Z wykształcenia jestem historykiem- archiwista i dlatego ze zrozumieniem przyjąłem oświadczenie prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Donalda Trumpa, który niemal dwa tygodnie po uwolnieniu Andrzeja Poczobuta oświadczył, że USA zaangażowały się w tę sprawę na skutek osobistej prośby "mojego przyjaciela” Karola Nawrockiego. Bardzo fajne, bardzo sympatyczne i politycznie ważne tyle, że... mocno spóźnione. Polacy bowiem zapamiętają odbierających naszego bohatera na granicy polsko - białoruskiej premiera obecnego rządu i ministra spraw zagranicznych. Polacy zapamiętają specjalnego wysłannika prezydenta Trumpa do spraw Białorusi Johna Coale’a(skadinad 80-letniego), który miał długą konferencję.prasowa z ministrem spraw zagranicznych RP. Powie ktoś - już to słyszałem od kilku moich przyjaciół politycznych - że przedstawiciel amerykańskiego prezydenta w czasie tej konferencji kilkakrotnie podkreślił rolę, którą odegrał prezydent RP. Rzecz w tym, że ludzie zapamiętują obrazki, a nie wypowiedzi, które przecież towarzyszą innym wypowiedziom. Polacy wreszcie zapamiętają wpis na „X” ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce, który dziękował rządowi. Tak, potem się obudził i podziękował również prezydentowi Rzeczypospolitej, ale pierwsze wrażenie pozostało. To mi przypomina reguły gry w szachy, gdzie ruch figurą czy pionem uważa się za zrobiony, jeśli oderwałeś palce od figury /piona, którego przesuwałeś. A to się właśnie stało w tej twitterowej, ćwierkającej dyplomacji.
Nie wiem czy w Białym Domu jest bałagan, który powoduje, że amerykańska administracja daje zarobić spore punkty polityczne swoim wrogom, bo chyba za takiego należy uznać premiera rządu w Warszawie, który publicznie oskarżył prezydenta USA, że od kilkudziesięciu lat był agentem Moskwy. Być może nie jest to jednak bałagan, tylko uznanie, że "reset " z Rosją, który wydaje się być podstawą polityki amerykańskiej w Europie Wschodniej i w ogóle w Europie będzie bardziej akceptowalny, gdy chodzi o Polskę przez te elity polityczne, które same go robiły po roku 2007, zanim jeszcze uczynił to poprzednik Trumpa Barack Obama podczas swojej pierwszej kadencji (w drugiej od tego odszedł).
Nie ma przypadków- są znaki...
*Artykuł ukazał się na portalu "Wprost"
To raczej nie bałagan w amerykańskiej administracji tylko raczej pobłażliwe spojrzenie na polską scenę polityczną jak na piaskownicę. Smutne to,że za sprawą Tuska tak się podkładamy jak małe dziecko któremu da się cukierka a drugiego pogłaszcze po głowinie. Smutne,że w Polsce nie da się grać w jednej drużynie a do opinii publicznej przedostają się prymitywne wypowiedzi osób ze świecznika niekoniecznie zasłużonych a często zaplątanych w afery. Czarzasty wzywający prezydenta do dymisji,bo samemu zachciało się nim zostać, szef MSZ jawnie ubliżający prezydentowi za granicą, nawet mało znany posełek Witczak nazywa prezydenta dziadem. Kto będzie szanował taką klasę polityczną? Tyle ,że lekceważenie dotknie Polskę a nie jej niewydarzonych i prymitywnych polityków.