W polskiej polityce każda oznaka wewnętrznej aktywności w dużej partii natychmiast bywa interpretowana jako zapowiedź rozpadu. Tak stało się również w przypadku inicjatywy podjętej przez Mateusza Morawieckiego. Pojawiły się głosy o „rozłamie”, „budowie własnej partii”, a nawet „końcu jedności” Prawa i Sprawiedliwości. To jednak odczytanie powierzchowne i w dużej mierze błędne. Bo to, co obserwujemy, wygląda znacznie bardziej jak kontrolowana ewolucja i przygotowanie do zmiany pokoleniowej, niż jak początek rozpadu.
Partia, która stoi przed naturalnym momentem przesilenia.
Każda formacja polityczna, która przez lata była zbudowana wokół jednego silnego lidera, prędzej czy później staje przed pytaniem, co dalej? W przypadku Prawa i Sprawiedliwości odpowiedź na to pytanie od lat jest odkładana. Jarosław Kaczyński pozostaje niekwestionowanym liderem, symbolem i architektem tej formacji. Jego rola historyczna jest niepodważalna. Ale polityka nie stoi w miejscu. Zmienia się elektorat, tempo komunikacji, oczekiwania społeczne i sposób prowadzenia kampanii. I w pewnym momencie nawet najbardziej doświadczony lider zaczyna być postrzegany bardziej jako strażnik przeszłości niż projektant przyszłości. To nie jest zarzut, to naturalny proces w każdej demokracji.
Morawiecki: między doświadczeniem a nowym otwarciem.
Na tym tle ruch Mateusza Morawieckiego nabiera zupełnie innego znaczenia. To nie jest bunt. To nie jest ucieczka. To jest pozycjonowanie się na przyszłość. Morawiecki wnosi do gry coś, czego dziś w PiS bardzo brakuje - doświadczenie państwowe. Jako były premier ma kompetencje, których nie da się „nauczyć w kampanii”. Zna mechanizmy rządzenia, instytucje, procesy decyzyjne. Posiada wiarygodność międzynarodową. W świecie, gdzie polityka coraz bardziej wykracza poza granice państw, to kapitał nie do przecenienia. Ma też zdolność komunikacyjną. Potrafi funkcjonować zarówno w języku politycznym, jak i eksperckim, co daje większy zasięg niż klasyczna retoryka partyjna.
Tak - ma bagaż. Ale ma też coś więcej.
Nie ma sensu udawać, że Mateusz Morawiecki nie jest politykiem „bez historii”. Ma przeciwników, decyzje, które są krytykowane i obciążenia wynikające z pełnienia funkcji premiera. Ale to działa w dwie strony. Bo ten sam „bagaż” oznacza też doświadczenie kryzysowe, zdolność podejmowania decyzji pod presją i sprawdzalność - wyborcy wiedzą, czego się spodziewać. W przeciwieństwie do „świeżych twarzy”, które dopiero muszą udowodnić swoją wartość.
Dlaczego to nie jest rozłam.
Teza o rozpadzie nie wytrzymuje zderzenia z realiami politycznymi. Rozłam oznaczałby walkę o elektorat, osłabienie obu stron i utratę pozycji. Tymczasem wszystko wskazuje na coś innego: wewnętrzne przygotowanie do zmiany przywództwa bez niszczenia struktury To różnica fundamentalna. Zamiast chaosu mamy proces.
PiS potrzebuje impulsu - nie rozpadu.
Dzisiejszym problemem Prawa i Sprawiedliwości nie jest brak struktur ani brak wyborców. Problemem jest utrata dynamiki, defensywna postawa a przede wszystkim brak wyraźnego kierunku na przyszłość. Inicjatywa Morawieckiego może być właśnie tym, czego partii brakuje - impulsem do odbudowy energii.
Zmiana lidera jako wzmocnienie, nie zagrożenie.
