dostrzega jeden z interlokutorów na moim blogu.
Zasada wspólnotowa dotycząca ruchu drogowego jest oczywista: gdy jest zwężenie, należy dojeżdżać do samego końca, a potem wpuszczać się nawzajem na zakładkę, jeden z jednego pasa, a potem drugi z drugiego — wszystko inne to antyspołeczne cwaniactwo. Dla debili, którzy tego nie rozumieją, są nawet specjalne znaki sygnalizujące taką jazdę na zakładkę.
Zawsze podziwiam, z jaką łatwością zwolennik absolutnej wolności przechodzi do wydawania bezwzględnych nakazów i oceniania ludzi. Przed chwilą przekonywał mnie Pan, że państwo nie ma prawa niczego narzucać, bo każdy przymus to terroryzm. A teraz okazuje się, że istnieje jednak jedyna słuszna metoda jazdy, a ci, którzy widzą to inaczej, są – jak Pan to niezwykle subtelnie ujął – „debilami”. Przyzna Pan, że to dość osobliwe rozumienie wolności.
Co do jazdy na suwak - oczywiście znam przepisy i nie kwestionuję ich. One obowiązują praktycznie w całej Europie. Tylko że przepisy to jedno, a kultura jazdy to drugie. Mam okazję często obserwować ruch drogowy poza Polską i widzę jedną zasadniczą różnicę. Tam kierowcy dużo wcześniej zostawiają miejsce do płynnego włączenia się innych pojazdów. Nikt nie przyspiesza tylko po to, żeby „nie dać się wcisnąć”, nie jedzie zderzak w zderzak i nie traktuje każdego manewru jak pojedynku o honor. W efekcie ruch jest znacznie płynniejszy, mimo że obowiązują dokładnie te same przepisy. Niestety bardzo często, gdy ktoś próbuje objechać wszystkich do samego końca, a potem gwałtownie wciska się na siłę, okazuje się, że ma polskie tablice rejestracyjne. Może więc problem nie tkwi ani w przepisach, ani w suwaku, tylko, jak zwykle, w kulturze współpracy.
A jeśli już mówimy o kulturze, to wyzywanie ludzi od „debili” raczej jej nie podnosi.
"To państwo tworzyło NKWD. To państwo stworzyło Gestapo."
To przykłady państw totalitarnych, które w końcu starły się w śmiertelnym boju. Ba, starły się nawet dwa razy w 20 wieku. Większosć z nas pamieta PRL i jego quasi-totalitaryzm, a może nawet pełen autorytaryzm, ale podporządkowany wschodniemu hegemonowi. Dlatego można łatwo porównać obecne państwo demokratyczne z wolnym rynkiem i konkurecją z państwem demokracji ludowej bez wolnego rynku i podporządkowanego wschodniemu sąsiadowi. Co prawda premier Tusk robi wszystko, aby przywrócić PRL. Ba, nawet zaprzysiągł swój gabinet 13 grudnia. Ale to co robi to wygląda na karykaturę PRL-u.
Dla Putina rozpad Związku Radzieckiego to była największa katastrofa 20 wieku. Nie dwie wojny światowe, tylko rozpad nieludzkiego imperium. Każdy normalny człowiek by się cieszył z rozpadu antyludzkiego państwa, ale gość wychowany w takim państwie jak jakiś janczar płacze za nim, bo nie wie jak żyć w normalnym świecie. Stąd to dążenie do odbudowy imperium nawet po trupach sąsiadów.
Putin sprytnie wykorzystał chęć Niemiec do robienia z Rosją interesów ponad głowami sasiadów. Być może robił te interesy ze swoją własną agenturą wyhodowaną w Niemczech wschodnich. Podporządkowane to było odbudowie imperium. Tyle, że Putin to człowiek poprzedniej epoki. Nie ma pojecia o nowoczesnych technologiach. Nie posługuje się internetem, komputerem, a nawet komórką. Są dla niego przygotowywane specjalne serwisy prasowe. Dzień zaczyna od Komsomolskiej prawdy, bo tam mu najwięcej kadzą. A bez nowoczesnej technologii Putin skazuje Rosję na sromotną porażkę.
Poruszyłeś kilka różnych kwestii U2 i z częścią uwag mogę się zgodzić. Na pewno państwo może stać się narzędziem opresji. Historia XX wieku dostarczyła aż nadto dowodów - od III Rzeszy po Związek Radziecki. Ale właśnie dlatego warto odróżniać państwo jako instytucję od ludzi, którzy akurat sprawują władzę. To nie istnienie państwa stworzyło Gestapo czy NKWD, lecz totalitarne ideologie, które podporządkowały sobie całe państwo.
Co do współczesnej Polski, nie używałbym porównań do PRL. Mimo wielu zastrzeżeń do obecnych rządów, żyjemy jednak w państwie demokratycznym, z wolnymi wyborami, niezależnymi mediami i możliwością publicznej krytyki władzy. To zasadnicza różnica. Nie oznacza to oczywiście, że nie można krytykować konkretnych decyzji obecnego rządu. Sam wielokrotnie pisałem o wstrzymaniu ważnych inwestycji infrastrukturalnych, problemach z polityką energetyczną, rosnącym zadłużeniu państwa czy niepokojących decyzjach dotyczących gospodarki. To są sprawy, o których warto rozmawiać rzeczowo, bez uciekania się do historycznych analogii, które często bardziej zaciemniają obraz niż go wyjaśniają.
Jeżeli chodzi o Putina, to również wydaje mi się, że ogromną rolę odgrywa jego sposób myślenia ukształtowany jeszcze w czasach ZSRR. Dla niego rozpad imperium był osobistą klęską, dlatego próbuje odbudować strefę wpływów metodami bardziej przypominającymi XIX i XX wiek niż XXI. Paradoks polega na tym, że jednocześnie prowadzi wojnę przy użyciu nowoczesnych technologii, dronów, cyberataków i propagandy internetowej, a sam mentalnie pozostaje człowiekiem epoki zimnej wojny. Tego rozdźwięku nie da się nie zauważyć. I być może właśnie dlatego Rosja ma dziś ogromny problem. Nie da się budować nowoczesnego państwa metodami opartymi na nostalgii za dawnym imperium. Historia pokazuje, że takie projekty prędzej czy później zderzają się z rzeczywistością i przegrywają.