Gdy w zeszłym roku nad Polskę wleciała chmara dronów a dzielne polskie i natowskie lotnictwo zaczęło do tych — jak się potem okazało — nieuzbrojonych i zupełnie prymitywnych dronów z dykty i styropianu walić rakietami kosztującymi po milion dolarów sztuka — to razem z wieloma komentatorami uznaliśmy, że jest to bez sensu. Strzelanie do dronów rakietami kosztującymi po tysiąc razy więcej od tychże dronów jest nie tylko głupotą — ale jest niebezpieczne. Przypominamy: Największe zniszczenia tamtej nocy nie zostały spowodowane przez same drony — tylko przez rakiety, które poszły Panu Bogu w okno i po drodze rozwaliły jakiś dom.
Oczywiście: Byli i nawet dalej są w Polsce ludzie gardłujący: "Dla ratowania ludzkiego życia nie należy liczyć kosztów! Nie ważne ile kosztuje rakieta do strącenia drona a ile dron — jeżeli to uratuje choć jedno życie, to należy tymi rakietami strzelać".
Do tych ludzi nie dociera, że cały arsenał rakiet powietrze-powietrze w polskim arsenale to raptem kilkaset sztuk. Jeżeli jakiś wróg wpuści nad Polskę kilkaset tanich nieuzbrojonych dronów z dykty tektury i styropianu i jeżeli polskie lotnictwo się do nich w try miga wystrzela ze swoich rakiet — to następna fala ataku, czy to przy pomocy dronów uzbrojonych czy konwencjonalnych samolotów — będzie miała już do czynienia z krajem bezbronnym.
Czyli: Potrzebna jest jakaś tania metoda zestrzeliwywania takich powolnych dronów jakie nadleciały wtedy nad Polskę. Bez podrywania w powietrze F-16 i F-35. Co robić?
Podaliśmy pomysł: Polska używa samolotów szkolnych Orlik. Są szybsze od tych dronów i posiadają węzły do podwieszania uzbrojenia. Jaki problem uzbroić je w karabiny maszynowe — i kadetów z Dęblina skierować do służby patrolowej i zwalczania dronów?
Eskadrę Orlików uzbrojonych do walki z dronami można mieć w tydzień — przy minimalnym koszcie.
Oczywiście: momentalnie odezwał się Chór Wujów dowodzących, że tego się nie da zrobić. Dlaczego? Bo Orliki nie przechwycą 100% dronów. A jeżeli jakiś system obrony nie jest skuteczny na 100% to nie należy go budować i lepiej jest nie mieć żadnej obrony. A tak w ogóle to potrzebny jest kompleksowy system obrony przed dronami, najlepiej oparty na broni laserowej i jeżeli wydamy fafnaście pierdyliardów na taki system to w drugiej połowie siódmej pięciolatki od dziś będziemy już mieli zarys projektu jak taki system wygląda. W dodatku z projektowania takiego systemu cała armia ludzi sobie pożyje do emerytury. Natomiast uzbrojenie Orlików to żaden koszt i jest możliwe do wykonania w parę dni — i po co komu pomysł, który jest tani i możliwy do realizacji natychmiast — ale nie da się z niego dobrze pożywić na boku?
Więc Orlików nie uzbrojono.
Od tego czasu minęło pół roku, które zeszło na jałowych pierdoleniach. I co się nagle okazuje?
Ano okazuje się, że Amerykanie czytają Wielkiego Wodza, podchwycili Nasz pomysł, aby do walki z dronami wykorzystać uzbrojone samoloty szkolne — na tyle szybkie, aby te drony dognać, ale na tyle tanie w eksploatacji, żeby nie było potrzeby podrywania w powietrze odrzutowców. I co robią Amerykanie?
Ano wzięli Tucano, taki — pi razy oko — brazylijski odpowiednik Orlika — samolot szkolny lub lekki szturmowy do walk przeciwpartyzanckich — i chcą go używać do zwalczania dronów. Dokładnie tak jak to My, Wielki Wódz, zaproponowaliśmy.
A Embraer, producent Tucano, już zwąchał możliwość robienia interesu — i zaczyna oferować swojego Tucano jako samolot antydronowy właśnie.
Tak, wiemy, Orlików w Polsce się nie produkuje od 20 lat. Ale rozumiemy, że dokumentacja techniczna Orlika jeszcze gdzieś w archiwach istnieje. Gdyby ją wydobyć i odkurzyć — i gdyby na nowo uruchomić produkcję tego samolotu w roli zwalczacza dronów — to dzisiaj PZL miałby produkt, który do krajów Zatoki mógłby być sprzedawany jak ciepłe bułeczki.
I proszę nie opowiadać, że nie da się uruchomić od zera produkcji samolotu w pół roku. Da się. W warunkach wojennych nie takie rzeczy się dało robić — więc w całkiem bogatym i technicznie zaawansowanym kraju jak Polska jest to jak najbardziej możliwe. Zwłaszcza że — przypominamy — nie chodzi o zaprojektowanie nowego samolotu od zera, ale o ponowne uruchomienie produkcji czegoś, co już raz było produkowane.
A wniosek z tego wszystkiego: Wielki Wódz po raz kolejny udowodnił, że jest na ogół nieomylny. Amerykanie udowodnili, że są mądrzy — co się objawia tym, że Wielkiego Wodza słuchają. A polski Chór Wujów dowodzących, że "nie da się" nadal sobie tkwi w swoim samozadowoleniu.
Na co nam polskie samoloty, skoro możemy sprowadzać maseczki z Chin?