Wbrew emocjonalnym reakcjom, zmiana przywództwa w silnej partii nie musi oznaczać rozpadu. Może być momentem odświeżenia i może przyciągnąć nowych wyborców. Warunek jest jeden - musi być przeprowadzona w sposób kontrolowany. I właśnie w tym kontekście ruch Mateusza Morawieckiego można czytać jako przygotowanie gruntu, budowanie zaplecza i testowanie nowej formuły działania.
Czy to moment przełomowy?
Być może. Bo jeśli Jarosław Kaczyński nie zdecyduje się na wyraźne wskazanie następcy a jednocześnie pojawiają się silni politycy gotowi przejąć odpowiedzialność, to proces zmiany i tak się rozpocznie - niezależnie od deklaracji. Różnica polega tylko na tym, czy będzie chaotyczny, czy uporządkowany.
Szansa, nie zagrożenie.
Największym błędem byłoby dziś interpretowanie każdego ruchu jako kryzysu, bo to, co widzimy, może być czymś dokładnie odwrotnym: początkiem modernizacji i wzmocnienia PiS. Jeśli doświadczenie spotka się z nową energią a zmiana zostanie przeprowadzona bez destrukcji, to pojawi się wyraźny kierunek na przyszłość. To partia może nie tylko przetrwać ten moment, ale wyjść z niego silniejsza. Nie każdy ruch w polityce oznacza rozpad. Czasem oznacza, że ktoś w końcu zaczął myśleć o przyszłości.
Nie mogę wskazać partii, która ma gotowe rozwiązanie tego problemu, bo żadna partia go nie ma. Jeżeli już poczułaś się tą naczelną blondynka, to odpowiedz na zadane pytanie, wtedy udowodnisz, że nią nie jesteś Sake.
Pana mentorskie tony mnie co najwyżej śmieszą.Zachowuje się pan tak jakbym była uczennicą odpowiadającą na zadane pytanie.Pan chce być w roli nauczyciela żądającego odpowiedzi na pytanie,choć sam nie potrafi na nie odpowiedzieć, ale uczennicę usiłuje ośmieszyć przed całą klasą. Ja nie muszę nic udawadniać ani przed nikim się tłumaczyć.Zgodnie z regulaminem forum nikogo tu nie wysmiewam,nie obrażam, nie wypominam braków,ale to znaczy że oczekuję tego samego. Widzę,że dożyliśmy czasów,że obrażanie innych stało się sportem albo modą.
,,Karol Nawrocki został zupełnie sam?''Nie został. Tylko widać było jak bardzo pracowano nad tym by przekonać społeczeństwo, że PiS jest wrogiem najpierw kandydata na prezydenta a teraz samego prezydenta. Być możepoczątkowo prezes nawet widział innego kandydata w fotelu prezydenckim,ale w rezultacie poparł jego kandydaturę i stał przy nim twardo podczas kampanii prezydenckiej broniąc przed atakami. Były naciski z różnych partii by zmienił swojego kandydata, ale nie uległ presji i nie dał się sprowokować gnidom szkalującym Nawrockiego. Nie zareagował na plotki jakoby prof.Nowak palił się ze wstydu,że Kaczyński wspiera kandydata.To obrzydliwe,ale ci co teraz sugerują ,że Kaczyński jest przeciwnikiem prezydenta chyba rzeczywiście chcą by prezydent został sam.Jak ma budować propolski obóz skoro jedyną formację jaką jest PiS usiłuje się poróznić z Pałacem Prezydenckim.
,,Karol Nawrocki został zupełnie sam?''
Każdy z nas jest, de facto, sam na sam z bezmiarem wszechświata i z jego nieskończonością. Ale niewidzialny Bóg Ramtha, totalnie oświecony gostek, coś przebąkiwał w swojej książce "Voyage to the New World" by James Douglas Mahr, że kiedyś ludzie byli przyjaźni i solidarni. Ziemia ich nie rozpieszczała. Przewędrował jako wielki Wódz 2/3 wtedy znanego świata. Lemuria, to była starożytna kraina, z której się wywodził. Taki wspólcześnie Nowhere Land:
AI Overview
Lemuria to hipotetyczny, zaginiony kontynent, który według XIX-wiecznych teorii naukowych miał znajdować się na Oceanie Indyjskim, wyjaśniając rozmieszczenie lemurów. Współcześnie uznawana za mit, legenda ta została zaadaptowana przez teozofię i ezoterykę jako mityczna, zatopiona kraina zaawansowanej duchowo cywilizacji.
Kluczowe aspekty Lemurii:
Lemuria nie jest uznawana przez współczesną geologię jako istniejący kiedykolwiek kontynent.
Czyli wg Ciebie Droga Sake na dzisiejszej konferencji Kaczyński nie powiedział nic na temat Karola Nawrockiego. W Sejmie poparł prezydenckie weto a może konferencji nie było? W Internecie można wypisywać różne kretynizmy, ale jak ktoś zaklina rzeczywistość, to już, wybacz, ale nie można traktować go poważnie.
"na dzisiejszej konferencji Kaczyński"
Proszę podać link do tej zabójczej transmisji. Inaczej przedstawię autora jako oszusta podobnie jak Niewidzialnego Boga Ramthę z zaginionego lądu Lemuria.
youtube.com Odsłuchaj spokojnie Uboot, jak nie znajdziesz tego co napisałem, to jutro podam Ci w której minucie. Miłego oglądania. Dobranoc.
"jutro podam Ci w której minucie"
Nie potrafisz podać teraz to znaczy że jesteś zwykły oszust jak Tusk i cała ta twoja ubecka ferajna. Ejnc Cwaj Drajn. Elf Cwelf
@mjk
Nie wiem który bardziej nadaje się na szpiega. Dla właściwej oceny, przede wszystkim musielibyśmy pozbyć się powszechnego wyobrażenia o szpiegach, a po drugie- postarać się o służby ,które byłyby w stanie poprawnie i zgodnie z interesem kraju, a nie partyjnym lub mafijnego układu to zweryfikować.
Ludzi zna się ponoć na tyle na ile zostali sprawdzeni. Bogucki pokazał się kilkakrotnie z dobrej strony, ale ...to człowiek znikąd.Nie wiemy o nim nic. Z dobrej strony na początku również pokazywał się zarówno prezydent "pomyłka" Duda, jak i premier"ściemniacz" Morawiecki. W przypadku tego ostatniego to jednak już całkiem spora i wielowątkowa historia. Rozpoczęta trzęsieniem ziemi jak u Hitchcocka w postaci stu baniek" zasiłku" dla jednego z największych banków świata na zachętę do "osiedlenia" się w Polsce. Tego samego od sponsorowania środowisk przedstawiających Polaków, chociażby jako obrzydliwe świnie, lub gotowych egzekwować ustwę447 przy najbliższej nadarzającej okazji. Niejednemu Polakowi na takie dictum żuchwa zapewne zdrowo grzmotnęła o blat stołu. No a później zgodnie z regułą było coraz ciekawiej.... aż doszliśmy w efekcie do tego ,że Tusk teraz śmieje się nam w pysk.
Jeśli zatem oczekujesz, że główni architekci polityki unijnej, przekrętu kowidowego, obłędnych przepisów i ustaw forsowanych w gospodarce i proukraińskiego amoku itd, nagle wyskoczą z nowymi wspaniałymi pomysłami na Polskę i okażą się zbawicielami polskiej prawicy, to ...no ja nie mam w sobie aż takich pokładów naiwności. Zakładając nawet, że z powodu i w efekcie tej inicjatywy do rozpadu PIS nie dojdzie, to Morawiecki jako jego twarz tłumów za sobą nie pociągnie. A Tusk nie jest jednak aż na tyle głupi, jak piszesz, aby przyśpieszać gotowanie polskiej żaby.